Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Joanna Dziuba: Zwycięzcą jest gruzińska demokracja

20 styczeń 2008
A A A
Czy wybory mogą być częściowo demokratyczne lub częściowo sfałszowane? Teoretycznie to absurd. Jednak Gruzja pokazała światu, że takie rzeczy są możliwe. Czy zatem zdała egzamin z demokracji? Paradoksalnie tak. Pierwsze niedociągnięcia

Dzień po wyborach prezydenckich, 6 stycznia, zarówno organizacje międzynarodowe jak i przedstawiciele państw „świata zachodniego” zgodnie orzekli, że głosowanie przebiegało bez większych naruszeń. Wprawdzie nie odbyło się bez incydentów, jak kilku prób wrzucenia jednocześnie większej ilości głosów, czy otwarcia urny przed zamknięciem lokali wyborczych. Na wszelkie przypadki łamania prawa reagowano szybko – na drugi dzień były już postawione zarzuty, a głosy z tych okręgów unieważniono.

Problemy zaczęły się jednak w momencie zamknięcia lokali wyborczych. Wprawdzie głosowanie powinno trwać do 20:00, jednak zgodnie z gruzińskim prawem, jeśli przed lokalem obywatele jeszcze czekają, to należy dać szansę wszystkim. Od południa kolejki były bardzo duże, stało się nawet 15-20 minut, niestety często na dworze i co gorsze, na śniegu, gdyż dwa dni przed wyborami w Gruzji zaczęły się śnieżyce. Zapowiadane na 20:00 pierwsze wyniki exit polls podano ponad godzinę później. Zwycięzca - Michaił Saakaszwili, z 52,5 proc. poparciem, zamykał drogę opozycji do walki w drugiej turze. To było pierwsze opóźnienie, ale nie ostatnie. Zapowiadane na północ czasu gruzińskiego wstępne dane Centralnej Komisji Wyborczej pojawiły się ponad cztery godziny po czasie. Były prezydent wręcz zmiażdżył innych kandydatów – podano około 67 proc. poparcia.

Wyniki, wprawdzie niemiarodajne, gdyż jedynie z trzydziestu kilku okręgów, wywołały silną reakcję po obu stronach. Sztab lidera Rewolucji Róż wpadł w euforię, sam kandydat mówił o zwycięstwie całego narodu. Opozycja na czele z Lewanem Gaczecziladze, którego śmiało można nazwać największym przegranym, zapowiedziała protesty, zażądała drugiej tury i zaczęła zbierać dowody na fałszerstwa wyborcze. Stopniowo pozostali kandydaci oskarżali Komisję o nadużycia i zgodnie z zasadą „wspólny wróg jednoczy” negowali zwycięstwo Saakaszwiliego.

Oddanie głosu to nie wszystko

Odważnie 6 stycznia ogłoszono zwycięstwo demokracji w Gruzji, jak się okazało – trochę na wyrost. Wydarzenia do 13 stycznia, na kiedy zapowiadano podanie ostatecznych wyników, niestety wpisywały się w sławne powiedzenie Józefa Stalina (jednego z najsławniejszych Gruzinów) – „Nie ważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy”. Po pierwsze, Komisja początkowo opublikowała wyniki z tych okręgów, w których ogromna przewagę zdobył Saakaszwili, jak z miasta Zugdidi, położonego przy granicy z de facto niepodległą Abchazją. Wspomniane 67- procentowe poparcie zaczęło topnieć na tyle, że druga tura cały czas była prawdopodobna. Centralna Komisja nie uznała większości zarzutów dotyczących naruszeń prawa podczas wyborów nawet bez poddania ich dokładnej analizie. Zgłoszone przez koalicję opozycyjną zarzuty dotyczące fałszowania wyborów zostały odrzucone, gdyż w czasie wymaganym przez Komisję zgłaszający nie byli w stanie dostarczyć oryginałów dowodów. Należy dodać, że zażądano natychmiastowego ich przedstawienia. Wnioski zgłoszone przez organizacje pozarządowe zostały od razu odrzucone – chciałoby się powiedzieć, z założenia. Ciekawym również jest fakt, iż w części okręgów, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, znacznie wzrosła frekwencja wyborcza – niekiedy dochodząca do 90 – 100 proc. Oczywiście pozostaje tylko pogratulować Gruzinom obywatelskiej postawy.

Również nagle kilka dni po wyborach wzrosła znacząco ilość osób, które wzięły udział w głosowaniu. Niestety Centralna Komisja nie jest w stanie w przekonujący sposób wykazać przyczyn tego zjawiska. Niekwestionowanym faktem jest to, iż Saakaszwili uzyskał najwięcej głosów. Należy się zastanowić, czy działania Komisji wynikały jedynie ze słabego przygotowania do wyborów (o czym się wspominało aż do 5 stycznia) i problemów z komunikacją, czy bardziej usilnego poszukiwania brakujących dziesiętnych procenta głosów, dzięki którym pierwsza tura okaże się ostatnią. Jedno jest pewne – pozostawiły niesmak.

