Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Wybory parlamentarne w Hiszpanii szansą na przełamanie politycznego zastoju?

Wybory parlamentarne w Hiszpanii szansą na przełamanie politycznego zastoju?

12 czerwiec 2016
A A A
W niedzielę (26.06) odbywają się przedterminowe wybory w Hiszpanii. Grudniowe wybory, nie dając żadnej z partii mandatu większościowego, wywołały kilkumiesięczną stagnację na scenie politycznej kraju. Ostatnie sondaże wskazują na wyraźną przewagę konserwatystów z Partii Ludowej. Faworytom wyborów depcze po piętach jednakże lewica, która może utworzyć koalicję rządową pod przywództwem partii Podemos, która wyprzedza hiszpańskich socjaldemokratów.
 
Słoneczno-pochmurny rok 2015
 
Hiszpania była jednym z krajów, które ostatni światowy kryzys gospodarczy dotknął najbardziej. Już w kilka miesięcy od wybuchu kryzysu weszła w okres wieloletniej recesji gospodarczej, kończąc 2009 rok spadkiem PKB  na poziomie 3,6 proc. Tąpnięcie hiszpańskiej gospodarki pociągnęło za sobą błyskawiczny wzrost bezrobocia. Setki tysięcy, szczególnie młodych ludzi zostało zmuszonych do emigracji zarobkowej. Sytuacja ta w takim kształcie utrzymywała się do końca 2014 roku. W ubiegłym roku natomiast, po raz pierwszy od wybuchu kryzysu, słońce pojawiło się na niebie hiszpańskiej gospodarki. Hiszpania, odnotowując 3,2 proc. wzrostu PKB, przełamała się po raz pierwszy od ośmiu lat. Sukcesywnie uległa poprawie również stopa bezrobocia. Hiszpanie zakończyli 2015 rok z bezrobociem na poziomie 21 proc. Co prawda odsetek ludzi niepracujących nadal utrzymuje się na wysokim poziomie, można jednakże pokusić się o stwierdzenie, iż sytuacja została opanowana w mniejszym lub większym stopniu. Z najnowszych danych opublikowanych przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wynika, iż Hiszpania będzie drugim krajem o najwyższym tempie wzrostu zatrudnienia w 2016 roku. Dobre wyniki gospodarcze w 2015 roku oraz relatywna poprawa na rynku pracy zostały przyćmione przez chmury, które pojawiły się na hiszpańskim niebie 20 grudnia ubiegłego roku. Dzień ten jest symbolicznym początkiem politycznego marazmu w kraju.
 
Wybory, które odmieniły Hiszpanię
 
Ubiegłoroczne wybory parlamentarne zapisały się w historii jako jedyne w swoim rodzaju. Wraz ze śmiercią generała Franco w 1975 roku Hiszpania weszła w okres transformacji ustrojowej. Pierwsze wolne wybory od czterdziestu jeden lat wygrała Unia Centrum Demokratycznego (UCD). Ta centrowa partia, wygrywając najpierw wybory generalne w 1977 roku, a później w 1979, odegrała kluczową role w procesie demokratyzacji i liberalizacji kraju. Rządy jej zakończyły się w 1982 roku, gdy do władzy doszła Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE). Z kolei największą partią opozycyjną stała się wtedy Partia Ludowa (PP). Od tego momentu przez trzydzieści trzy lata hiszpańska scena polityczna przybrała formę dwupartyjną. Lewicę reprezentowali socjaliści z PSOE, tymczasem konserwatyści z PP byli ambasadorami całej prawicy. Sytuacja ta była niezwykle podobna do systemu partyjnego Stanów Zjednoczonych, gdzie władzę dzierżą na przemian Partia Republikańska z Partią Demokratów.
 
Grudniowe wybory położyły kres tej formie rządzenia. Ludowcy pod przewodnictwem premiera Mariano Rajoya (na zdj.) wprawdzie wygrali wybory, zdobywając jednak 123 mandaty - o 62 mniej niż  w 2011 roku. Wskutek tego zostali pozbawieni większości absolutnej wynoszącej 176 miejsc. Na drugim miejscu uplasowali się socjaliści pod przewodnictwem Pedro Sancheza, uzyskując 90 miejsc w izbie niższej hiszpańskiego parlamentu. Z kolei 69 mandatów zdobyła lewicowa Podemos (pol. Możemy) Pablo Iglesiasa. Tuż za podium znalazła się Ciudadanos (pol. Partia Obywatelska). Liberałowie z Ciudadanos zdobyli 40 mandatów. Był to wynik niezwykle dobry, biorąc pod uwagę fakt, iż jest to parlamentarny debiut tej partii. Pozostałe mandaty zostały przyznane mniejszym ugrupowaniom oraz niezależnym deputowanym. Jak się później okazało, podzielenie tortu władzy między cztery partie, a nie - jak miało to miejsce do tej pory – konserwatystów z prawicy i socjalistów z lewicy, odbiło się wielomiesięczną polityczną czkawką. 
 
