Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Maciej Konarski: Kalifornijskie Kasandry

Maciej Konarski: Kalifornijskie Kasandry

26 listopad 2009
A A A
Naukowcy z Berkeley i Stanforda zachowują się jak ludzie, którzy widzą drzewa, a nie dostrzegają lasu. Prorokując, iż zmiany klimatyczne zamienią Afrykę w jedno wielkie pole bitwy zdają się bowiem ignorować skomplikowaną rzeczywistość tego kontynentu.

Zmiany klimatyczne są ostatnimi czasy tematem więcej niż modnym. Jest to hasło odmieniane przez wszystkie przypadki, we wszystkich możliwych konfiguracjach i przy każdej nadarzającej się okazji. Czy słusznie? Nie wiem, gdyż nie jestem klimatologiem, a skoro tematu nie znam to pójdę za radą pewnego prezydenta i skorzystam z okazji by siedzieć cicho. Znam się natomiast nieco na Afryce i jej konfliktach, które amerykańscy badacze  spróbowali ostatnio powiązać ze zjawiskiem globalnego ocieplenia.

W artykule opublikowanym w prestiżowym czasopiśmie PNAS (Proceedings of the National Academy of Sciences) zespół naukowców (wywodzących się głównie z kalifornijskich uniwersytetów Berkeley i Stanforda) opublikował artykuł, w którym dowodzi ni mniej ni więcej, iż z powodu zmian klimatycznych liczba wewnętrznych konfliktów w krajach afrykańskich wzrośnie do 2030 roku o ponad 50 procent (w porównaniu do roku 1990), co spowoduje w rezultacie zwiększenie liczby ofiar tamtejszych wojen o dodatkowe 393 tysięcy. Za pomocą skomplikowanych modeli i wyliczeń naukowcy przekonują wręcz, iż wzrost średniej temperatury o 1 stopień Celsjusza powoduje, że w tym samym czasie częstotliwość występowania wojen domowych wzrasta o 4,5 procenta.

Nie jest to, trzeba przyznać, specjalnie oryginalna teoria. Już wcześniej niektórzy futurolodzy prorokowali, iż z powodu zanieczyszczeń i globalnego ocieplenia wojny przyszłości będą się toczyć o dostęp do pól uprawnych, pastwisk czy źródeł wody pitnej (tzw. „wojny głodu”). Dziś jako jeden z dowodów na poparcie tej teorii przedstawia się krwawą wojnę w sudańskim Darfurze, którego jednym z motorów był zadawniony konflikt pomiędzy murzyńskimi rolnikami, a arabskimi pasterzami. Co jakiś czas można też przeczytać o starciach pomiędzy rozmaitymi afrykańskimi plemionami w Kenii, Południowym Sudanie, Kongu, Ghanie czy innych krajach - których zasadniczą przyczyną są spory o ziemię, wodę lub bydło.

Mówimy tu o często bardzo brutalnych walkach, których ofiarą padają zazwyczaj bezbronne kobiety i dzieci. Liczba zabitych idzie niekiedy w setki, a uchodźców w tysiące. Z całym szacunkiem dla ofiar należy jednak podkreślić, że tego typu spory nie spowodowały wybuchu żadnego z tych wielkich konfliktów, które rzeczywiście wstrząsnęły Afryką w ostatnich latach. Południowy Sudan, Angola, Rwanda, Kongo, Liberia, Sierra Leone, Somalia, delta Nigru, Wybrzeże Kości Słoniowej… tam nie chodziło o problemy klimatyczne. Przyczyną tych wojen były (lub są) zadawnione etniczne podziały, religia, ideologia, ropa, złoto, diamenty, koltan, a najczęściej po prostu zwykła żądza władzy i dominacji. Nawet we wspomnianym Darfurze odwieczny konflikt koczowników z rolnikami nie przekształciłby się zapewne w nic poważniejszego niż lokalne plemienne starcia, gdyby rząd Sudanu nie uzbroił jednych przeciw drugim, licząc że powstrzyma w ten sposób grożącą rozpadem państwa rebelię.

Oczywiście, zmiany klimatyczne, a właściwie będące ich konsekwencją susze czy pustynnienie mogą podsycać pewne napięcia i konflikty (jak w mikroskali dzieje się to w Afryce od stuleci) ale to nie one zadecydują o tym, czy na kontynencie zapanuje kiedyś trwały pokój, czy też wojna stanie się stanem permanentnym. Nie zadecyduje o tym również zasypanie problemu pieniędzmi jak sugerują to autorzy wspomnianego artykułu.

Problem tkwi bowiem w zanikaniu lub niedowładzie afrykańskich struktur państwowych; w braku sprawnych regionalnych mechanizmów zapobiegania i rozwiązywania konfliktów; w nędzy, korupcji i autorytaryzmie, które wciąż niestety trapią wiele państw kontynentu. Do tego można dodać jeszcze geopolityczne gry, które wciąż toczą się na kontynencie, źle skrojone postkolonialne granice, niski poziom kultury politycznej i wiele innych czynników, które tworzą żyzną glebę dla wszelkiego rodzaju konfliktów.

I tu jest właśnie pies pogrzebany. Gdyby wspomniane wyżej kwestie były w Afryce uregulowane w odpowiedni sposób, wielu konfliktom, które potencjalnie mogą zostać wywołane przez zmiany klimatyczne można byłoby (przy pewnym wysiłku i dobrej woli) zapobiec lub odpowiednio szybko je wygasić. Świadczyć może o tym trudny ale mimo wszystko działający kompromis w sprawie podziału wód Nilu. Natomiast przy dzisiejszym stanie rzeczy nie trzeba zmian klimatycznych, aby niestabilność pozostawała w Afryce stanem permanentnym.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.