Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Obama pod presją, czyli broń dla Ukrainy

16 marzec 2015
A A A

W Stanach Zjednoczonych toczy się dyskusja na temat wsparcia Ukrainy dostawami broni. Pomysł ten ma silne poparcie w Kongresie – w niewielu sprawach amerykańscy politycy potrafią być tak jednomyślni. Jednak administracja prezydenta Baracka Obamy wykazuje daleko idącą powściągliwość w tej kwestii.

Zjednoczony Kongres

Zarówno porozumienia dyplomatyczne, jak i wymierzone w Rosję sankcje nie przyniosły do tej pory oczekiwanych efektów w postaci rychłego zakończenia kryzysu ukraińskiego. Nie dziwi zatem fakt, że w Waszyngtonie coraz głośniej mówi się o tym, by sięgnąć po argumenty siłowe. W grudniu ub.r. obie izby amerykańskiego Kongresu przyjęły Ukraine Freedom Act (Ustawę o wolnej Ukrainie), której celem miało być zaostrzenie sankcji wobec Rosji, a także udzielenie Ukrainie pomocy wojskowej, w tym dostarczenie jej broni śmiercionośnej. Na wsparcie militarne dla władz w Kijowie przygotowano 350 mln dolarów. Zarówno Senat, jak i Izba Reprezentantów były w sprawie tej ustawy zaskakująco jednomyślne. Tego typu ponadpartyjny konsensus zdarza się na Kapitolu niezwykle rzadko. Prezydent ostatecznie podpisał dokument, jednak w praktyce do niczego się nie zobowiązał. Ustawa jedynie przyznała administracji dodatkowe uprawnienia, które Obama może (ale nie musi) wykorzystać w przyszłości.


 

Opinie

Nie tylko deputowani opowiedzieli się za wysłaniem broni na Ukrainę. Oficjalnie swoje poparcie dla tego pomysłu wyrazili również: przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów gen. Martin Dempsey, były głównodowodzący wojsk NATO w Europie gen. Wesley Clark, dyrektor wywiadu James Clapper oraz szef Pentagonu Ashton Carter. Sekretarz stanu John Kerry podkreślił natomiast, że jest to jedna z opcji, jakie należy brać w tej sytuacji pod uwagę. Wydaje się wręcz, że odmienne poglądy reprezentuje tylko prezydent i garstka jego współpracowników. Wśród najwyższych rangą wojskowych pojawiają się głosy, że Stany Zjednoczone nie powinny zwlekać z pomocą, gdyż ociąganie się z interwencją zawsze pociąga za sobą olbrzymie straty. W tym kontekście przywołuje się doświadczenia wojny domowej w Rwandzie oraz konfliktu na Bałkanach, gdzie zdanie się na dyplomację nie przyniosło oczekiwanych efektów, a bierność USA doprowadziła do eskalacji konfliktu. Krytycy Obamy podkreślają, że prezydent nie chce brać na siebie roli gwaranta pokoju i bezpieczeństwa w Europie. Warto jeszcze zauważyć, że w odniesieniu do tej kwestii, amerykańskie społeczeństwo jest podzielone: z ostatnich badań wynika, że za wysłaniem broni na Ukrainę opowiada się 41 proc. ankietowanych, natomiast 53 proc. jest przeciw. Co istotne, w stosunku do kwietnia ub.r. wyraźnie (o 11 pkt. proc.) wzrósł odsetek osób popierających ten pomysł.

Symboliczne działania

Pomoc udzielana rządowym wojskom ukraińskim jak do tej pory miała znaczenie czysto symboliczne. Początkowo był to drobny sprzęt taki jak: hełmy i kamizelki kuloodporne, środki obserwacji czy lekkie radary. Należy również wspomnieć o wsparciu merytorycznym: w ubiegłym roku Amerykanie przeszkolili około 300 ukraińskich żołnierzy z opieki medycznej na polu walki. Gdy 11 marca b.r. wiceprezydent Joe Biden ogłosił, że USA dostarczą Ukrainie sprzęt wojskowy, wydawało się że nastąpił pewien przełom. Szybko okazało się jednak, że będzie to wyposażenie o charakterze czysto defensywnym: systemy dronów Raven, 230 pojazdów Humvee, urządzenia zapewniające komunikację radiową oraz radary do wykrywania moździerzy. Sprzęt na pewno potrzebny, ale trudno nazwać go bronią -  sama możliwość zlokalizowania wroga to za mało, by odeprzeć atak, jeśli nie dysponuje się odpowiednią amunicją.