Bylejakość negocjacji 
 
Jak odnotowano powyżej, żadna z partii nie osiągnęła wystarczającej większości do samodzielnego rządzenia. Mimo to, biorąc pod uwagę ogromne doświadczenie obu zwycięskich partii na hiszpańskiej scenie politycznej, można było przypuszczać, iż nawet w takich okolicznościach, będą w stanie wypracować jakiś konsensus. Nic bardziej mylnego. Konserwatyści z Partii Ludowej przy próbie formowania rządu większościowego musieli stawić czoła własnym machlojkom (chodzi m.in. o sprzeniewierzenia środków publicznych na masową skalę). Żadna z pozostałych trzech partii nie chciała wikłać się w sojusz z konserwatystami, gdy na światło dzienne wychodziły kolejne afery z ich udziałem. Taki mariaż od początku wydawał się raczej niemożliwy. Ponadto partia ta nie należy do progresywnych. Można odnieść wrażenie, iż negocjacje z Partią Ludową prowadzono wyłącznie po to, aby nie zostać posądzonym przez społeczeństwo o brak dobrej woli.  Niewypałem zakończyły się również próby ustanowienia rządu mniejszościowego przez socjalistów. Koalicja PSOE z Partią Obywatelską została zablokowana na początku marca br. w Kongresie Deputowanych. Tym samym upadła kandydatura Pedro Sancheza na premiera.  Po tych wydarzeniach sytuacja stała się bardzo napięta. W proces negocjacji zaangażował się król Hiszpanii Filip VI. Monarcha zapraszał grupowo oraz indywidualnie przywódców wszystkich czterech ugrupowań. Również te działania zakończyły się niepowodzeniem. W wyniku niemożności utworzenia rządu Filip VI podpisał 3 maja br. dekret rozwiązujący obie izby parlamentu. 
 
Gdzie dwóch nieporadnych, tam trzeci i czwarty korzysta
 
Rządzący na przemian przez trzydzieści trzy lata konserwatyści i socjaliści, nie uporali się ze skutkami kryzysu gospodarczego w stopniu, w jakim oczekiwało społeczeństwo. Grudniowe wybory bez wątpienia można zinterpretować jako społeczne wotum nieufności wobec dwóch głównych ugrupowań. Partia Ludowa zdobyła ponad 3,5 miliona głosów mniej w stosunku do wyborów z 2011 roku, podczas gdy socjaliści niecałe 1,5 miliona. W konsekwencji milionowe rzesze wyborców przeszły na stronę Podemos oraz Ciudadanos. Lewicowe Podemos pod przywództwem Pablo Iglesiasa (na zdj.) stanowi alternatywę dla Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej. Tymczasem partia Ciudadanos jest ciekawą opcją dla wyborców o poglądach prawicowych, których znudziła lub zawiodła Partia Ludowa. Obie partie mogą liczyć na jeszcze większą ilość mandatów podczas niedzielnych wyborów.
 
Konserwatyści zwycięzcami niedzielnych wyborów, przetasowania na lewicy
 
Jak wskazują ostatnie sondaże wyborcze można spodziewać się, iż dojdzie do powtórki z grudniowych wyborów. Żadna z partii nie osiągnie większości absolutnej w Kongresie Deputowanych. Jak wynika z poniedziałkowego (20.06) sondażu opublikowanego na łamach dziennika ABC, wybory wygra Partia Ludowa, zdobywając 30,7 proc. głosów (da to konserwatystom 122-125 mandatów). Drugie miejsce przypadnie lewicowej koalicji Unidos-Podemos. Koalicja ta może liczyć na 24,9 proc. głosów (84-86 miejsca).
 
Na trzecim miejscu uplasuje się Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza, na którą głosy odda około 21 proc. wyborców (79-82 miejsca). Ostatnie miejsce spośród partii, które będą się liczyły po wyborach, przypadnie Ciudadanos. Partia Alberto Rivery zdobyła w sondażu 14,1 proc. głosów (36-38 miejsc). Jedyna prawdopodobna zmiana dojdzie na lewicy, gdzie koalicja partii Unidos oraz Podemos wyprzedzi Socjaldemokratów z PSOE, której lider Pedro Sanchez (na zdj.) w marcu miał szansę zostać premierem. Jeśli wyniki aktualnych sondaży znajdą odzwierciedlenie w niedzielnym głosowaniu, rozpocznie się nowa era dla hiszpańskiej lewicy.
 
Co dalej po wyborach?
 
Z uwagi na fakt, iż żadna z partii zapewne nie uzyska większości w Kongresie Deputowanych, będzie trzeba rozpocząć ponowne negocjacje nad wyłonieniem rządu. Opcji jest kilka. Najbardziej prawdopodobną z nich wydaje się sojusz Unidos-Podemos z socjalistami. Warunkiem koniecznym takiej koalicji wydaje się kompromis w kwestii referendum niepodległościowego w Katalonii. Obie strony mają niezwykle odmienne zdanie w tej kwestii. Nawet jeśli dojdzie do konsolidacji lewicy, prawdopodobnie zabraknie im około 10-12 miejsc w izbie niższej do zdobycia upragnionej większości absolutnej. Będą mogli oni liczyć wyłącznie na utworzenie rządu mniejszościowego. Drugim prawdopodobnym wariatem jest sojusz prawicy. Jednak również i w tym wypadku koalicja Partii Ludowej z Ciudadanos nie uzyska najprawdopodobniej większości w Kongresie Deputowanych. Na dodatek wariant ten jest nierealny, dopóki Mariano Rajoy będzie kandydatem Partii Ludowej na premiera rządu koalicyjnego. Niechęć lidera Ciudadanos Alberta Rivery do 61-letniego Rajoya wydaje się być zbyt wielka. Szanse na utworzenie innych koalicji istnieją raczej na papierze. Dopuszcza się możliwość utworzenia wielkiej koalicji konserwatystów z socjalistami, jednakże byłby to strzał we własną stopę, biorąc pod uwagę, iż oba ugrupowania istnieją raczej jako wzajemne dla siebie alternatywy. Zbudowanie jakiegokolwiek mostu porozumienia wydaje się arealne w obecnej sytuacji. Remedium na powyborczy zastój może okazać się rosnąca w lawinowym tempie presja społeczeństwa, które jest zmęczone obecną sytuacją. Koniec końców nic tak bardzo nie mobilizuje rządzących do efektywnego rządzenia, jak masowe niezadowolenie społeczne.
 
Dariusz Wituszyński