Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Magdalena Górnicka: Trzeci do tanga

Magdalena Górnicka: Trzeci do tanga

13 maj 2007
A A A

Czy na dzisiejszej amerykańskiej scenie politycznej jest miejsce dla trzeciej partii, która będzie w stanie powalczyć z Demokratami i Republikanami o głosy wyborców? Aż 58% Amerykanów twierdzi, że tak - najnowsze wyniki Rasmussen Reports pokazują, że przeciwnych pojawieniu się trzeciego gracza jest jedynie 23% respondentów.

Warto podkreślić, że za wprowadzeniem systemu trójpartyjnego opowiadają się przede wszystkim ludzie młodzi - 65% wyborców poniżej 40 roku życia chce zmian w systemie partyjnym. Starsi są bardziej sceptyczni - spośród 65-latków tylko 43% jest za przełamaniem monopolu Demokratów i Republikanów.

Historia nie daje jednak wielkich nadziei na tę doniosłą zmianę.
Próby wprowadzenia kolejnego aktora na amerykańską scenę polityczną były podejmowane głównie przy okazji wyborów prezydenckich. Największe poparcie jako „ci trzeci” otrzymali Theodore Roosvelt w 1912 roku i Ross Perrot w roku 1992. Sukces tego ostatniego (uzyskał 18,9% poparcia) został wykorzystany do utworzenia w 1995 roku Partii Reform – do tej pory największej „trzeciej siły” w amerykańskim systemie politycznym. Chwila największej chwały Partii Reform nastąpiła, gdy jej kandydat, Jesse Ventura, objął stanowisko gubernatora stanu Minnesota w 1998 roku.
Wydawałoby się, że sukces Rossa Perrota może powtórzyć Pat Buchanan, były Republikanin, który ubiegał się z ramienia tej partii o fotel prezydencki w 2000 roku. Górę wzięły jednak radykalne przekonania Buchanana w sprawie aborcji czy imigrantów, przez których wygłaszanie naruszył centrowy wizerunek Partii Reform. Był to ostatni wielki start trzeciego zawodnika w amerykańskim wyścigu politycznym.

Obecne trzecie partie (bo takowe istnieją!), jak Partia Komunistyczna, Zieloni czy Libertarianie, to nawet nie płotki przy demokratycznych i republikańskich rekinach, lecz jedynie plankton.

Jakie konsekwencje mogłoby więc przynieść pojawienie się trzeciej partii, która mogłaby zagrozić pozycji dotychczasowych ugrupowań?
Przede wszystkim musiałyby nastąpić zmiany w programach Demokratów i Republikanów. Nowa partia najprawdopodobniej byłaby partią środka - wypełnienie tej niszy wymogłoby na pozostałych ugrupowaniach radykalizację ich poglądów. Partia skrajnie prawicowa czy lewicowa nie zdobyłaby raczej w społeczeństwie amerykańskim większego poparcia. Tworzenie nowego centrum, które ciągle stanowi pole walki między Demokratami i Republikanami, to jedyny sposób na uzyskanie masowego poparcia w USA. Trzecia partia nie przyciągnie zdeklarowanych zwolenników którejś z istniejących opcji, radykałów na obu skrzydłach jest też za mało aby odegrać istotną rolę na scenie politycznej.

Podział struktury politycznej po wprowadzeniu doń trzeciej partii, na pewno stałby się wyraźniejszy. Z jednej strony stanowiłoby to ułatwienie dla wyborców - bardziej konkretne programy pozwoliłyby silniej utożsamiać się z wybraną opcją, z drugiej zaś jeśli partie zawężą swoje programy - więcej osób może przestać identyfikować się z którąkolwiek z nich. Niemniej jednak trzecia partia byłaby dobrą alternatywą dla tych, którzy nie czują się ani demokratami, ani republikanami - bierni do tej pory, mogliby włączyć się w polityczny dyskurs.

Nowa opcja polityczna z pewnością zmieniłaby język polityki i wpłynęłaby pozytywnie na poziom kultury politycznej w kraju. Trudno będzie bazować już na przeciwieństwach i kontrastach, podkreślać różnice, które dzielą Demokratów i Republikanów.
Trzecia partia nie mogłaby stworzyć całkowicie autorskiego programu - pewne tematy i poglądy byłaby zmuszona przejąć od którejś ze stron. Atakując nową partię, dwa "stare" ugrupowania musiałyby krytykować zarazem swoje pomysły. Nie mogąc prowadzić polityki w ten sposób, zaczęłaby się walka na bardziej rzeczowe argumenty, niż wykorzystywanie wzajemnej wrogości.

Trzeci gracz na scenie politycznej to zerwanie z amerykańską tradycją. Nie wiadomo, czy w społeczeństwie, które od dwustu lat wybiera pomiędzy Demokratami i Republikanami, tak drastyczna zmiana systemu uzyska poparcie. Jeśli nowe ugrupowanie spotkałoby się z pozytywnym odbiorem, to na pewno jeśli w jego tworzenie zaangażowaliby się wpływowi politycy określani jako DINO bądź RINO [Democrats in name only, Republicans in name only - odpowiednio: najbardziej konserwatywni Demokraci i lewicujący Republikanie], często zagubieni w strukturach swych dotychczasowych partii. Trzeba jednak jednego ojca-założyciela nowego ugrupowania, który przyciągnie doń innych, znanych polityków. Pat Buchanan, ostatni z „wielkich trzecich” nie nadaje się do tej roli – jego zbyt radykalne poglądy nie korelowałyby z centrowym wizerunkiem partii. Na ojca chrzestnego trzeciej wielkiej partii mógłby nadawać się Ross Perrot, oczywiście pod warunkiem, że przerwie polityczne milczenie. Można też liczyć na pojawienie się nowej gwiazdy w stylu Baracka Obamy. Taka charyzmatyczna osobowość mogłaby przyciągnąć rzeszę ludzi, dając czas specjalistom na opracowanie odpowiedniego programu wyborczego.

System trójpartyjny może wywołać bezprecedensową sytuację w historii USA, gdy żaden z trzech graczy nie będzie miał większości w Kongresie. Czy Ameryka jest przygotowana na koalicję? Partie mające do tej pory przewagę w parlamencie rządziły zgodnie z zasadą divide et impera, często pozyskując do projektów swoich ustaw przedstawicieli partii przeciwnej. Współpraca może być dla kongresmanów cierpką szkołą pokory i współpracy. Z podziałem miejsc w Kongresie wiąże się jeszcze jedna, jakże ważna, kwestia. Jak wiadomo, jeśli prezydent pochodzi z przeciwnej opcji niż ta, która ma większość w parlamencie, dochodzi do wzajemnego blokowania inicjatyw. Prezydentowi trudno przeforsować własną politykę wśród wrogo nastawionych parlamentarzystów. Wobec Kongresu złożonego w większości z dwóch przeciwnych mu partii, prezydent będzie bezsilny.

Czy więc Amerykanie są gotowi na wprowadzenie trzeciej partii do systemu politycznego? Ponad połowa z nich twierdzi, że owszem. Demokracja to wszak „władza ludu”, ale należy wziąć pod uwagę, że nowe ugrupowanie potrzebuje ludzi, rzetelnego programu i charyzmatycznego przywódcy. Bo – jak pokazuje historia – Amerykanie nie będą głosować na mrówki. Wolą głosować na Słonia. Albo nawet na Osła.