Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję

Konflikty też się doskonalą-wywiad z prof. Ryszardem Ziębą

16 kwiecień 2008
A A A

O Europejskiej Polityce Bezpieczeństwa i Obrony, unijnych możliwościach w dziedzinie crisis management, współpracy z NATO i ONZ, atutach i wciąż istniejących brakach, z profesorem Ryszardem Ziębą rozmawiała Anna Jórasz.

- Panie Profesorze, czy według Pana państwa członkowskie słusznie podjęły decyzję o rozwoju Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony? Może UE powinna pozostać instytucją o profilu polityczno-gospodarczym, niekoniecznie wojskowym?

- Nie, bowiem od początku integracji europejskiej, czyli od Planu Schumana obecny był ten ukryty cel, że integracja miała służyć nie tylko zapewnieniu odbudowy Europy i przyspieszeniu rozwoju ekonomicznego, ale również zapewnić pokój w Europie. O tym mówili ci tzw. ojcowie integracji europejskiej. Dlatego nawet równolegle z tymi pierwszymi próbami, jak projekt Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, zaraz pojawił się projekt Europejskiej Wspólnoty Obronnej, potem Europejskiej Wspólnoty Politycznej. Z tym, że to były projekty za daleko idące. Potem gdy powstaje EWG i zaczyna prowadzić tzw. stosunki zewnętrzne - zawiera umowy stowarzyszeniowe, handlowe – musiały zapadać decyzje polityczne, np. o podjęciu rokowań z jakimiś partnerami zewnętrznymi. Na początku lat 60. pojawiają się plany Foucheta - plany rozciągnięcia integracji na sferę polityki zagranicznej, a nawet polityki bezpieczeństwa. Rezultatem tego jest powstanie w 1970 Europejskiej Współpracy Politycznej jako formy koordynowania polityk zagranicznych państw, które tworzyły Wspólnoty Europejskie.

 

- Czy to musiało trwać tak długo?

- Tak, ponieważ polityka zagraniczna, polityka bezpieczeństwa są traktowane tradycyjnie jako wręcz niezbywalne atrybuty suwerenności państwa. Zawsze tam, gdzie rządzą siły prawicowe, ten argument jest wykorzystywany. Proszę jednak zwrócić uwagę, że nazwa oficjalna to Europejska Polityka Bezpieczeństwa i Obrony. Nie jest to jednak polityka obronna w znaczeniu obrony terytorialnej - nazwa jest myląca. To jest właściwie polityka reagowania kryzysowego, te siły nie mają obowiązku bronić terytorium państw Unii, kiedy dojdzie do agresji – tym mają zajmować się siły NATO i UZE. Natomiast bardziej właściwe byłoby określenie, że chodzi o politykę reagowania, lub jak mówią wojskowi zarządzania kryzysowego, choć nie podoba mi się to pojęcie.

  

- Dobrze. Mamy wiec UE, ONZ i NATO – kto powinien odpowiadać za rozwiązywanie konfliktów w dzisiejszym świecie?

- Przede wszystkim Organizacja Narodów Zjednoczonych, ale ta organizacja jest na tyle efektywna na ile pozwalają jej członkowie, zwłaszcza wielkie mocarstwa, mające status stałych członków w Radzie Bezpieczeństwa. Ponieważ trudno tam zawrzeć wspólny mianownik, żeby tą politykę rozwijać i żeby prowadzić politykę odbudowy państw po zakończonych konfliktach, ONZ nie jest tak efektywne, jak tego chcieli założyciele.

 

- Czyli UE ma większe pole działania, większe szanse?

- Nie. Tak nie można powiedzieć. Większe szanse ma ONZ, który ma zapisane zadania, ale nie ma wszystkich instrumentów – nie ma własnych sił zbrojnych czy policyjnych, które można wysyłać na operacje. W KNZ jest rozdz. VIII mówiący o układach, organizacjach regionalnych i niektóre z tych układów regionalnych funkcjonują, np. Unia Afrykańska, całkiem nieźle. Jednak okazuje się, że w niektórych skonfliktowanych regionach świata, organizacje takie nie funkcjonują, a UE ma takie możliwości. Może nie wszystkie, nie jest organizacją regionalną w rozumieniu rozdz. VIII – ale może odegrać pozytywną rolę.

 

- Czy nie jest to prognozowanie na wyrost?

- Trzeba było tą politykę ustanowić, żeby instrumentami wojskowymi, policyjnymi wspierać działalność dyplomatyczną.

 

- Czy UE jest przygotowana do prowadzenia takich misji pod względem finansowym, technicznym?

- Przygotowuje się już odm kilku lat, od końca lat 90. Przygotowania te idą w sumie dobrze, chociaż zwolennicy tej polityki - Francja, Niemcy - chcieliby, żeby jeszcze lepiej. Jest ustalony katalog sił, mogą być wysyłane tzw. operacje petersberskie, są stworzone grupy bojowe czyli takie dyżurne – stosunkowo duże i dobrze uzbrojone oddziały do 1 500 żołnierzy. Poza tym w porównaniu z NATO Unia ma jeszcze jeden atut  - ma środki cywilnego oddziaływania – środki policyjne, ekonomiczne, prowadzi misje doradcze. Unia militarnie rzecz biorąc, nie jest aktorem silnym, ale patrząc szerzej, ma szersze spektrum instrumentów, którymi jej polityka bezpieczeństwa może się posługiwać.

