Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Podróże Monika Kacprzak: Ugandyjskie tęsknoty

Monika Kacprzak: Ugandyjskie tęsknoty

30 listopad 2006
A A A

- Jak to się stało, że przyjechałaś właśnie do Ugandy? – pyta mnie Lina. Siedzimy przed żeńskim akademikiem szkoły średniej. Czarną afrykańską noc rozświetla lampa naftowa zrobiona z puszki po amerykańskiej konserwie. Dziś znów nie ma prądu. Zasilanie pojawia się w miasteczku zazwyczaj co drugi dzień.
 - Coś mi w duszy grało na ugandyjską nutę – odpowiadam żartem – tak na prawdę to pracę w Ugandzie zaproponowali mi w Międzynarodowym Wolontariacie Don Bosco – zgodziłam się. Wiedziałam, że chcę jechać do Afryki. Przez rok współpracowałam z Salezjańskim Ośrodkiem Misyjnym, który przygotowywuje ludzi świeckich do pracy w krajach misyjnych.
 - Jak żyją ludzie w Polsce? - Z zaciekawieniem pyta Lina.
 - Opowiem ci wszystko następnym razem!
Zrobiło się chłodno. Noce w czasie deszczowej pory bywają zimne. Rozchodzimy się do swoich pokoi. Jutro niedziela – dla nas pracowity dzień...
 Niedzielny poranek pełen jest słońca i radosnych głosów dzieci. Bucho uśmiecha się radośnie na mój widok. Nie dawno chorował na malarię - dziś wygląda już na zdrowego. Spotykamy się w oratorium, aby poprowadzić szkółkę niedzielną dla dzieci z katolickiej parafii w Bombo Namaliga – miejscowości położonej 30 kilometrów na północ od Kampali.
-Oly otia! – wita mnie pozdrowieniem w Luganda – języku używanym przez ludzi zamieszkujących królestwo Bugandy. Mimo, że Uganda jest republiką, część dawnych plemion-królestw wciąż ma swojego króla, który sprawuje honorowe funkcje. Pałac Kabaki – króla Bugandy znajduje się w Kampali.
-Bulungi – odpowiadam także w Luganda.
 Co niedziela w szkółce zjawia się około setka dzieciaków. Przychodzą bardzo chętnie, często z młodszym rodzeństwem na rękach. Rano prowdzimy katechizację, po południu dzieciaki przychodzą oglądać filmy lub bawić się pod czujnym okiem grupy młodzieży z miejscowej szkoły średniej, którzy organizują gry i zabawy dla maluchów.
 Bucho nigdy nie używa swojego prawdziwego imienia – Shafik – mówi, że nie brzmi afrykańsko. W zeszłym roku skończył trzyletnie studium dla nauczycieli i od tego czasu pracuje jako nauczyciel w szkole podstawowej prowadzonej przez misjonarzy Salezjanów. Po skończonej szkółce zabiera mnie do swojego mieszkania, które wynajmuje razem z Geraldem – także nauczycielem, w centrum  miasteczka. Jego rodzina – matka i czwórka rodzeństwa mieszkają na wsi. Ojciec nie żyje od sześciu lat. Po skończeniu szkoły podstawowej, Bucho kontynuował naukę w katolickiej szkole średniej – była najtańsza. Kiedy skończył trzecią klasę, wrócił do domu i oświadczył, że chcę być ochrzczony. Matka, - Muzułumanka - nie sprzeciwiła się. Wiedziała, że nie jest wstanie wpłynąć na decyzję syna. On zaś nie chciał być Muzułmaninem. W Wielką Sobotę 2001 roku został ochrzczony. Od tego czasu współpracuje z katolickimi misjonarzami. Jest liderem grupy skautów. Prowadzi seminaria dla dzieci ze szkół podstawowych na temat AIDS.
 - Bucho – jakie są twoje największe marzenia? Po chwila ciszy, spogląda na mnie z lekkim zawstydzeniem.
 - Powiem Ci, ale obiecaj, że nie będziesz się śmiała.
 - Obiecuje!
 - Chciałbym kupić samochód, a później znaleźć żonę i mieć dzieci. Wiem, że to bardzo trudne, ale mam nadzieję, że Joseph mi pomoże! – zaczyna się śmiać – oczywiście z samochodem nie z żoną! Pieniądze z mojej wypłaty nie wystarczają na spełnianie marzeń.
Joseph to starszy brat. Trzy lata temu skończył studia ekonomiczne na Uniwersytecie Makerere w Kampali. Zaraz po studiach wyjechał do Stanów. Pracuje w jednym z hoteli w Los Angeles. Za pieniądze, które przysyła Joseph, zbudowali nowy dom, a teraz opłacają edukację młodszego rodzeństwa.
 Wracając z miesteczka zaglądamy do sklepiku gdzie zwykłam kupować słodycze. Przed budynkiem bawi się gromadka półnagich dzieci. Najmłodszy z nich to Wiliam – synek Grace – właścicielki sklepu. Na mój widok krzyczy głośno – muzungu! Jeśli dzieciaki nie pamiętają mojego imienia zawsze nazywają mnie muzungu – biały. Ich ulubioną zabawą jest toczenie przy pomocy kija starej felgi od roweru lub motocykla. Dziś jednak z przecientego baniaka na wodę i sznurka skonstruowali afrykańskie sanki. Jeden z maluchów siada w środku. Reszta zaczyna ciągnąć sanki robiąc przy tym wiele hałasu.  
