Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Nieporozumienie stulecia
Matteo Salvini – kulisy sukcesu
Na Słowenii zaczyna się nowy kryzys migracyjny?
Kanclerz Kramp-Karrenbauer? Nie tak szybko
„Allah Akbar. Wojna i pokój w Iraku” – Witold Repetowicz [Recenzja]
Fidesz i europejska centroprawica na rozdrożu
Nowa szansa dla Macedonii

Reklama

Strefa wiedzy

Michał Lipa: Egipt w ogniu - Sfinks chce demokracji

31 styczeń 2011
A A A

Bliski Wschód wszedł w nowy rok wybuchowo. Najpierw nieomal wysadzono w powietrze kościół w Aleksandrii, a chwilę później w ogniu protestów stanęły tunezyjskie miasta. Początkowo wydawało się, że na Tunezji się skończy (nieraz tak było), jednak tym razem arabskie przebudzenie zaczęło rozlewać się na inne państwa regionu, co jest zjawiskiem bezprecedensowym w najnowszej historii Bliskiego Wschodu.

Nie ominęło ono również Arabskiej Republiki Egiptu, gdzie od trzydziestu lat niepodzielnie rządzi ponad osiemdziesięcioletni Husni Mubarak, który w 1981 roku zastąpił zamordowanego Anwara as-Sadata, a w obecnym planuje ubiegać się o kolejną reelekcję.

Od dawna zaskakiwało mnie niskie zainteresowanie mediów największym i najważniejszym arabskim krajem, w którym zwykle wszystko się zaczynało (aż dziw, że nie tam narodził się islam). Tamtejszy reżim potrafił jednak zamydlać oczy państwom zachodnim, których przywódcy udawali, że nie widzą ciężkiego, wojskowego buta, jaki od ponad pięćdziesięciu lat przygniatał Egipcjan. Społeczeństwo zresztą też nie wydawało się być zainteresowane zmianą stanu rzeczy, z góry skazując wszelkie próby na porażkę i zadowalając się marnym konsumpcjonizmem. Marnym, gdyż warunki na lepszy nie pozwalały. Jedynie nieliczni odważali się buntować, jednak spotykały ich dotkliwe represje (w tym tortury) lub śmierć.

Tak też było z permanentnie zdelegalizowaną organizacją Braci Muzułmanów – najlepiej rozwiniętym ugrupowaniem opozycyjnym nad Nilem – dysponującym rzeszą sympatyków, ideologią, hierarchią i rozbudowaną infrastrukturą. Dopiero na przełomie XX i XXI wieku zaczęły wyłaniać się alternatywne środowiska opozycyjne, jednak na tyle wątłe, że potrafiły jedynie zasiać ferment, lecz z pewnością za słabe do walki o zmianę porządku. Takim jest zrzeszający różne środowiska Egipski Ruch na rzecz Zmiany – Kifaya (Dość), jak również nowe ruchy społeczne, w rodzaju młodzieżowego Ruchu 6-go Kwietnia, odpowiedzialnego za szereg akcji i manifestacji, o których aktywiści i sympatycy dowiadują się w Internecie. O formalnej opozycji w rodzaju partii Wafd, Nasserystów czy Tagammu nie warto wspominać, bo w politycznej rozgrywce niewiele się liczą i jedynie legitymizują demokratyczną hucpę.

Dlaczego Egipcjanie się buntują?

Egipski autorytaryzm nie jest lżejszy od tunezyjskiego, choć wydawało się, że lepiej radzi sobie z prodemokratycznymi mrzonkami „garstki ekstremistów”. O tym, że jest inaczej świadczą obecne protesty, w których społeczny gniew osiągnął niespotykany od bardzo dawna poziom. Codzienne, masowe manifestacje w Kairze, Aleksandrii, Suezie i innych egipskich miastach, które wybuchły 25 stycznia 2011 roku (Dniu Gniewu) i już przyniosły ofiary śmiertelne, świadczą o tym, że Egipcjanie się budzą. Władze reagują siłą, a policja i wojsko coraz brutalniej pacyfikują powstańców, co jeszcze bardziej rozwściecza ludzi, domagających się ustąpienia Mubaraka i demokratyzacji systemu politycznego.

Jak to zwykle bywa, bunt jest efektem mieszaniny czynników mikroekonomicznych i politycznych, z przewagą tych pierwszych. Przede wszystkim drożejąca żywność, bezrobocie, brak pespektyw po studiach i wszechobecna korupcja. Dopiero potem postulaty polityczne –wolność słowa, wolne, a nie fałszowane wybory (jak choćby te z listopada i grudnia 2010 roku, które przyniosły bezapelacyjne zwycięstwo Partii Narodowo-Demokratycznej). Tak, Egipcjanie – podobnie, jak Tunezyjczycy, Algierczycy, Marokańczycy, Jemeńczycy i Jordańczycy – właśnie powstają przeciwko biedzie i autorytarnym metodom sprawowania władzy. Chcą wolności i demokracji. Zaczyna się dla nich trudny i bolesny proces, który może przynieść sukces, jak i skutkować dociśnięciem i tak mocno przykręconej śruby.