 

- Czy to wystarczy, by efektywnie realizować kolejne misje i działania na całym świecie?

- Są przypadki, gdzie nie wystarczy. W Afryce trudno jest wymienić kraj, w którym nie ma problemu. Niektóre konflikty mają charakter wojen totalnych – biorą w nich udział nawet dzieci - jak małe dziecko nauczy się zabijać, to jak dorośnie dalej chce zabijać. Unia Europejska, Unia Afrykańska, ONZ zmuszają strony to zaprzestania działań, ale tamci tylko czekają, by zdarzyła się okazja, żeby znowu powojować. Także tam trzeba utrzymywać misje wojskowe, rozjemcze, czasem trzeba używać siły. Trzeba utrzymać porządek, ład wewnętrzny - a więc siły prewencyjne, trzeba szkolić policję miejscową, wymiar sprawiedliwości.

 

- Czy UE nie powinna wobec tego specjalizować się w wymiarze misji cywilnej, pozostawiając działania wojskowe w gestii NATO?

- To znaczy Unia stara się współpracować z NATO tam gdzie jest taka konieczność. Zwłaszcza w Europie, misje wojskowe jak pierwsza w Macedonii od wiosny 2003 r. czy późniejsza w Bośni i Hercegowinie (Althea) od grudnia 2004 r. Te operacje stały się możliwe dzięki porozumieniom z NATO w tzw. formule Berlin Plus – polega to na wykorzystaniu zasobów oraz środków, które są w dyspozycji NATO, a których Unia nie ma. Unia musiała się porozumieć o ich użyczeniu, by skutecznie prowadzić swoje działania. No i widać, że ta misja w Bośni i Hercegowinie jest skuteczna – zmniejsza się liczba żołnierzy z ponad 6 tys. do 2,2 tys. obecnie. Sytuacja się stabilizuje.

 

- A Bliski Wschód - czy uważa Pan, że tam UE może pomóc?

- Tu jest pewien problem. Unia wysyłając misje, opiera się na dwóch kardynalnych zasadach – muszą być zgodne z prawem międzynarodowym, czyli musi być upoważnienie Rady Bezpieczeństwa ONZ i musi być zgoda stron konfliktu. Na Bliskim Wschodzie cała działalność dyplomatyczna Unii do tej pory nie mogła się powieść, bo w zasadzie nikt nie zgadza się na misję, na unijne pośrednictwo, uznając, że tylko Stany Zjednoczone mogą tutaj tą rolę odegrać. No a Stany Zjednoczone zachowują się stronniczo.

 

- Jak Pan oceni skutki już zakończonych misji?

- One są różne, ale generalnie można powiedzieć, że są pozytywne. Na przykład pierwsza operacja wojskowa, operacja Concordia w Macedonii, była dobrze odbierana przez miejscową ludność, znacznie bardziej przychylnie niż operacja natowska. Ludność uważała, że NATO jest bardziej stronnicze, że sprzyja Albańczykom. Misja unijna odbierana była jak bardziej rozjemcza, przyczyniła się do uspokojenia sytuacji i mogła być zastąpiona misją policyjną. Sygnały, jakie nadchodziły z Bośni i Hercegowiny też były pozytywne, ale teraz jest duży znak zapytania, ponieważ po ogłoszeniu niepodległości przez Kosowo powstał bardzo wyraźny precedens, ponieważ Serbowie i Bośniacy też mają ochotę oderwać swoją republikę od państwa, które nazywa się Bośnia i Hercegowina. Także tu nie można postawić wyraźnej oceny. Misje afrykańskie – ich skuteczność jest problematyczna, ale pokazują, że właściwie UE jest tam potrzebna. Na przykład misja Artemis w Demokratycznej Republice Konga, latem 2003, była misją udaną i przeprowadzoną przez Unię samodzielnie, bez NATO. Ta misja pokazała już jedną ciekawą rzecz – że nie trzeba wielkich sił, lecz sił dobrze wyszkolonych. Dlatego parę miesięcy później zaczęto budować tzw. grupy bojowe, jako te typowe dla szybkiego reagowania w czasie kryzysu.   

 

- Konkludując, czy UE osiągnęła najwyższy punkt rozwoju w dziedzinie EPBiO?

- Nie - wiele jest jeszcze do zrobienia. Jeśli chodzi o program EPBiO to zadania European Headline Goal [red.:Europejski Cel Operacyjny] nie zostały jeszcze osiągnięte, dlatego w 2004 r. sformułowano nowy cel operacyjny na 2010 r. Jeśli chodzi o operacje cywilne, tzn. głównie policyjne, to przyjęto, że ta zdolność zostanie osiągnięta w 2008r. No ale konflikty też się doskonalą – powstają nowe wyzwania, a Unia ma szereg braków i niedoborów w siłach szybkiego i natychmiastowego reagowania, które może obecnie wysyłać. Są poważne braki w transporcie strategicznym, lotniczym, brak danych wywiadowczych, czasami jest potrzebna współpraca z NATO, czasami trzeba te dane kupić od Rosji czy Ukrainy. Jest dużo do zrobienia.

 

- Dziękuję za rozmowę.