Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Strefa wiedzy Polityka Amerykańsko-południowokoreański mix wyborczy

Amerykańsko-południowokoreański mix wyborczy

04 listopad 2012
A A A
Z racji znaczenia USA na arenie międzynarodowej przyjęło się uważać, że amerykańskie wybory prezydenckie cieszą się wyjątkowym zainteresowaniem na całym świecie. Tymczasem istotny sojusznik USA, jakim jest Korea Południowa, zdecydowanie bardziej skupiony jest na własnych sprawach. Korea Południowa i jej brak w amerykańskiej kampanii wyborczej

Ze względu na strategiczne znaczenie Półwyspu Koreańskiego dla amerykańskiego zaangażowania w regionie i silne więzi sojusznicze USA z Republiką Korei, mogłoby się wydawać, że Korea Południowa powinna cieszyć się przynajmniej minimalnym zainteresowaniem w trakcie amerykańskiej kampanii prezydenckiej. Tymczasem wątek koreański ponownie został niemal nietknięty przez kandydatów walczących o fotel prezydenta. Owszem, amerykańscy politycy standardowo wspominali o wadze sojuszu z Republiką Korei, a także mówili o nieustającym zagrożeniu północnokoreańskim programem nuklearnym, lecz nie wyszli w swych wypowiedziach poza ogólniki.

Brak poruszenia wątku koreańskiego nie powinien dziwić, gdyż specyfiką każdych wyborów, w tym amerykańskich, jest zwracanie uwagi przede wszystkim na problemy wewnętrzne. Kolejne kampanie prezydenckie w USA przyzwyczaiły obserwatorów z zewnątrz do tego, że problematyka międzynarodowa jest wyłącznie dodatkiem do dyskusji na tematy społeczno-ekonomiczne. W tej kampanii ze spraw azjatyckich dla Amerykanów interesujący był niemal wyłącznie temat rosnącego znaczenia Chin i dywagacji, czy stanowią one wyzwanie dla interesów amerykańskich.

Uczciwe należy jednak przyznać, że obu kandydatom zdarzyło się mówić również na tematy nieciekawe/nieistotne z punktu widzenia przeciętnego Amerykanina. Co ciekawe, gdy Barack Obama i Mitt Romney poruszali w kampanii temat Azji Wschodniej, brzmieli niemal identycznie. Obaj mówili o wzmocnieniu obecności militarnej w regionie Azji i Pacyfiku, nie kryli obaw związanych z chińskimi zbrojeniami i podkreślali konieczność umacniania więzi sojuszniczych. Również w kwestii integracji gospodarczej w regionie kandydaci forsowali podobne koncepcje, choć inaczej nazwane – Obama ideę Trans-Pacific Partnership, Romney pomysł Reagan Economic Zone. Oba projekty mają podobne założenia – promować wolny handel między azjatyckimi partnerami (w tym Koreą Południową).

W trakcie kampanii właściwie tylko raz dosłownie wspomniano o problemie koreańskim – Romney skrytykował Obamę za zbyt ugodową politykę wobec Korei Północnej i zachęcał do wywarcia większej presji zarówno za pomocą sankcji, jak i przez kanały dyplomatyczne (zwłaszcza przez nakłanianie Chin do większego zaangażowania na Półwyspie). Te słowa Romney’a tylko potwierdziły jego, delikatnie mówiąc, słabe rozeznanie w tematyce koreańskiej (po wypowiedziach Romney’a można było dojść do wniosku, że nie odnotował on dość istotnego faktu, jakim była śmierć Kim Dzong Ila). Warto bowiem przypomnieć, że w trakcie rządów Obamy USA zaostrzyły sankcje nałożone na Pjongjang, a ostatnim wymiernym gestem łagodniejszego stanowiska była decyzja republikańskiej administracji Busha z przełomu 2007/08, kiedy USA wykreśliły Koreę Północną z listy państw wspierających terroryzm.

