Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Magdalena Górnicka: Mów do mnie jeszcze

Magdalena Górnicka: Mów do mnie jeszcze

17 kwiecień 2008
A A A

Debata przed prawyborami w Pensylwanii pokazała, że Barack Obama i Hillary Clinton nie mają do powiedzenia nic nowego. Co więcej, nie mają nawet o czym ze sobą rozmawiać.

Rekordowo długi wyścig o prezydencką nominację w obozie Demokratów przekłada się na merytoryczność kampanii. Amerykanie mieli mnóstwo czasu, by poznać stanowiska Obamy i Clinton na szereg kwestii. O kandydatach wiedzą niemal wszystko: znają ich opinie na temat wojny w Iraku, podatków i ubezpieczenia zdrowotnego, ale i rozmiar buta, oceny uniwersyteckie i ulubione książki.

W początkowym etapie kampanii liczyły się poglądy polityczne, programy. Jednak wspólna podróż zbliża. Z czasem pan Obama i pani Clinton stali się dla swoich wyborców Barackiem i Hillary.   Amerykanie razem z kandydatami przemierzali kraj wzdłuż i wszerz. Razem z nimi płakali po klęskach i cieszyli się po sukcesach. Dzięki Internetowi, blogom i filmikom zamieszczanym na YouTube, można być przy „swoim” prezydencie niemal bez przerwy.

 

Pierwsze debaty, często jeszcze z udziałem innych demokratycznych kandydatów, były starannie przygotowanymi przez sztaby analityków bataliami na fakty, liczby i polityczne strategie.

W środę mogliśmy obejrzeć słowne potyczki, prztyczki w nos i wyciąganie wyrwanych z kontekstu cytatów sprzed prawie dwudziestu lat.

Należy oddać sprawiedliwość, że w owym show lepiej wypadła Hillary Clinton. Zepchnęła swojego interlokutora do defensywy. Obama, znany z kwiecistych przemówień, tym razem nie zachwycił. Mącił, gubił się w zeznaniach. Szczególnie gdy przyszło mu opowiadać o jego znajomych spod ciemnej gwiazdy – pastorze Jeremiahu Wrighcie i członkach radykalnej grupy z lat 60.  - Weather Underground, nie pałających miłością do białych gwiazd na amerykańskim sztandarze. Sam zresztą musiał tłumaczyć się z braku przypinki z narodową flagą w klapie marynarki. Senator z Chicago był świadomy, że tylko krok dzieli od oskarżenia go o najcięższy z amerykańskich grzechów – brak patriotyzmu. I tego, że tylko nikły procent wyborców przekona o swoim patriotyzmie za pomocą czynów. Dla reszty uczucia narodowe to kawałek plastiku w paski i gwiazdy.

Hillary Clinton, ogłoszona zwyciężczynią debaty, też nie wyszła z niej nie poturbowana. Starającej się o poparcie kobiet kandydatce wyciągnięto cytat z 1992 roku, interpretowany jako drwina z gospodyń domowych, poświęcających się wychowywaniu dzieci na światłych obywateli Stanów Zjednoczonych. Prawda była taka, że przed laty, Hillary zapytana o swoją aktywność u boku męża, odpowiedziała: „A co, mam siedzieć w domu i piec ciastka?”. Swoją drogą, w tej chwili ciastek nie piecze ani Michelle Obama, ani Cindy McCain.

Kulminacyjnym momentem środowej debaty było pytanie prowadzących o możliwość wystartowania Obamy i Clinton jako team prezydent-wiceprezydent. W studiu zapadła cisza. Cisza, która doskonale odzwierciedla stosunki między obojgiem kandydatów: choć są sobie bliscy, zwłaszcza pod względem ideowym, i stanowiliby doskonale uzupełniający się duet, dzielą ich miesiące zmagań, miliony dolarów wydanych na podkreślanie różnic i jeszcze więcej złych słów wypowiedzianych pod swoim adresem. Za przykład niech świadczy reakcja Hillary Clinton na pytanie, czy Obama mógłby pokonać Johna McCaina. Pani senator wypaliła: „Yes, yes, yes”, ale – bez zaczerpnięcia powietrza – dodała, że to ona jest lepszą kandydatką do zamieszkania w Białym Domu, bo jest doświadczonym politykiem, który nie rzuca słów na wiatr. Zapomniała jednak, że właśnie mówienie takimi okrągłymi, wypranymi z wszelkiego znaczenia zdaniami, jest rzucaniem słów na wiatr. I choćby słowa używane przez oboje kandydatów w ostatniej debacie bardziej niż nagłówki z tabloidów przypominały polityczne manifesty Thomasa Paine’a lub nawet wiersze Dylana Thomasa, prawdziwym złotem pozostaje milczenie.