Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Aleksander Kobyłka: USA - Chiny: Kryzys wzmacnia Państwo Środka

17 listopad 2009
A A A

W lipcu 2009 r. Barack Obama stwierdził, że „relacje Stanów Zjednoczonych z Chinami będą kształtować oblicze XXI wieku”. Słowa te nie są zaskoczeniem, gdyż o wyjątkowym znaczeniu tych stosunków wiemy już od dłuższego czasu, jednak ostatnie dwanaście miesięcy dobitnie pokazały, że w tej parze to Chiny będą miały coraz więcej do powiedzenia.

Jeszcze niedawno prezydent Stanów Zjednoczonych Bill Clinton przyjeżdżał do Pekinu, by strofować Chiny i pouczać je w kwestii przestrzegania praw człowieka. Później George W. Bush twierdził, że może traktować ten kraj w sposób, jaki był pożądany dla amerykańskich interesów – wpierw zamierzał prowadzić politykę powstrzymywania, potem zacieśniał współpracę, gdyż było to korzystne z punktu widzenia priorytetu jego polityki – walki z terroryzmem i Al-Kaidą.

Amerykańscy przywódcy jakby nie chcieli zauważyć, że mają coraz mniej do powiedzenia w relacjach z Chinami. Że z każdym rokiem, z każdym kolejnym miliardem dolarów eksportu do USA, z każdym kolejnym miliardem dolarów zakupionych amerykańskich papierów skarbowych, Państwo Środka sukcesywnie umacnia swoją pozycję i znaczenie. Rok gospodarczego kryzysu, który tak boleśnie dotknął Stany Zjednoczone, obnażył realia chińsko-amerykańskich stosunków pokazując, że w tej grze być może już niedługo to Chiny będą rozdawać karty.

Pierwszy rok prezydentury Obamy zbiegł się z 30. rocznicą nawiązania stosunków dyplomatycznych Stanów Zjednoczonych z Chinami. Kończy się on wizytą amerykańskiego prezydenta w Państwie Środka i zgodnym stwierdzeniem przywódców, że relacje pomiędzy dwoma państwami są najlepsze od dwudziestu lat, a może nawet najlepsze w historii. Nie zapominając o istniejących sporach handlowych, zastrzeżeniach dotyczących siły chińskiej waluty czy chińskich zbrojeń, można uznać, że to prawda. Jednak tak samo prawdą jest, że nigdy wcześniej pozycja Chin w tym związku była tak mocna.

Administracja Busha postarała się, aby pozostawić swoim następcom ciężki orzech do zgryzienia. Na początku października zadecydowano o sprzedaży wartego ponad 6 mld dol. uzbrojenia dla Tajwanu (m.in. systemów rakietowych Patriot III i śmigłowców Apache). W efekcie Pekin ograniczył kontakty wojskowe i dyplomatyczne z USA, zamroził spotkania swoich wojskowych z Amerykanami i wycofał się z rozmów dotyczących kwestii rozprzestrzeniania broni masowej zagłady. Jednocześnie w listopadzie zaapelował już do Obamy, aby wyraźnie sprzeciwił się ewentualnym dążeniom Tajwanu do uzyskania niepodległości (a zatem zaprzestał handlu bronią z wyspą).

Na początku 2009 r. rozpaczliwie szukający pomysłów na ratowanie amerykańskiej gospodarki nowy sekretarz skarbu Timothy Geithner stwierdził, że prezydent Obama zarzuca Chinom „manipulowanie swoją walutą” i zasugerował, że nowa amerykańska administracja może przyjąć twardszą politykę wobec Pekinu. Bardzo szybko ton tej wypowiedzi został jednak złagodzony, Chińczycy skrytykowali odradzający się amerykański protekcjonizm, a obradujący w Davos ekonomiści nazwali wezwanie do aprecjacji juana „fatalną poradą”, która zaszkodziłaby i tak trudnej sytuacji gospodarczej na świecie. To był ostatni tego rodzaju wyskok, a nawet jeśli temat ten pojawiał się w gospodarczym dialogu między państwami, Waszyngton nie wrócił już do oskarżeń o manipulowanie walutą.