Między młotem a kowadłem

W konflikcie ukraińskim Obama wydaje się lawirować pomiędzy bojowo nastawionym amerykańskim Kongresem, a powściągliwymi przywódcami Niemiec i Francji. Do tej pory prezydent opowiadał się za innymi niż siłowe sposobami rozwiązania kryzysu, podkreślając wagę podejmowanych wysiłków dyplomatycznych, a także sukcesywnie rozszerzanych sankcji. Kolejną nadzieję na pokój przyniosło porozumienie z 12 lutego b.r. – tzw. „Mińsk 2”. Po ogłoszeniu zawieszenia broni walki faktycznie zelżały, jednak przypadków jego złamania odnotowano już tyle, że trudno liczyć na trwałość rozejmu pomiędzy stronami. Separatyści nadal ostrzeliwują wojska rządowe, a ponadto uniemożliwiają pracę międzynarodowym obserwatorom. Zdaniem Johna Kerry’ego nie ulega wątpliwości, że porozumienia z Mińska nie są wypełniane przez Rosję i separatystów. Z kolei Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk ogłosił niemal dwa tygodnie po wejściu porozumienia w życie, że według OBWE zawieszenie broni zostało złamane już ponad 800 razy. Warto jeszcze dodać, że niedługo po podpisaniu rozejmu zauważono nowe przerzuty rosyjskich czołgów, pojazdów opancerzonych, ciężkiej artylerii i sprzętu rakietowego, które trafiły do separatystów walczących na terenie Ukrainy.

Obawy Obamy

Dlaczego zatem prezydent USA nie decyduje się na poważniejsze wsparcie Ukrainy? Jednym z głównych argumentów krytyków tego pomysłu jest przekonanie, że takie działanie tylko zaogni konflikt i wciągnie Stany Zjednoczone w kolejną zimną wojnę. Wydaje się jednak, że nawet jeśli w krótkiej perspektywie dozbrojenie Ukrainy nie zakończy konfliktu, w dłuższej podniesie koszty prowadzenia wojny przez Rosję, a co za tym idzie, doprowadzi do wzrostu niezadowolenia społecznego w tym kraju. Ponadto wydaje się, że to właśnie bierność państw zachodnich zachęca prezydenta Władimira Putina do bardziej agresywnych działań. „Chowanie głowy w piasek”, czyli unikanie otwartego konfliktu za wszelką cenę, może doprowadzić do utraty wpływów, jakie Stany Zjednoczone mają w Europie. Coraz częściej mówi się, że dyplomacja ma sens tylko wtedy, gdy rozmówca mówi prawdę i zamierza dotrzymywać podpisanych zobowiązań. Jeśli tak nie jest, należy odwołać się do argumentu siły.

Interesy

Inną przyczyną powściągliwości Obamy może być chęć realizowania amerykańskich interesów w innych częściach świata. Pogorszenie relacji z Rosją mogłoby tym interesom zaszkodzić. Z pewnością Waszyngton potrzebuje partnerów w walce z Państwem Islamskim (ISIS), a już na pewno nie chce, by Moskwa stała się w tym konflikcie kolejnym przeciwnikiem. Jednak dotychczasowe działania – jawne poparcie ze strony Putina dla prezydenta Syrii Baszara-al-Asada – wskazują, że Rosja nie będzie przeszkadzać Amerykanom w walce z terrorystami. Inna kwestia dotyczy negocjacji nuklearnych z Iranem, w których również administracja Obamy wolałaby zyskiwać sojuszników, a nie wrogów. Trudno jednak wyobrazić sobie, by Rosji zależało na wyposażeniu Iranu w broń jądrową. Niezależnie od wzajemnych relacji, także i w tym przypadku interes obu mocarstw wydaje się zbieżny.

Strażnik pokoju

Ostatnie dyskusje na temat wsparcia zbrojnego dla Ukrainy wyraźnie pokazują, że amerykańskim politykom kończy się cierpliwość i chcieliby większego zaangażowania swojego kraju w sytuację za granicą. Powstrzymywanie się od reakcji interpretowane jest coraz częściej nie jako przejaw siły, ale słabości. Co więcej, bierność w obliczu międzynarodowego konfliktu kłóci się z wizją Stanów Zjednoczonych jako globalnego stróża demokracji i pokoju. Wydaje się zatem, że naciski na prezydenta mogą przynieść skutek – jeśli nie w najbliższym czasie, to może po wyborach w 2016 r.

 

Zobacz także tego autora