Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Maciej Konarski: Ludobójcy z Zieloną Kartą

20 listopad 2009
A A A
Niemiecka policja aresztowała kilka dni temu przywódcę jednej ze zbrodniczych kongijskich milicji. To kolejny dowód, iż zachodnie prawo azylowe pomaga nie tylko ofiarom prześladowań, lecz nierzadko również ich sprawcom.

W ostatni wtorek (17.11.) w Karlsruhe aresztowany został Ignace Murwanashyaka – przywódca partyzanckiego ugrupowania znanego jako „Demokratyczne Siły Wyzwoleńcze Rwandy” (FDLR). Organizacja ta składa się członków plemienia Hutu z Rwandy ale operuje we wschodnich prowincjach Demokratycznej Republiki Kongo, które od lat stanowią swoistą „ziemię niczyją”, a zarazem iście conradowskie „jądro ciemności”.

FDLR uchodzą za jedną z najbrutalniejszych afrykańskich milicji, oskarżaną o dokonanie tysięcy mordów, gwałtów i rabunków na terenie Konga i Rwandy, jak również o znaczący udział w procederze nielegalnego obrotu kongijskimi bogactwami naturalnymi. Uważa się ponadto, iż większość partyzantów FDLR stanowią byli członkowie dawnej ruandyjskiej armii i bojówek „Interahamwe” splamieni udziałem w słynnym ruandyjskim ludobójstwie w 1994 r.

FDLR od dawna stanowią jeden z najbardziej destabilizujących czynników w regionie afrykańskich Wielkich Jezior, a ich obecność w Kongu już dwukrotnie sprowadziła na ten kraj inwazję sąsiedniej Rwandy. Nic więc dziwnego, że aresztowanie Murwanashyaki powitane zostało wszędzie z dużym zadowoleniem. W tej beczce miodu jest jednak jedna łyżka dziegciu – na usta samo ciśnie się bowiem pytanie „dlaczego dopiero teraz?”. Murwanashyaka przebywa przecież w Niemczech już od dziewięciu lat, a sankcjami ONZ objęty jest od 2005 r. Przez cały ten okres zatrzymano go tylko jeden raz (w 2006 r.) by szybko umorzyć sprawę.

Murwanashyaka jest na chwile obecną najbardziej znanym, lecz nie jedynym z afrykańskich watażków i zbrodniarzy wojennych korzystających z gwarantowanego w państwach Zachodu prawa do azylu. Media co jakiś czas podają informacje o kolejnych zbrodniarzach (zazwyczaj podejrzewanych o udział w ruandyjskim ludobójstwie) zatrzymanych we Francji, Belgii, Niemczech, Szwecji, USA czy Kanadzie. Wielu spośród podejrzanych żyło tam co najmniej kilka lat - korzystając rzecz jasna z przywilejów przysługujących uchodźcom i azylantom.

Każdy, kto ma do czynienia z uchodźcami wie, że ich historie nie zawsze muszą być prawdziwe i czasami po prostu prawdziwe być nie mogą. Uciekając z Afryki, zmienia się własną biografię, bo zmienione historie lepiej rokują na przyszłość niż te pierwotne, prawdziwe. Najlepsza historia budzi współczucie, niewłaściwa prowadzi do więzienia i deportacji” pisał Klaus Brinkbäumer w „Afrykańskiej odyseji”. Ta taktyka sprawdzała się również w opisywanych powyżej przypadkach. Trudno przecież wymagać od szeregowego urzędnika imigracyjnego, aby orientował się w meandrach afrykańskich konfliktów, czy plemiennych i politycznych podziałów. Poza tym stereotyp „wszechwładnego i opresyjnego rządu” ścigającego samotnego uchodźcę działa bardzo na wyobraźnię, przez co często uwadze umyka fakt, że niektóre afrykańskie ugrupowania „opozycyjne” potrafią być równie - jeśli nie bardziej - okrutne co reżimowe armie. W afrykańskich konfliktach bardzo często żadnej ze stron nie można uznać za „dobrą” i o tym trzeba zawsze pamiętać. Tymczasem, niektórzy spośród mocno uwikłanych ciemne sprawki afrykańskich polityków (jak np. zmarły niedawno Bernard Kolelas – przywódca milicji z  Kongo-Brazzaville znanej jako „Nindże”) mogą spokojnie żyć w zachodnich krajach ciesząc się wręcz szacunkiem jako „opozycjoniści na wygnaniu”.

Co jednak z osobami, wobec których postawione zostały już konkretne oskarżenia? Wbrew pozorom nie jest wcale łatwo postawić je przed obliczem sprawiedliwości. Domniemani zbrodniarze wojenni są zwykle bowiem ścigani w swych rodzimych krajach, gdzie zazwyczaj nie mają gwarancji uczciwego procesu i gdzie często grożą im tortury i wyrok śmierci. Dla zachodnich sądów jest to zazwyczaj wystarczająca przesłanka by odmówić wszczęcia procedury ekstradycyjnej. Pół biedy jeżeli oskarżeni są poszukiwani przez międzynarodowe trybunały (np. do spraw Rwandy czy Sierra Leone) ale nawet wówczas kwestie jurysdykcyjne i proceduralne potrafią mocno opóźnić proces.

Niemniej jednak, nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że dla chcącego nic trudnego. Dlaczego bowiem - wracając do najbardziej czytelnego przypadku ruandyjskiego ludobójstwa - są państwa które zbrodniarzy wydają bardzo bez zbędnych ceregieli (np. Belgia), podczas gdy inne długi czas broniły się przed tym rękami i nogami? W przypadku Francji trzeba było wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (czerwiec 2004) i zmasowanej krytyki medialnej, aby Paryż wziął się intensywnie za ściganie przebywających we Francji zbrodniarzy z Rwandy. Wcześniej ludzie tacy jak Wenceslas Munyeshyaka (katolicki ksiądz oskarżany o wydanie setek swoich wiernych w ręce plemiennych bojówek) przez kilkanaście lat żyli tam spokojnie jako polityczni uchodźcy. Wszystko staje się jasne, gdy przypomnimy sobie, iż Paryż przez lata był sojusznikiem obalonego w 1994 r.  zbrodniczego ruandyjskiego reżimu, który był popierany przez Francję Mitteranda nawet, gdy ludobójstwo było już w pełnym toku. Wydaje się, więc że wola ścigania zbrodniarzy wojennych jest mocno uzależniona od politycznych sympatii czy antypatii.

Oczywiście są kraje które pod tym względem mają o wiele więcej za uszami. W Zimbabwe do dziś ukrywa się czerwony dyktator Etiopii, Mengistu Haile Mariam, odpowiedzialny za śmierć 1,5 miliona swych rodaków. Senegal mimo międzynarodowych nacisków wciąż nie chce wydać Hissène Habré - dyktatora Czadu zwanego czasem „Afrykańskim Pinochetem”. Nazwiska można zresztą mnożyć. Biorąc jednak pod uwagę wzniosłą zachodnią retorykę opisane wcześniej historie szczególnie kłują w oczy.

Nie da się ukryć, że budowany przez tyle lat system ochrony uchodźców zapewnił ochronę ogromnej rzeszy osób zagrożonych prześladowaniami. Być może więc abberacje, które opisywałem są po prostu jego nieuniknioną słabością, którą należy wliczyć w koszta? Warto jednak, aby politycy z państw przyjmujących starali się raczej likwidować luki w systemie, zamiast je tolerować. W przeciwnym razie dajmy sobie spokój ze zgrywaniem świętoszków.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.