Koreańczycy mają swoje sprawy

Nie ulega wątpliwości, że ze względu na zaangażowanie USA w różnych rejonach świata wyścig prezydencki o Biały Dom budzi zainteresowanie nie tylko wśród Amerykanów. Znaczenie USA dla Republiki Korei powinno wskazywać, że Koreańczycy z dużym zainteresowaniem będą przyglądać się amerykańskiej kampanii wyborczej. W tym roku jednak tak nie jest, gdyż Korea Południowa również znajduje się w trakcie kampanii, której zwieńczeniem będą grudniowe wybory prezydenckie.

W odróżnieniu od USA, w Republice Korei o fotel prezydenta walczy trzech kandydatów. Park Geun-hye, córka gen. Park Chung-hee, przedstawicielka rządzącej partii Saenuri cieszy się poparciem środowisk konserwatywnych. Kandydatem opozycyjnej Zjednoczonej Partii Demokratycznej jest Moon Jae-in, doradca byłego prezydenta Roh Moo-hyuna, uważany za reprezentanta postępowej lewicy. Stawkę zamyka fenomen południowokoreańskiej sceny politycznej - bezpartyjny kandydat Ahn Chul-soo (doktor medycyny, profesor akademicki, przedsiębiorca z sukcesami), który zawdzięcza poparcie sporej części społeczeństwa, niezadowolonej z utartej w ostatnich latach rywalizacji dwóch największych partii establishmentowych.

Podobnie jak w USA, przewodnim tematem kampanii prezydenckiej w Korei Południowej jest gospodarka, a zwłaszcza tworzenie miejsc pracy i walka z rozwarstwieniem społecznym. Dalszymi tematami kampanii są globalne wyzwania gospodarcze i dyskusja nad przyszłością relacji z Koreą Północną (rozumianych jako problem wewnętrzny). Kwestie związane z polityką zagraniczną są rzadko poruszane i w ostatnim czasie dotyczą głównie sporów z Chinami i Japonią. Wątek amerykański występuje równie często jak wątek koreański w rywalizacji Obamy z Romney’em.

Nie ulega jednak wątpliwości, że USA odgrywają bardzo istotną rolę w polityce Korei Południowej. Najdobitniejszym tego wyrazem jest fakt, że jakakolwiek dyskusja południowokoreańskich polityków na temat Korei Północnej wymaga uwzględnienia stanowiska Waszyngtonu. Trzeba jednak zaznaczyć, że żaden z kandydatów na fotel prezydenta Republiki Korei nie przedstawia jasnej wizji przyszłych stosunków z USA. Ocenia się, że Park byłaby najbardziej skłonna wspierać amerykańskie zaangażowanie w regionie; Moon widziałby Koreę Południową jako siłę balansującą między Chinami a USA; Ahn dążyłby do wyrwania Republiki Korei z rywalizacji między mocarstwami i zwracałby większą uwagę na kwestie regionalne.

Wyzwania dla współpracy USA z Republiką Korei

Ostatnie kilkanaście lat relacji amerykańsko-południowokoreańskich pokazało, że wybory w obu państwach potrafiły znacząco wpłynąć na poziom współpracy między Seulem i Waszyngtonem. Teraz może być podobnie, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę wyzwania, przed którymi staną administracje Białego i Błękitnego Domu.

Podstawowym i kluczowym wyzwaniem dla relacji amerykańsko-południowokoreańskich będzie polityka Seulu wobec Pjongjangu. Każdy z trójki kandydatów na prezydenta Republiki Korei deklaruje bardziej umiarkowane podejście do Korei Północnej (pomysł wznowienia projektu turystycznego w Górach Diamentowych, pomocy humanitarnej i zwiększenia inwestycji), co byłoby odejściem od ostatnich dwóch lat rządów konserwatywnego prezydenta Lee Myung-baka. Nie ulega wątpliwości, że bardziej ugodowa postawa Seulu wymusi na Waszyngtonie konieczność skoordynowania stanowisk.

