Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Joanna Lisek: Somalia - nowy front wojny z terroryzmem

Joanna Lisek: Somalia - nowy front wojny z terroryzmem

14 luty 2007
A A A

Somalia to państwo, które tak naprawdę nie istnieje, a jednak w ostatnich latach przyciągnęło uwagę najpotężniejszego mocarstwa światowego. Przyczyną zainteresowania Stanów Zjednoczonych tym regionem stała się rozprzestrzeniająca się wojna z terroryzmem. Po ataku na Afganistan to właśnie Róg Afryki stał się potencjalną nową bazą dla terrorystów z Al-Kaidy i tym samym obszarem gdzie leżą żywotne interesy supermocarstwa. [1]

 Pierwsze działania Amerykanów w tym regionie miały miejsce już na początku lat dziewięćdziesiątych podczas wybuchu kryzysu somalijskiego. Gdy w 1991 zjednoczone klany obaliły reżim generała Mohammeda Siadda Barre, w państwie tym zapanowała anarchia. Mimo, iż  Somalia jest wyjątkiem spośród innych krajów afrykańskich i wyróżnia ją etniczna jednolitość (około 95% ludności to Somalijczycy tworzący wspólnotę językową i religijną – islam sunnicki), bardzo silne są podziały klanowe, które stały się zarzewiem nowego konfliktu [2]. Klany, które wcześniej współdziałały ze sobą stanęły do walki o schedę po byłym dyktatorze. Rozpoczęła się wojna wszystkich ze wszystkimi. Przestały funkcjonować niemal wszystkie instytucje państwowe, w tym policja i wymiar sprawiedliwości, tak ważne dla bezpieczeństwa obywateli [3]. Ujawniły się tendencje separatystyczne. Na północy kraju powstała Republika Somalilandu, która nie została uznana przez społeczność międzynarodową. Władze nad resztą kraju przejęli lokalni watażkowie oraz przywódcy klanowi.
Szczególnie wyraźny i tragiczny w skutkach był konflikt między wcześniejszymi sojusznikami – Mohammedem Ali Mahdim i generałem Mohammedem Farahem Aididem. W wyniku starć i grabieży dokonanych przez oddziały tych zajadłych przeciwników, doszło do niespotykanej, nawet na skalę afrykańską, klęski głodu. Pomoc humanitarną, przeznaczoną dla głodującej ludności cywilnej,  rozgrabiały bojówki. Ponad jednej trzeciej ludności Somali zajrzało w oczy widmo była śmierci głodowej.

Właśnie wtedy Stany Zjednoczone zainteresowały się losem pogrążonej w chaosie Somalii. Na forum ONZ wspierały wysłanie sił UNOSOM (United Nations Operation In Somalia), a następnie postanowiły bezpośrednio zaangażować się w tamtejszy kryzys. Intencje, które przyświecały Stanom Zjednoczonym  generalnie mają pozytywny wydźwięk. Prezydent George Bush senior uzasadniał potrzebę interwencji chęcią przywrócenia porządku w Somalii i ratowania miejscowej ludności przed śmiercią głodową. Postanowił także ściśle współpracować z ONZ. Mimo tych przesłanek pojawiały się sugestie, że główną przyczyną zaangażowania jest chęć amerykańskiej dominacji w tym regionie. Stany Zjednoczone, które wyszły z zimnej wojny jako jedyne supermocarstwo, posiadały już wtedy koncepcje budowania „nowego porządku światowego” na bazie „stanowczego multilateralizmu” (assertive multilateralism), a więc rozwiązywania nabrzmiałych problemów międzynarodowych przez podejmowanie wielostronnych akcji ze znaczącym amerykańskim udziałem [4]. Zachęcone wynikiem wojny w Zatoce Perskiej mocarstwo postanowiło zaangażować swoje siły w interwencje humanitarną w Somalii.