 Sklep mieści się w jednym, bardzo małym pomieszczeniu. Przed drewnianą ladą na której oprócz wagi znajdują się pojemniki ze słodyczami i pieczywo, stoją ciasno ustawione worki, z mąką, ryżem, cukrem i różnymi odmianami fasoli. Ponad głową właścicielki, niczym pranie rozwieszone na sznurku, wiszą małe torebki z przyprawami lub proszkiem do prania. Grace, tak jak większość mieszkańców miasteczka, lubi kiedy ktoś odwiedza sklep, nawet jeśli nic nie kupuje. Trudno określić specjalizację tego sklepu. Możesz tu kupić CocaCole, chleb, mydło, przybory szkolne a nawet motykę czy siekierę. Nie znajdziesz tu tabliczki informującej o godzinach otwrcia –  sklep otwarty jest siedem dni w tygodniu od rana do późnej nocy. Dziś w sklepie jest także Samuel – mąż Grace. Na codzień pracuje w Lugazi – na plantacji herbaty. Pracę na plantacji pomógł mu znaleźć kuzyn. Nie chcę zrezygnować z tej pracy, mimo że z rodziną widzi się tylko raz w tygodniu. Do Bombo przyjeżdza wieczorem w sobotę i odjeżdza w poniedziałek wczesnym rankiem. Plantacja należy do hinduskiej rodziny. Samuel mówi, że woli pracować dla Hindusa niż dla Ugandyjczyka.
 - Praca jest ciężka, ale przynajmniej mam pewność, że zawszę dostanę na czas całą moją wypłatę. – ucina rozmowę. 
W międzyczasie pojawia się w sklepie kobieta. Ubrana w gomes – tradycyjny strój. Wygląda na około 60 lat. Z bawełnianej chustki wyciąga mocno zgniecione 1000 ugandyjskich szylingów, kupuje kilogram ryżu i pół kilograma fasoli. Chowa chustkę za szerokim pasem, będącym nieodłączną częścią stroju i odchodzi wolnym krokiem. Bombo ma niewielu starszych mieszkańców. Ludzie umierają tu młodo...
 Grace i Samuel poznali się 5 lat temu. Samuel pochodzi z plemienia Bakiga zmieszkującego południowo-zachodnią część Ugandy. Grace jest z plemienia Acholi – ludu zamieszkującego północ Ugandy. 12 lat temu jej rodzina przeniosła się z Luogo – wioski niedaleko Gulu do Bombo. Zmienili miejsce zamieszkania w obawie przed rebeliantami Bożej Armi Oporu, którzy rzekomo walcząc z rządową armią, tak na prawdę napadali na wioski, palili domy, zabijali dorosłych, a dzieci zabierali do swoich obozów. Kiedy postanowili się pobrać matka Samuela nie zgadzała się na to, aby jej syn wziął za żonę dziewczynę z innego plemienia. Jednak w tej sprawie, to ojciec ma ostateczne zdanie, a ojciec Samuela bardzo polubił Grace i pozwolił na ślub.
 - Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy Samuel przyszedł do mojego domu, prosić o moją rękę – z radością w głosie zaczyna opowiadać Grace - Przyszedł ubrany w kanzu – tradycyjny męski strój – razem ze swoimi braćmi i przajciółmi. Ubrałam swój najlepszy gomes i czekałm z bijącym sercem. Samuel przedstawił się mojemu ojcu, powiedział z jakiego jest rodu, z jakiego klanu i plemienia. Wszystko było wcześniej przygotowane i przebiegało zgodnie z tradycją.
 - Jaka jest tradycja zaręczyn – zapytłam z ciekawością.
 - Kiedy kawler się przedstawi, pyta ojca o to czy może wziąść jego córkę za żonę, wtedy ojciec panny przyprowadza jakąś młodą dziewczynę i mówi, że oto jego panna. W odpowiedzi jeden z mężczyzn ze świty kawalera - nie może to być sam kawaler - odpowiada, że to nie jest ta panna. Ojciec przekonuje, że to musi być ta panna bo nie ma tu innej. Mówca odpowiada, że chce sam poszukać tej właściwej panny. Na co ojciec odpowiada, że on sam poszuka, po czym przyprowadza jakąś starszą kobietę, zazwyczaj którąś z licznie zgromadzonych ciotek. Mówca znów odpowiada, że to nie jest ta. Ojciec zapewnia i tym razem, że się nie pomylił. Wszystko przebiega w radosnej atmosferze. W końcu kawaler prosi swojego mówcę o przyniesienie podarków dla rodziny. Jeśli ojciec przyjmnie dar przyprowadza własciwą pannę. Lecz nie pozwal jeszcze kawalerowi zbliżyć się do niej. W tym czasie babcia albo któraś z ciotek wygłasza historię o tym jak to się tych dwoje poznało. Historie są zmyślone i zazwyczaj bardzo karykaturalne. Po takim przedstawieniu kawaler może w końcu włożyć na palec wybranki pierścionek zaręczynowy. Po tym akcie wszyscy wiwatują i zaczynają śpiewać bardzo starą pieśń o miłości.
 - Co się dzieje później?
 - Następnie wszyscy udają się na obiad, na którym nie może zabraknąć tradycyjnych potraw, takich jak matooke – zielone gotowane banany, zawinięte w liście bananowca czy kasawa.
 - Grace, jakie jest twoje największe marzenie?
 - Zbudować własny dom... Ten w którym teraz mieszkamy wynajmujemy. Chciałabym też kiedyś zabrać Wiliama i jechać do Europy, do Polski...
 Nie pytam dlaczego Grace chcę odwiedzić właśnie Polskę. Wiem, że marzeniem wielu młodych ludzi, jest wyjechać z Ugandy – obojętnie gdzie. Są przekonani, że wszędzie jest lepiej niż tutaj.

Autorka przebywa w Ugandzie jako Wolontariusz Miedzynarodowego Wolontariatu Don Bosco współpracującego z misjonarzami Salezjanami na całym świecie. Redakcja otrzymała tekst bezpośrednio od autorki.