Potwierdzeniem zapowiedzi nowej administracji o nadaniu szczególnego znaczenia współpracy z Azją była wizyta sekretarz stanu USA Hillary Clinton w regionie – debiutancka podróż po objęciu stanowiska. Zakończyła się ona w Chinach, gdzie zapewniano o chęci zacieśniania związków między krajami, współdziałaniu w walce z kryzysem, sprzeciwie wobec wszelkich form protekcjonizmu (postulat Chin) czy wzniesieniu wzajemnych relacji na nowy poziom.

Co skrupulatnie zanotowano, Clinton ani do głowy nie przyszło, by napominać Chiny w sprawie praw człowieka czy Tybetu. Wręcz przeciwnie – stwierdziła, że „prawa człowieka nie mogą powstrzymywać współdziałania USA i Chin w najważniejszych globalnych sprawach takich jak gospodarka, czy zmiany klimatyczne”. Jakaż to odmiana po stanowisku przyjmowanym przez jej męża jeszcze dziesięć lat wcześniej. Wprawdzie dla świętego spokoju w wydanym niedługo później raporcie Departamentu Stanu wskazano, że przestrzeganie praw człowieka w Chinach w 2008 r. uległo pogorszeniu, jednak było jasne, że wobec ważniejszych globalnych problemów, kwestie te schodzą na dalszy plan.

I rzeczywiście, w następnych miesiącach częstotliwość wzajemnych kontaktów znacznie wzrosła, a Chiny i Stany Zjednoczone prowadziły intensywny dialog dotyczący najważniejszych kwestii – kryzysu gospodarczego, przeciwdziałania zmianom klimatycznym czy północnokoreańskiego programu nuklearnego. Barack Obama dwukrotnie spotkał się z chińskim prezydentem Hu Jintao – podczas szczytu G-20 w Londynie oraz sesji ONZ w Nowym Jorku. Wznowiono dialog pomiędzy wojskowymi obu krajów, dogadano się w sprawie współpracy obydwu armii, a w październiku doszło do spotkania sekretarza obrony Roberta Gatesa z chińskim generałem Xu Caihou, co było najwyższym tego rodzaju bilateralnym kontaktem od 2006 r.

Jednocześnie Chiny zaczęły testować reakcje podejmowane przez administrację Obamy. W marcu pięć chińskich jednostek „agresywnie manewruje” wokół amerykańskiego okrętu na Morzu Południowochińskim, a Pekin oskarża Stany Zjednoczone o przeprowadzanie nielegalnych badań w chińskiej strefie ekonomicznej i łamanie prawa międzynarodowego (w domyśle o szpiegostwo). Chińskie koncerny naftowe korzystając z panującego kryzysu intensyfikują działania mające na celu zapewnienie Chinom dostaw surowców energetycznych - m.in. koncern CNOOC przejmuje kontrolę nad platformą wiertniczą w Zatoce Meksykańskiej, u samych wybrzeży USA.

Wreszcie władze w Pekinie zaczęły głośno otwarcie wyrażać swoje obawy, co do jakości i bezpieczeństwa amerykańskich papierów skarbowych oraz wątpliwości wobec działań administracji Obamy prowadzących do znacznego zwiększenia deficytu publicznego i wystąpienia ryzyka globalnej inflacji. „Apeluję do Stanów Zjednoczonych o pozostanie wiarygodnym partnerem, wywiązywanie się z obietnic oraz zagwarantowanie bezpieczeństwa chińskich aktywów” mówił premier Wen Jiabao. W rezultacie rozmaici przedstawiciele Waszyngtonu z Obamą na czele przez wiele miesięcy wielokrotnie zapewniali o bezpieczeństwie inwestycji w amerykańskie papiery wartościowe, słuszności prowadzonej polityki, wręcz obiecując, że amerykańscy konsumenci zacisną pasa i przestaną żyć na kredyt. Przyciśnięci do muru Amerykanie, jeszcze niedawno uważani za jedyne supermocarstwo, zaczęli tłumaczyć się przed swoim bankierem…

Co więcej, Chińczycy wykorzystali kryzys, aby umocnić swoją pozycję w świecie międzynarodowych finansów, zwiększając swoje znaczenie w MFW. Wraz z pozostałymi krajami rozwijającymi się przesądzają o upadku znaczenia G-8 na rzecz spotkań G-20. Pekin przewodzi też koalicji wzywającej do stworzenia nowej waluty rezerwowej, która miałaby zastąpić w tym względzie amerykańskiego dolara.

