Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Podróże Podróże/Krym

Podróże/Krym

10 lipiec 2007
A A A

Spotkanie Wschodu z Orientem

Zaczęło się niewinnie, zmieniło się powietrze. W upiornym zaduchu plackartnego (pięćdziesięcioosobowego przedziału kolejowego) relacji Odessa-Krym pojawił się nowy odcień, odmienny od woni przetrawionego  alkoholu, kiełbasy i zapachu czarnoziemu za oknem. Odetchnęliśmy z ulgą, kołysanie w końcu przyniosło sen. Obudziliśmy się w innym kraju...
To z pewnością nie była Ukraina - szóstą rano powitaliśmy w Autonomicznej Republice Krymu, co uświadomiła nam powiewająca na dworcu w Symferopolu flaga republiki. Po opuszczeniu budynku, otoczyła nas rzeczywistość zgoła nieukraińska, raczej rosyjsko-orientalna. Śródziemnomorska roślinność w zdumiewający sposób współgrała z typowo rosyjskim brakiem elementarnego planu zagospodarowania przestrzennego. „Wrota Krymu”, jak niektórzy nazywają to  miasto,  nie mówiły nic o charakterze półwyspu. Po wstępnych zakupach wiedzieliśmy już jedno - o  ukraińskim mogliśmy tu zapomnieć, otaczały nas wyłącznie rosyjskie napisy, z głośników sączyła się popsa.  W mieście nie było jednak absolutnie nic do zobaczenia, w końcu nie na darmo Symferopol to po grecku miasto-węzeł, skrzyżowanie. Tak więc zaciekawieni, ale nieświadomi tego, co nas czeka, wyruszyliśmy do Bakczysaraju.


Bakczysaraj


Z pociągu wyskoczyliśmy prosto w... otwarte ramiona prezentującej nienagannie złoty zgryz staruszki. Jej czułość wkrótce się wyjaśniła - oferowała noclegi Polakom, jak wyjaśniła, inne nacje nie zatrzymują się w tej mieścinie na dłużej, przyjeżdżają na jeden dzień. Polacy przeciwnie, spędzają tu dużo czasu (Sonety Krymskie zdecydowanie sprzyjają rozwojowi szarej strefy usług noclegowych w miasteczku). Przez cztery dni naszego pobytu natykaliśmy się tu głównie na polskich studentów. Zagranicznych (Zachodnioeuropejskich) wciąż mało, nasz własny prywatny mit o Oriencie - bajecznym pałacu okrutnych chanów czeka na odkrycie przez świat. Jaki jest? Szczerze mówiąc, rozczarowujący. Frazy Puszkina i Mickiewicza, opiewające jego dziedzińce, fontanny w konfrontacji z rzeczywistością potwierdzają wrażliwość poetów, zdolność sięgania „gdzie wzrok nie sięga”. Pałac zaś jest niewielki, jednopiętrowy - jak na stolicę peryferyjnego, choć wojowniczego królestwa przystało. Jako symbol dawnej chwały Chanatu spełnił w historii nowożytnej niebagatelną rolę - przyciągnął Tatarów Krymskich, powracających z Azji Centralnej po latach stalinowskiego zesłania. Obecnie stanowią oni 10% mieszkańców republiki, w Bakczysaraju zaś, dawnej stolicy, aż 40%! W Starych dzielnicach miasta, zwanych czesme (ogrody z fontannami otoczone niska zabudową) odradzają się muzułmańskie tradycje, restauruje się tajemnicze diurbe - grobowce chanów, porozrzucane w dolinie. Tatarzy coraz częściej przebąkują o autonomii niektórych regionów, Bakczysaraj zaś jawi im się duchową stolicą ich dążeń. Niektórzy z bakczysarajskich Tatarów w rozmowach z nami wspominali z nostalgią  kurułtaj roku 1917 - deklarację państwa Tatarskiego ze stolicą w ich rodzinnym mieście. Choć ich żądania to jak na razie geopolityczne mrzonki, Bakczysaraj z jego ogrodami, meczetami, minaretami przypomina miniaturę Stambułu (takie były zresztą ambicje budowniczych miasta). Dzieła dopełnia wspaniała, słodko-słona tatarska kuchnia. Większość podróżników uległo urokowi miasta, tak jak Mickiewicz, okoliczne zabytki poznali wyłącznie z opowieści tubylców. My ruszyliśmy w górę doliny do dawnej stolicy najbardziej tajemniczej mniejszości Krymu - Karaimów.

Czufut Kale, czyli o pożytku i utrapieniu płynącym z legendy.