Dlaczego egipski autorytaryzm był do tej pory tak trwały?

Egipski autorytaryzm był do tej pory stabilnym systemem politycznym, trwającym dzięki silnym powiązaniom między państwem a sferą gospodarczą i skutecznie wykorzystującym istnienie rozbudowanej sieci powiązań klientelistycznych. Dzięki temu ilość beneficjentów ustroju była – podobnie jak w komunistycznej Polsce – znaczna, co przekładało się na realne poparcie dla prezydenta oraz Partii Narodowo-Demokratycznej. Ponadto, władza chętnie eksploatowała zagrożenie terrorystyczne, wykorzystując je zarówno do stopniowej likwidacji przejawów politycznych wolności, jak i do uzyskiwania stałego poparcia ze strony Stanów Zjednoczonych (co znacząco wpływało na stabilność reżimu) – widzących w Kairze sojusznika w realizacji regionalnej polityki Waszyngtonu. Dlatego też Egipt był przez ostatnie dekady dobrze postrzegany przez środowisko międzynarodowe.

Oczywiście na konstrukcji egipskiego systemu politycznego widać było pewne rysy, spowodowane opozycyjną działalnością kilku pokoleń islamistów oraz coraz aktywniejszą opozycją świecką – w tym pozaparlamentarną, domagającą się rzeczywistej demokratyzacji wewnątrzpaństwowych stosunków politycznych. Jednak pokaźna grupa beneficjentów egipskiego systemu władzy (pracownicy służb bezpieczeństwa, przedstawiciele wojska, aparat administracyjny, członkowie Partii Narodowo-Demokratycznej) sprawiały, iż nie wydawał się on być szczególnie zagrożony. Dodatkowo sprzyjały mu takie czynniki, jak: istnienie skutecznego aparatu represji, restrykcyjne prawo i instytucja stanu wyjątkowego, podsystem sądownictwa specjalnego (z niezależnym wymiarem sprawiedliwości nie mający nic wspólnego), czy wreszcie cztery filary władzy – armia, biurokracja, dominująca partia oraz materialne i polityczne wsparcia ze strony globalnego mocarstwa.

Za słabszy punkt egipskiego autorytaryzmu można było uznać kwestię legitymizacji, mocno kwestionowanej przez islamistów, co nie pozostawało bez wpływu na nastroje społeczne. O ile ojciec republiki i pogromca rodzącej się w Egipcie demokracji – Gamal Abd an-Naser – cieszył się znacznym prestiżem, o tyle jego następcy mieli już o wiele poważniejsze kłopoty z uprawomocnianiem supremacji. W okresie sprawowania władzy przez Mubaraka stosowano rozmaite metody legitymizacji. Do najważniejszych zaliczyć należy: odwoływanie się do religii muzułmańskiej i podniesienie jej statusu w oficjalnej polityce państwa (czemu towarzyszyło nieustanne dopieszczanie duchowieństwa), ograniczoną pluralizację systemu politycznego i nieograniczone posługiwanie się demokratyczną retoryką, przestrzeganie zasady rządów prawa i oparcie polityki na podstawie konstytucyjnej, jak również uczynienie z haseł bezpieczeństwa i rozwoju mini-ideologii państwowej. Uprawomocnieniu władzy w rękach egipskiej elity autorytarnej – skupionej wokół prezydenta i dowództwa wojskowego (nie przypadkiem siedziba głowy państwa i ministerstwo obrony znajdują się w jednym budynku) – służyła ponadto kontrola przepływu informacji, przez co możliwości kontestowania poczynań rządzących były i są mocno ograniczone.

Czy obecne wydarzenia przyniosą trwałą zmianę, czy zostaną stłumione i znów wymuszą na egipskim narodzie bierność i posłuszeństwo (a raczej nie wtrącanie się i radowanie się tym, co się ma)? Doświadczenie nakazuje powściągliwość w kreśleniu optymistycznych wizji, mimo iż w chwili obecnej Egipt płonie. Fakt, że pisząc o trwałości egipskiego autorytaryzmu użyłem czasu przeszłego nie oznacza, iż reżim przestał być stabilny, choć z pewnością znalazł się na zakręcie – został zachwiany. Nie sprzyja mu też słabnąca rola głównego protektora, czyli Waszyngtonu, co musi być na Bliskim Wschodzie odczuwalne. Egipcjanie jednak dopiero rozpoczęli swój rajd ku wolności i demokracji, dlatego też wydaje się, iż na głębsze strukturalne zmiany i przeobrażenia przyjdzie jeszcze poczekać – Sfinks niejedno już widział.

 

Przedruk artykułu za zgodą redakcji mojeopinie.pl