9 grudnia 1992 roku rozpoczęła się operacja Przywrócić Nadzieję, którą firmowała  ONZ. Oddziały amerykańskie wylądowały w blasku reflektorów i pod okiem kamer na somalijskich plażach [5] W siłach UNITAF (Unified Task Force) zdecydowaną większość  spośród 38 tysięcy żołnierzy stanowili Amerykanie. Ich wkład w operację ograniczył się nie tylko do wysłania oddziałów, ale dotyczył także wsparcia logistycznego. W tym samym czasie nie ustawały wysiłki ONZ i innych organizacji celem doprowadzenia do zawieszenia broni między stronami.

Zarówno Amerykanie, jak i ONZ od początku operacji popełniali błąd za błędem. Brakowało koordynacji działań. Gdy ONZ  negocjowała z jedną stroną konfliktu, dyplomacja amerykańska wspierała ich przeciwników. Ponadto Stany Zjednoczone często były zbyt pewne siebie nie doceniając ani przeciwnika, ani wpływu mediów na opinię publiczną. Znamienna była relacja z Mogadiszu, które przedstawiała przywiązane do pędzącej ciężarówki ciało amerykańskiego żołnierza.  Ponadto oddziały sił pokojowych źle oceniły sytuację i nie rozbroiły wszystkich frakcji somalijskich. Siłom UNITAF oraz UNOSOM nie udało się zaprowadzić porządku na większości terytorium państwa. Było to bezpośrednim powodem powstania kolejnej misji pokojowej UNOSOM II.

Mimo rozmów pokojowych, które rozpoczęły się w połowie stycznia 1993 roku sytuacja w Somalii była nadal bardzo trudna. Siły amerykańskie, które miały  przewagę militarną, przegrywały kolejne partyzanckie potyczki w Mogadiszu. Nie pomogło przysłanie do stolicy elitarnej jednostki rangersów. Zaangażowanie Stanów Zjednoczonych dobiegało końca. Głównym pretekstem do wycofania się były wydarzenia mające miejsce w październiku 1993 roku. Oddziały amerykańskie wysłane w celu ujęcia jednego z „panów wojny”, gen. Mohammeda Faraha Aidida, wpadły w zasadzkę i musiały przez całą noc stawiać opór przeważającym bojówkom somalijskim. Straty wyniosły 18 zabitych i 84 rannych oraz 2 zestrzelone śmigłowce. Zdjęcia zmasakrowanych ciał żołnierzy wstrząsnęły opinią publiczną. Pod jej naciskiem prezydent przyspieszył decyzję o wycofaniu wojsk [6]. Ewakuacja oddziałów amerykańskich zakończyła się  31 marca 1994 roku [7].
Somalia została pozostawiona sama sobie pogrążając się w anarchii. Negocjacje między stronami nie były podejmowane lub nie przestrzegano ich postanowień.  Największą cenę jak to na ogół bywa w tego typu sytuacjach zapłaciła ludność cywilna.

Świat na kilka lat stracił zainteresowanie problemem Somalii. Zmiana tej sytuacji nastąpiła dopiero po 11 września 2001 roku. To właśnie wtedy George W. Bush wypowiedział wojnę terroryzmowi. Po inwazji na Afganistan i zajęciu Iraku uwaga mocarstwa zwróciła się ku innym państwom mogącym stanowić schronienie dla terrorystów. Na liście podejrzanych znalazła się także Somalia, gdyż wykryto związki miejscowych fundamentalistów z Al-Kaidą Osamy bin Ladena. Podejrzewano, że w w Mogadiusz ukrywa się m.in. Fazul Abdullah Mohamed, który oskarżany jest o zorganizowanie ataków terrorystycznych na amerykańskie ambasady w Kenii i Tanzani w 1998 roku. [8] Pierwszym krokiem ku większemu zaangażowaniu się mocarstwa w Rogu Afryki było przybycie w kwietniu 2002 roku oddziałów amerykańskich do francuskiej bazy w Dżibuti [9]. Do portu zawinęły także statki z marines oraz lotniskowiec. To właśnie stamtąd Amerykanie ścigają terrorystów w Jemenie, ale także w całym regionie. Samo Dżibuti niewątpliwie czerpie wielkie profity, które wiążą się z obecnością amerykańskich oddziałów. Strategiczne znaczenie bazy potwierdziło się w styczniu 2007 roku.