W Tbilisi nie chcą Miszy

Co ciekawe, Michaił Saakaszwili zdobył najmniejsze poparcie w stolicy. Największe zaś w regionach graniczących z obszarami separatystycznymi oraz zamieszkiwanymi przez mniejszości ormiańską i azerską. Dlaczego Tbilisi nie chce Miszy? Można wskazać kilka powodów znacznego spadku poparcia dla byłego prezydenta. Przede wszystkim mieszkańcy stolicy byli albo uczestnikami albo świadkami wydarzeń z listopada zeszłego roku. Na własne oczy widzieli służby bezpieczeństwa pacyfikujące agresywnych demonstrantów. Należy pamiętać, że Gruzini, jak większość narodów kaukaskich, nie poddają się władzy narzuconej siłą. Saakaszwili, na swoją niekorzyść, zrozumiał to znacznie później niż przewodnicząca parlamentu Nino Burdżanadze, która starała się rozwiązać spory negocjacjami.

Prezydent wyciągnął jednak wnioski z własnych błędów. Kiedy potwierdzono jego zwycięstwo, zaprosił partie opozycyjne do współtworzenia nowego gabinetu. Przyjął pozycję męża stanu i prezydenta wszystkich Gruzinów. Można oczywiście się zastanawiać, na ile jest to faktyczna zmiana polityki wewnętrznej, a na ile rozpoczęcie kampanii parlamentarnej na rzecz Ruchu Narodowego (założonego przez tego polityka przed Rewolucją Róż). Zgodnie z plebiscytem wybory odbędą się na wiosnę br.

Kolejny powód może wynikać z samego faktu siły politycznej, jaką dysponuje opozycja w stolicy. Tylko tutaj odbywają się protesty i przede wszystkim uczestniczą w nich mieszkańcy Tbilisi. Ciekawym zapewne byłoby przeprowadzenie badań opinii na temat znaczenia partii związanych z Lewanem Gaczecziladze w centrum i pozostałych regionach kraju. Można podejrzewać, że poza Tbilisi znacznie mniej obywateli upatruje przeciwników Saakaszwiliego jako znaczącą siłę polityczną i potencjalnych rządzących. Z tego też wynika odpowiednio wyższe poparcie dla prezydenta w rolniczych regionach oraz obszarach graniczących z Abchazją i Południową Osetią, gdzie postrzegany jest jako jedyny gwarant zjednoczenia kraju i zapewnienia pełnego bezpieczeństwa Gruzinom. Tereny te często zamieszkane są bowiem przez uchodźców, którzy w pierwszej połowie lat 90-tych zmuszeni zostali porzucić swoje małe ojczyzny i uciekać przed tworzącą się władzą separatystyczną.

Egzamin zdany na trójkę z plusem

Oceniając proces demokratyzacji w Gruzji należy spojrzeć przede wszystkim na współczesną historię tego kraju. Rządy Zwiada Gamsachurdii – pierwszego prezydenta – zostały obalone rok po wyborach (1992). Krótki okres władzy Mchedroni (bardziej grupy paramilitarnej niż partii politycznej) zakończyła elekcja Eduarda Szewardnadze, który podobnie jak Saakaszwili, cieszył się na początku pierwsze kadencji 96-procentowym poparciem społeczeństwa. Jednak każde kolejne wybory w coraz większym stopniu były fałszowane, aż do 2003 roku, kiedy społeczeństwo zdecydowało się wystąpić otwarcie przeciw władzy Szewardnadze. W krótkiej historii demokracji trudno tym samym zauważyć w pełni wolne wybory czy nierewolucyjną zmianę władzy.

Gruzini wprawdzie odwołują się do doświadczeń niepodległościowych z początku XX wieku, jednak okres 3 lat (1918-21) uznaje się bardziej za epizod niż okres, podczas którego można było wypracować wzorce demokratycznego rządzenia. Porównywanie sytuacji politycznej w tym kraju do liberalnych demokracji na Zachodzie jest tym samym niestosowne. Gruzja stoi przed własnymi wyzwaniami. Dla obu stron sceny politycznej styczniowa wygrana oznaczała coś innego. Saakaszwili chciał udowodnić  (zarówno innym krajom i opozycji jak i sobie), że nadal się cieszy znacznym poparciem społecznym. Opozycja zaś dążyła do przejęcia władzy, zmuszenia prezydenta do odejścia ze stanowiska i, bezpośrednio, do organizacji drugiej tury. Jednak dla kraju podstawowym wyzwaniem były same wybory – czy uda się odejść od standardów politycznych lat 90-tych – zorganizować wybory, które nie zostaną masowo sfałszowane lub nie zakończą się kolejnymi zamieszkami? Pomimo wątpliwie prawej działalności Centralnej Komisji, wydaje się, że naród zdał egzamin. Demonstracje przebiegały spokojnie, władza zrozumiała potrzebę dialogu. Choć sytuacja jest daleka od ideału, można postawić tezę, że Gruzja, choć we własnym tempie, poddaje się procesowi demokratyzacji. Kolejne wyzwanie – wybory parlamentarne już na wiosnę!