Ocenia się, że Obama byłby skłonny promować rozmowy z KRLD, ale wyłącznie pod warunkiem poczynienia przez władze w Pjongjangu konkretnych kroków w kierunku ograniczenia zbrojeń rakietowych i nuklearnych. Natomiast w przypadku zwycięstwa Romney’a amerykańska administracja prawdopodobnie zajęłaby twardsze stanowisko, które jednakże byłoby trudne do pogodzenia z możliwym złagodzeniem relacji międzykoreańskich. Wystarczy przypomnieć, jak ciężko układały się relacje Republiki Korei z USA za czasów gdy w Błękitnym Domu urzędował koncyliacyjnie nastawiony do KRLD Roh Moo-hyun, a Białym Domem zarządzał jawnie konfrontacyjny George W. Bush.

Poza kluczowym problemem Korei Północnej, najbliższe lata w relacjach między Seulem a Waszyngtonem będą istotne jeszcze z innych względów. W 2015 r. Korea Południowa ma w pełni uniezależnić się militarnie od USA przez przejęcia pełni dowództwa nad swoimi oddziałami. Natomiast rok wcześniej wygasa dotychczasowe porozumienie dot. współpracy amerykańsko-południowokoreańskiej w sprawie pokojowego wykorzystania energii nuklearnej. Obecny kształt umowy zabrania Korei Południowej przetwarzania zużytego paliwa nuklearnego, na co zezwala analogiczna umowa między USA a Japonią. Nie powinno więc dziwić, że Koreańczycy uparcie dążą do rewizji porozumienia. Innym problemem będą trudne relacje między dwoma amerykańskimi sojusznikami, czyli Koreą Południową i Japonią. Zauważalny brak zaufania na linii Seul-Tokio, pogłębiony w ostatnich miesiącach sporem terytorialnym o archipelag Dokdo/Takeshima i anulowaniem w ostatniej chwili umowy o współpracy wywiadów, stanowi istotne wyzwanie dla USA, w interesie których powinny być jak najlepsze stosunki między sojusznikami.

Nie musi być różowo

Choć w kampaniach wyborczych zarówno Amerykanie, jak i Koreańczycy niewiele mówią o wzajemnych relacjach, to w oficjalnych wypowiedziach amerykańscy dyplomaci optymistycznie zapatrują się na kolejne lata współpracy. Najwyższy wysłannik USA ds. Azji i Pacyfiku, Kurt Campbell zaznaczył, że USA i Republika Korei będą utrzymywały jak najsilniejsze więzi sojusznicze niezależnie od wyniku wyborów. W niemal identycznym tonie wypowiedział się specjalny wysłannik USA ds. Korei Północnej, Glyn Davies, który stwierdził, że wynik wyborów prezydenckich nie zmieni polityki USA wobec Korei Północnej, polegającej na równoczesnym prowadzeniu dialogu i wywieraniu presji. Natomiast amerykański ambasador w Seulu, Sung Kim deklaruje, że niezależnie od tego, kto zasiądzie w Białym Domu, USA nadal będą konsultowały z Koreą Południową każdą decyzję dot. Korei Północnej.

Bazując na słowach amerykańskich dyplomatów, można byłoby dojść do wniosku, że najbliższe cztery lata w relacjach USA z Koreą Południową będą okresem harmonijnej współpracy. Historia stosunków między tymi państwami wskazuje jednak na to, że wcale nie musi tak być, gdyż w wielu sprawach, pomimo formalnego sojuszu, obie administracje wielokrotnie nie mówiły jednym głosem. Niezależnie od charakteru przyszłych relacji, nie ulega wątpliwości, że będą one ciekawsze od trwających kampanii wyborczych. Wiadomo bowiem, że te służą wyłącznie zdobyciu poparcia jak najszerszej grupy społeczeństwa, które w przytłaczającej większości nie ma jakiegokolwiek pojęcia o stosunkach międzynarodowych. Między innymi dlatego wątki międzynarodowe są tak rzadko poruszane w kampaniach wyborczych.