Tymczasem coraz większą rolę w Somalii zaczęli odgrywać przywódcy religijni, którzy od końca 2005 roku, mając poparcie większości ludności, zaczęli wprowadzać porządek oparty na prawie koranicznym. Powstała Unia Sądów Szariackich stworzona przez somalijskich talibów, która sukcesywnie kontrolowała coraz większy obszar kraju [10]. Po wielu latach wojen i chaosu porządek był stanem bardzo pożądanym.  Przywódcą Unii został szejk Hasan Tahir Aweis, który znajduje się na amerykańskiej i ONZ-towskiej liście terrorystów. Przystał do partii al Itihaad al Islamija, uważanej za organizację terrorystyczną i inicjatorkę ataków terrorystycznych finansowanych przez Al-Kaidę. Aweis przyznawał się do znajomości z Osamą bin Ladenem, lecz zaprzeczał, że ma coś wspólnego z terroryzmem [11].

Sytuacja ta wyraźnie zaniepokoiła Stany Zjednoczone. Złe doświadczenia z przeszłości a także wydarzenia w Iraku i Afganistanie nie pozwoliły jednak na bezpośrednie zaangażowanie w zapomniany już konflikt. Amerykanie postanowili posłużyć się swoimi dawnymi wrogami, czyli zbrojnymi grupami watażków, którzy zjednoczyli się pod nazwą Sojuszu Antyterrorystycznego na rzecz Przywrócenia Pokoju. Mieli oni za zadanie odebrać władzę fundamentalistom i schwytać ukrywających się w Mogadiszu terrorystów. Obecny prezydent Somalii Abdullahi Jusuf Achmed tak komentuje posunięcia Amerykanów: „Sądzą, że w ten sposób pokonają Al-Kaidę w Somalii. W rzeczywistości zaś podżegają do nowej wojny” [12]. Po raz kolejny mocarstwo dało wyraz swojemu cynizmowi. W pogoni za terrorystami było gotowe wspierać największych wrogów pokoju i stabilizacji w tym państwie. Wkrótce okazało się jednak, że nawet przy wsparciu Amerykanów lokalni watażkowie są zbyt słabi by pokonać oddziały talibów. Już w czerwcu ci ostatni zajęli oni całe Mogadiszu i zaprowadzili tam nowy porządek. Wyparli też sprzymierzone wojska watażków z okolicznych wiosek i miasteczek [13]. Dotychczasowa strategia Stanów Zjednoczonych poniosła klęskę. W tej sytuacji Amerykanie zmienili sojusznika. Tym razem postawiono na Etiopię, która jako jedyne chrześcijańskie państwo w regionie także obawiała się rozwoju islamskiego fundamentalizmu niedaleko jej granic.

Opanowanie Mogadiszu i okolicznych wiosek otworzyło talibom drogę do miasta Baidoa – siedziby prezydenta i rządu popieranych przez Stany Zjednoczone. Wobec tej groźby w lipcu wojska etiopskie przekroczyły granicę Somalii i zajęły Baidoa [14]. W odpowiedzi ogłosili dżihad i zaczęli zajmować część Somalii  graniczący z Kenią. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Pojawiło się zagrożenie, że na teren Somalii zaczną przybywać fundamentaliści z różnych części świata, zachęceni walką z chrześcijańską Etiopią.

Ostateczna ofensywa  nastąpiła 24 grudnia 2006 roku.. Wojska etiopskie, które są uważane za najpotężniejsze w regionie, posuwały się bardzo szybko w stronę Mogadiszu, wygrywając bitwę za bitwą [15]. Pojawiły się doniesienia, że wojskom towarzyszą amerykańscy tropiciele terrorystów z bazy w Dżibuti. Natychmiastowego wstrzymania ofensywy zażądały: Kenia, Dżibuti, Francja, Niemcy, Liga Państw Arabskich, Organizacja Konferencji Muzułmańskiej. Z kolei Stany Zjednoczone udzieliły Etiopii poparcia na forum ONZ.

