Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Magdalena Górnicka: Oj, kręcisz, Hillary

Magdalena Górnicka: Oj, kręcisz, Hillary

04 listopad 2007
A A A
Po zeszłotygodniowej debacie na uniwersytecie w Filadelfii, okazało się, że największym zagrożeniem dla Hillary Clinton zajęciu prezydenckiego fotela nie jest Barack Obama, czy nawet Rudy Giuliani, tylko…ona sama i jej zmienne poglądy Wszystko przemawiało na jej korzyść. I fakt, że zebrała najwięcej pieniędzy na finansowanie kampanii, i fakt, że jest starą polityczną wyjadaczką - oprócz wyborów do senatu, dwukrotnie uczestniczyła razem z mężem w wyścigu do Białego Domu, i to, że nad każdym jej gestem czuwa sztab specjalistów.

Wtorkowa debata na Uniwersytecie Drexley miała być więc po prostu kolejną pogawędką między partyjnymi kolegami. Wielkie fajerwerki, owszem, ale nie na tym poziomie - gdyby oponentami Hillary Clinton byli Republikanie…
 
Panią senator zgubiło pozornie proste pytanie. Clinton miała odnieść się do pomysłu gubernatora Nowego Jorku - Eliota Spitzera, aby wydawać prawo jazdy  również nielegalnym imigrantom.

Wcześniej w jednym z wywiadów Hillary Clinton przyznała, że to "całkiem rozsądny pomysł". Podczas debaty próbowała się jednak wymigać od jednoznacznej odpowiedzi.

Na początku swojej wypowiedzi - była za - wymieniała korzyści, jakie mogą mieć władze z tytułu wydania takich dokumentów: oprócz danych statystycznych dotyczących nielegalnej imigracji, nie byłoby problemu z ustaleniem tożsamości np.: sprawcy lub ofiary wypadku drogowego.

Taka opinia rozsierdziła jednak Chrisa Dodda, senatora z Connecticut. Stwierdził on, że prawo jazdy to co innego niż służba zdrowia, która - zdaniem Demokratów - powinna być powszechna i bezpłatna. Mianowicie: prawo jazdy to przywilej. Dodd nie widzi powodu, dla którego osoba nielegalnie przebywająca w USA, miałaby korzystać z czegoś więcej niż elementarnych praw wynikających z praw człowieka.

I tutaj Clinton zaczął plątać się język. Nie była przygotowana na atak ze strony kolegi partyjnego, nie była przygotowana do zajęcia stanowiska w tej - cokolwiek kontrowersyjnej - sprawie. Jej odpowiedzią były więc zarzuty pod adresem administracji prezydenta Busha, która w ogóle nie zajmowała się problemem nielegalnych imigrantów. Taktyka była słaba - na pytanie o godzinę nie skarżymy się na stary zniszczony zegarek, który bądź co bądź, czas mierzy.

Zastanawiające jest to, jak sztab Hillary Clinton przygotował ją do tej debaty. Nie oszukujmy się - dzisiaj sukces w podobnej dyskusji nie zależy od przygotowania merytorycznego, ale od umiejętnego podania posiadanych informacji i zajęcia jasnego, akceptowanego przez większość stanowiska.

Oczywiście - pani senator nie chciała się narażać. Ani konserwatywnym Demokratom, którym nie w smak coraz większa liczba nielegalnych imigrantów, ani tym imigrantom, którzy prawo głosu mają i są - wydawałoby się - naturalnymi wyborcami Demokratów. Wielu z nich to dzieci nielegalnych imigrantów, które mogą głosować tylko dlatego, że rodzice przyjechali do USA w ciężarówce z pomarańczami.
Może przyczyna tkwi gdzie indziej?

Głównym doradcą Clinton jest Mark Penn - "spin doctor" który jedenaście lat temu wygrał dla jej męża reelekcję.
Stworzył on wtedy kategorię "soccer mums" [mam, które kibicują swoim dzieciom na meczach i zawodach sportowych] - niezdecydowanych na kogo zagłosować. Właśnie takich wahających się wyborców postanowił pozyskać dla Clintona. Jak się okazało - skutecznie.

Penn wydał niedawno książkę "Mikrotrendy" [Microtrends - the small forces behind tommorow's big changes], w której pisze, że w XXI wieku kampanie wyborcze będzie wygrywać się dzięki małym, silnie zróżnicowanym grupom społecznym.
Za przykład podaje filosemitów, którzy zafascynowani judaizmem, przechodzą konwersję, szukają małżonków - Żydów, albo w ogóle przeprowadzają się do Izraela. Są też Tatusiowie Muzyki Klasycznej - mężczyźni, którzy późno zostali ojcami, i mając 40-50 lat mogą zająć się wychowywaniem dzieci.

Słuchając rad Marka Penna, senator Clinton na pewno porozumie się z przedstawicielami takich minispołeczności: czującymi się w pewien sposób oderwanymi od mainstreamu, niezrozumiałymi przez część społeczeństwa.  Hillary Clinton powie im to, co chcą usłyszeć.
I - jeśli prognozy Penna się sprawdzą - pozyskując poszczególne grupy - wygra wybory.
Musi rozmawiać jednak osobno z Filosemitami, Tatusiami Muzyki Klasycznej, Pracującymi Emerytami. Problem w tym, że telewizję oglądają wszyscy na raz. No, może oprócz Tych Którzy Telewizji Nie Oglądają.

Debata w Filadelfii pokazała, więc że strategia Penna nie jest bez wad. Na pewno nie sprawdza przy okazji wystąpień przed zróżnicowanym audytorium, które łączy tylko fakt wciśnięcia tego samego guzika w pilocie. Może wtedy bowiem wyjść na jaw niekonsekwencja, czyli coś, co może stanowić najpoważniejszą przeszkodę na drodze pani senator do Białego Domu. Amerykanie chcą bowiem silnego, stanowczego przywódcy, a nie chorągiewki zmieniającej zdanie w zależności od rozmówcy.

Wtorkowa wpadka nie powinna poważnie zaszkodzić wizerunkowi Hillary Clinton. Do wyborów jest jeszcze rok. Na pewno jednak debata w Filadelfii nie może być potraktowana  przez samą kandydatkę i jej sztab jako "wypadek przy pracy". To poważne ostrzeżenie - może czas zmienić strategię? Nie trzeba być bowiem specem od wizerunku, żeby wiedzieć, że w dzisiejszych czasach wybory najczęściej wygrywa się dzięki telewizji.