Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Maciej Konarski: Duchy przeszłości nie opuszczają Rwandy

Maciej Konarski: Duchy przeszłości nie opuszczają Rwandy

02 marzec 2010
A A A
Wkrótce minie kolejna rocznica niesławnego ludobójstwa, którego ofiarą padły setki tysięcy mieszkańców Rwandy. 16 lat to za mało by uleczyć taka ranę, zwłaszcza gdy mordercy i ofiary wciąż żyją obok siebie, a rząd uczynił z pamięci o rzezi podstawę swej legitymizacji.

O samym ludobójstwie w Rwandzie napisano już bardzo wiele i raczej nie mam tu wiele do dodania. Przypomnijmy więc tylko podstawowe fakty. Zbrodnię zaplanowali i przeprowadzili ekstremistyczni politycy z ludu Hutu, którzy od 1959 r. rządzili tą byłą belgijską kolonią. Starannie zaplanowali oni ludobójstwo i wykorzystali tajemniczą śmierć prezydenta Juvenala Habyarimany (6 kwietnia 1994 r.), jako pretekst do wymordowania blisko miliona członków mniejszościowego narodu Tutsi oraz tych Hutu, którzy sprzeciwiali się polityce ekstremistów. Masowe mordy przerwała dopiero ofensywa rebeliantów Tutsi (Rwandyjski Front Patriotyczny - RPF) z sąsiedniej Ugandy. Pokonali oni oprawców, a ich przywódca Paul Kagame przejął władzę w państwie. Od tej pory, mimo szumnie ogłaszanego przez władze „odrodzenia”, Rwanda wciąż żyje w cieniu tej nieprawdopodobnej zbrodni.

Polityka historyczna a’la Rwanda

W ostatni czwartek (25.02.) kilkugodzinną wizytę w Rwandzie złożył francuski prezydent Nicolas Sarkozy, odbywający objazdową wizytę w krajach frankofońskiej Afryki. Teoretycznie jego króciutki pobyt w maleńkim środkowoafrykańskim kraju nie byłby wart uwagi, gdyby nie fakt, iż jest to pierwsza wizyta francuskiego prezydenta w Rwandzie od czasu ludobójstwa. Francja do samego końca popierała bowiem zbrodniczy reżim ekstremistów Hutu, a prezydent Paul Kagame, którego rebeliancka armia pokonała ludobójców i przerwała rzeź, nie przepuszczał nigdy żadnej okazji, aby jej to wypomnieć. Podczas uroczystych obchodów dziesiątej rocznicy ludobójstwa w 2004 r. Kagame wywołał skandal, oświadczając publicznie, że Francuzi są współwinni zbrodni. Delegacja francuska na czele z wiceministrem spraw zagranicznych Renaudem Muselierem na znak protestu wycofała się wówczas z uroczystości.

Stosunki pomiędzy obydwoma państwami były więc chłodne, a w 2006 r. uległy zupełnemu zerwaniu, gdy paryski sędzia Jean – Louis Bruguière wydał międzynarodowy list gończy za dziewięcioma wysoko postawionymi współpracownikami Kagame. Sędzia prowadził śledztwo w sprawie tajemniczego zestrzelenia w 1994 r. samolotu, przewożącego na swym pokładzie prezydenta Habyarimanę (pilotami byli obywatele Francji), którego śmierć stała się dla Hutu pretekstem do rozpoczęcia ludobójstwa. Bruguière uznał, iż to Kagame (ze względu na immunitet głowy państwa nie wysłano za nim listu gończego) nakazał zestrzelenie samolotu prezydenckiego. Kigali wpadło w furię i zerwało z Francją stosunki dyplomatyczne, które wznowiono zaledwie trzy miesiące temu. Niedawna wizyta Sarkozy’ego jest więc wyraźnym znakiem odwilży.

Co prawda, francuski prezydent nie był specjalnie skłonny, aby bić się w piersi za politykę swego kraju wobec Rwandy, stwierdzając jedynie, iż Paryż popełnił wtedy fatalne błędy. Przypomniał mi od razu wiceszefa NKWD, Mierkułowa, który swego czasu indagowany przez generała Berlinga o los wziętych do niewoli polskich oficerów odparł: „My sdiełali s nimi bolszuju oszybku”  - ale nie bądźmy może aż tak złośliwi. W końcu sam Kagame przełknął te słowa bez komentarza, stwierdzając jedynie pojednawczo, iż oba kraje nie mogą być bez końca zakładnikami przeszłości. Nie wątpię jednak, że kontrowersje wokół śmierci Habyarimany i roli odegranej przez Francję podczas ludobójstwa powrócą jeszcze nie raz. Zainteresowanych tematem odsyłam do mojego artykułu sprzed trzech lat.