W drugiej połowie roku zaostrzeniu uległy spory handlowe między Chinami a USA. Amerykanie po raz pierwszy sięgnęli po środki przeciwdziałania potencjalnemu zalewowi swojego rynku przez chińskie towary, które na wszelki wypadek zostawili sobie po wejściu Chin do WTO i wprowadzili cła na chińskie opony i stalowe rury dla przemysłu naftowego. Działania te spotkały się ze stanowczą krytyką Chin, które w odpowiedzi wszczynają postępowanie antydumpingowe wobec importowanych z USA części zamiennych do samochodów osobowych oraz wyrobów przemysłu drobiarskiego. Co ciekawe amerykański protekcjonizm zgodnym chórem krytykuje m.in. szef WTO oraz zgromadzeni w Singapurze szefowie państw APEC.

Klamrą zamykającą te wydarzenia jest wspominana wizyta Obamy w Chinach, w trakcie której zadeklarował, że „z radością, a nie strachem, przyjmuje wzrost potężnych i dostatnich Chin, które mogą być źródłem siły dla wspólnoty międzynarodowej”. „Główne wyzwania XXI wieku, sięgające od zmian klimatycznych, proliferacji broni nuklearnej do przeciwdziałania kryzysowi gospodarczemu, dotykają obydwu narodów. Są to wyzwania, którym żaden z naszych krajów nie jest w stanie przeciwstawić się w pojedynkę” mówił amerykański prezydent, podkreślając znaczenie Chin, jako jednego z najważniejszych globalnych graczy.

Jak przystało na laureata pokojowej Nagrody Nobla Obama w czasie wizyty wspomniał też o znaczeniu indywidualnych praw i wolności, podkreślając, że mają one uniwersalny charakter. Zrobił to jednak na tyle ostrożnie i taktownie, że wydaje się, że miało to głownie na celu udobruchanie opinii publicznej w USA, a zwłaszcza tej części rozsierdzonej odmową spotkania z przybyłym kilkanaście dni wcześniej do Stanów Zjednoczonych Dalajlamą.

David Shambaugh, wybitny znawca Chin, podkreśla, że Obama potrzebuje, ale i chce, by Chiny grały ważniejszą rolę w świecie. „Chiny są globalnym aktorem, obecnym na każdym kontynencie i w kosmosie. Są tylko dwa kraje na świecie, które są naprawdę globalnie zaangażowane, ale dotychczas nie działają wspólnie”. Podejście Obamy wobec Chin zaakcentowane w trakcie ostatniej wizyty w Azji jest tak naprawdę głośnym potwierdzeniem istniejących faktów. Jednak niewątpliwą zasługą amerykańskiego prezydenta jest akceptacja zmieniającego się układu USA-Chiny i prowadzenie dialogu w sposób, który może być zaakceptowany przez Pekin i zachęci go do większego zaangażowania w globalne sprawy. Można powiedzieć, że Obama jest do tego zmuszony, lecz nie tak trudno wyobrazić sobie, że Stany Zjednoczone mimo wszystko mogłyby rozmawiać z Chinami w zupełnie inny sposób.

Chińscy liderzy powoli oswajają się ze swoją rosnącą rolą, ale robią to bardzo ostrożnie. Co więcej nadal istnieją wewnętrzne spory, jaką rolę w przyszłości Chiny powinny pełnić. Wciąż postrzegają się one, jako kraj rozwijający się z nadal znacznymi obszarami biedy i istotnymi wewnętrznymi problemami. Dobitnym potwierdzeniem ostrożności Chińczyków jest ich niechęć wobec zaproponowanego na początku roku przez Zbigniewa Brzezińskiego pomysłu zastąpienia grupy G-20, składającym się z Chin i Stanów Zjednoczonych G-2, które wspólnie miałyby decydować o światowych sprawach.

Kryzys gospodarczy i kłopoty USA niewątpliwie przyczyniły się do umocnienia pozycji Chin, czego odzwierciedlenie widać w wielu wydarzeniach mijającego roku prezydentury Obamy. Trzeba jednak pamiętać, że te dwa potężne państwa potrzebują siebie nawzajem – tak samo jak Amerykanie szukają zbytu dla swoich papierów skarbowych, tak Chiny muszą wysyłać gdzieś wytwarzane w swoim kraju towary. Ten związek potrwa jeszcze dość długo i to nawet lepiej, że przybiera bardziej partnerskie oblicze, nawet jeśli mijający rok jest dla Stanów Zjednoczonych nieco gorzką pigułką.