Droga nad przepaścią w Czufut Kale, opiewana przez Mickiewicza ze względu na grozę otaczającej ją natury, nie budziła najwyraźniej lęku w mnichach bizantyjskich, którzy w roku 860, na sto lat przed chrztem Rusi, wykuli w skale obronny klasztor Zaśnięcia ( Uspienskij). Jego ascetyczne wnętrza wzbudziły ponoć szacunek samego Hadżi-Gireja,  pierwszego z chanów, który nadał mu autonomię. Nie udało się jednak wygrać z mieszkańcami Skalnego Miasta. Ich wpływ widoczny jest po dziś dzień w okolicy - karaimskim obyczajem niektóre drzewa pokryte są magicznymi, przynoszącymi szczęście wstążkami, a niektóre źródła uznaje się za święte. Obrócone w ruinę miasto - forteca z szóstego wieku (najstarsza ufortyfikowana jednostka osadnicza w Europie na północ od Dunaju) to z pozoru tylko dwie imponujące bramy wjazdowe, mury obronne i skromne mauzoleum. Mityczne stało się dopiero dzięki zasiedleniu przez Karaimów, jedynych heretyków w dziejach judaizmu, którzy w 767 roku opowiedzieli się przeciw traktowaniu Talmudu jako wykładni wiary. Skazani na wieczny cherem (ekskomunikę rabinów) ukuli legendę o swoim exodusie z Izraela przed śmiercią Jezusa, co przez wieki ratowało ich przed prześladowaniami. Legenda ta uratowała naród w czasie drugiej wojny światowej, kiedy naziści, wierząc w nią, nie skazali narodu na zagładę. Miecz przeznaczenia miał jednak dwa ostrza: przekonanie o mesjańskiej misji narodu leżało u podstaw dogmatu o zakazie mieszanych małżeństw. Miasto wymierało samo, jeszcze przed wkroczeniem Rosjan na te tereny. Legenda Karaimów, stała się zatem zarówno przyczyną rozkwitu, jak i upadku ich  homogenicznej, ekskluzywnej kultury. Zmęczeni rozważaniami na temat ginących kultur, postanowiliśmy pojechać do miejsca stale owiewanego rześką, morską bryzą historii (teraz raczej dymem cygar ruskiej mafii), czyli Jałty.


Jałta

Pałac jest oblężony przez turystów i mówią tu po angielsku. W ramach niezrozumiałej ekspiacji hordy zachodnich turystów szturmują skromny pałacyk ostatnich Romanowów, w którym doszło do podziału Europy. Podział ten zresztą jest wciąż aktualny - wystarczy porównać komentarze przewodników grup anglojęzycznych z miejscowymi. Najbardziej urzeka jednak wystrój komnat rodziny cara Mikołaja II, uwielbiającego spędzać tu wakacje. Przez pryzmat zgromadzonych tu pamiątek, naprawdę można postrzegać cara jako niewinną ofiarę historii, urodzoną w złym czasie i miejscu. Podobnie zresztą jak mieszkańcy sześciu krajów, których los tu został określony.
Samo miasto to właściwie aglomeracja wypoczynkowa, tzw. Wielka Jałta, ciągnąca się czterdzieści km wzdłuż wybrzeża. Dominuje tu eklektyczna architektura XIX  wieku, czego dowodem są słynne Jaskółcze Gniazdo - pałacyk barona naftowego Sznegela nad urwiskiem Aj-Tojdor, mauretański Pałac Woroncowa w Ałupce. Nie na darmo to właśnie w Jałcie narodziły się zarówno rosyjski klasycyzm, jak i eklektyzm.. Dziś jednak centrum miasta straszy przepychem drogich, banalnych hoteli, zamkniętych ośrodków zdominowanych przez establishment ze wszystkich krajów WNP. Komunizm wprawdzie upadł, ale nadal wypada tu bywać. Zakulisowa polityka toczy się tu jak kiedyś. Szarzy obywatele przyjeżdżają tu wprawdzie na wypoczynek, ale także ulegają presji Jałty - najelegantszego kurortu  Europy Wschodniej. Zmęczeni włóczeniem się po kolejnych pałacach, postanowiliśmy zaufać Adasiowi - zdobyć Czatyrdah.

Góry Krymu

Europa Wschodnia nie umie wydawać pieniędzy - refleksja ta uderzyła nas, gdy po przejściu czterech kilometrów od Jałty znaleźliśmy się w dziczy porównywalnej z bieszczadzkimi ostępami. Rosjanie, zaczynający dbać o ciało w fitness klubach, na siłowni itp., ale nie odkryli idei masowego czynnego wypoczynku. Dzięki temu w górach, na południowo-wschodnim krańcu półwyspu, turysta odnajdzie iście mickiewiczowskie krajobrazy - panoramy gór wyrastających wprost z morza (prawie 1500 wysokości względnej), bujną roślinność i malownicze wyżyny. Wędrówka przez nie okazała się być jednak bardzo ciężka ze względu na brak ujęć wody. Adaś, z tego, co wiemy, na nią się nie odważył!

Podsumowanie


Podróżować po Krymie można długo, tanio i treściwie. Zawieszony pomiędzy Rosją, Ukrainą, a światem islamu półwysep poszukuje tożsamości. Popularny krymski napój Żywczik, sprzedawany jest w puszkach niezmiernie podobnych do puszek z piwem. Z oddali obiecuje więcej, niż oferuje naprawdę. Podobnie Krym, na potrzeby turystów odtwarza minioną wielokulturowość. Odtwarza, czy na nowo wielokulturowy się staje? Oceńcie sami!