Ofensywa wojsk etiopskich zakończyła się po siedmiu dniach, gdy talibowie poddali Mogadiszu i ulegli rozsypce. [16] Po raz kolejny w ciężkiej sytuacji znalazła się ludność cywilna, która musiała opuścić swoje domy, po raz kolejny zapanował tam chaos. 8 stycznia rozpoczęły się działanie sił amerykańskich z bazy w Dżibuti. Samoloty AC-130 zbombardowały  stanowiska fundamentalistów islamskich w południowej części kraju. Ich celem stały się miejscowości blisko granicy z Kenią: Badel, Hayo, Gerer, Banhajirow, Badmowe. Podczas nalotów zginęło około 300 osób. Ataki zostały skrytykowane przez Unię Europejską, ONZ oraz Włochy. Poparł je natomiast somalijski rząd tymczasowy.[17] W związku z bezpośrednim i militarnym zaangażowaniem się Stanów Zjednoczonych na terenie Somalii pojawiły się różne spekulacje dotyczące rzeczywistego powodu aktywności mocarstwa w tym państwie. Wśród nich pojawił się m.in. wątek złóż ropy [18]. Prowadzone w 1988 roku badania wspierane m.in. przez UNDP (United Nations Development Programe) oraz Bank Światowy potwierdziły, iż bez wątpienia na terenie Somalii znajdują się jeszcze nie odkryte złoża ropy. [19]

Działalność Stanów Zjednoczonych w Somalii potwierdza dotychczasową niekonsekwentną i krótkowzroczną politykę tego państwa. Potwierdziła obawy, że mocarstwo przypisuje sobie prawo do realizowania swoich interesów metodami niezbieżnymi z prawem międzynarodowym (m.in. poprzez popieranie agresji zbrojnej) i opinią części społeczności międzynarodowej. Najlepszym przykładem dotychczasowej polityki Stanów Zjednoczonych jest Irak i Afganistan, które zostały zajęte przez Amerykanów w bardzo krótkim czasie, jednak nie przewidziano jakie będą konsekwencje tego posunięcia. Amerykańska polityka faktów dokonanych stawia takie organizacje jak ONZ czy Unia Afrykańska w trudnej sytuacji, a ich działalność spycha na margines.

Somalia jako jedno z najbiedniejszych państw świata niewątpliwie potrzebuje pomocy międzynarodowej, w której zaangażowanie Stanów Zjednoczonych, jako światowego mocarstwa ma kluczowe znaczenie. Obecnie PKB per capita w tym państwie wynosi 130 $ a dostępność do wody pitnej ma tylko 29% ludności.  Pomoc dla tego państwa musi więc służyć odbudowaniu go z gruzów wojny, polepszeniu warunków życiowych mieszkającej tam ludności, a nie realizowaniu partykularnych interesów mocarstwowych.

Przypisy:
[1] www.eurojihad.org">http://www.eurojihad.org
[2] J.J. Milewski, W. Lizak, "Stosunki międzynarodowe w Afryce", Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2002, s.237
[3] Ibidem. s. 239
[4] Ibidem. s. 111
[5] http://www.eurojihad.org
[6]
http://www.e-polityka.pl (polityka afrykańska USA)
[7] J.J. Milewski, W. Lizak, "Stosunki międzynarodowe…” op.cit., s. 246
[8] http://www.globalsecurity.org
[9] http://globalsecurity/org
[10] W. Jagielski, Tydzień jatek w Mogadiszu, Gazeta Wyborcza, 13-14 V 2006
[11] W. Jagielski, Dziwny sojusz Amerykanów w Somalii, Gazeta Wyborcza, 9 V 2006, s. 14
[12] Ibidem
[13] W. Jagielski, Somalia w rękach talibów, Gazeta Wyborcza, 6 VI 2006, s. 8
[14] W. Jagielski, Etiopskie wojska wtargnęły do Somalii, Gazeta Wyborcza, 24 VII 2006, s. 10
[15] W. Jagielski, Talibowie zbierają cięgi w Somalii, Gazeta Wyborcza,  28 XII 2006, s. 1
[16] W. Jagielski, Klęska talibów w Somalii, Gazeta Wyborcza, 29 XII 2006, s. 7
[17] http://psz.pl/content/view/3777/
[18] http:/allafrica.com/stories/200701220368.html
[19] Ibidem