Do sprawy tej powracam natomiast raz jeszcze, gdyż niezależnie od ewentualnej winy Francuzów jest ona świetnym przykładem tego, jak pamięć o ludobójstwie ciąży na rwandyjskiej polityce oraz jak rządzący krajem reżim instrumentalnie stosuje ją dla swych własnych celów. To pewna schizofrenia, gdyż z jednej strony Kagame realizuje w Rwandzie swoją własną wersję polskiego „wybierzmy przyszłość”, surowo tępiąc wszystkie trybalizmy (nie można już np. mówić o „Tutsi” i „Hutu”, są tylko „Rwandyjczycy”), a z drugiej kreuje się na rzecznika wszystkich ofiar ludobójstwa. Każdą krytykę swych dyktatorskich metod bądź agresywnej polityki zagranicznej (przypomnijmy chociaż krwawą wojnę w Kongu, którą wywołał), kwituje zazwyczaj stwierdzeniem „a wy milczeliście gdy dokonywano ludobójstwa”. Do grona „wspólników morderców” dołączył w ten sposób nawet słynny Paul Rusesabagina, którego postać rozsławił na cały świat film „Hotel Rwanda”. Co więcej, Kagame sprytnie kreuje się też na jedynego polityka zdolnego do zapobieżenia ludobójstwu w przyszłości, legitymizując w ten sposób swą dyktaturę wewnątrz kraju i zagranicą.

Krwawiąca pamięć

Odłóżmy jednak na bok polityczne gierki. O wiele bardziej doniosłe znaczenie ma fakt, iż ludobójstwo odcisnęło niezatarte piętno na zwykłych mieszkańcach Rwandy. Nie można zapominać, że ta rzeź nie była tylko i wyłącznie dobrze zorganizowaną akcją eksterminacyjną, lecz de facto gigantycznym pogromem, w trakcie którego zwykli ludzie masowo i bez wahania mordowali swych sąsiadów, a nawet krewnych. W rzezi wzięła udział niemal cała społeczność Hutu. Osądzenie tak gigantycznej masy morderców było w praktyce niewykonalne, zwłaszcza, że na jednego rwandyjskiego Tutsi przypada dziś pięciu Hutu. W rezultacie szeregowi sprawcy zbrodni są karani nadzwyczaj wybiórczo, a po amnestii ocalałe cudem ofiary żyją przeważnie w sąsiedztwie dawnych morderców i gwałcicieli. Co więcej, wbrew pozorom ocaleni Tusi nie mogą żaden sposób czuć się klasą uprzywilejowaną, gdyż polityczna i ekonomiczna władza nad krajem spoczywa w ręku tych ich rodaków, którzy powrócili do Rwandy z emigracji wraz z ofensywą rebelianckiej armii Kagame w 1994 r.

W ostatnich dniach miałem okazję przeczytać świetną książkę Jeana Hatzfelda, zatytułowaną „Strategia antylop”. Obserwacje tego francuskiego reportera w dużej mierze potwierdzają to co o sytuacji w Rwandzie piszą od dłuższego czasu trzeźwi ludzie, nie dający się nabrać na lep pokrzepiających PR oświadczeń, wydawanych przez rząd Kagame lub międzynarodowe organizacje pomocowe. Pojednanie miedzy Hutu i Tutsi istnieje przede wszystkim na papierze, wymuszone groźbą rządowych represji na tych, którzy odważyliby się poszukiwać zemsty lub ponownie rozniecać nienawiść. Obie społeczności żyją całkowicie osobno, traktując się z całkowitą nieufnością. Trauma ludobójstwa jest wszędzie widoczna i determinuje codzienne życie narodu.

Tragiczny paradoks polega na tym, że Rwandyjczycy muszą otrząsnąć się z tej traumy, aby ich kraj miał szansę normalnie funkcjonować ale z drugiej strony ogrom zbrodni i warunki w jakich musi się odbywać niechciane pojednanie sprawiają, że wątpliwym jest czy będzie to kiedykolwiek możliwie. Może przy dobrych wiatrach za kilkadziesiąt lat? Pytanie tylko, czy historia da temu krajowi aż tyle czasu.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.