Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Katarzyna Götz: Rynek mediów w Unii Europejskiej - o wielkich koncernach i wolności słowa

Katarzyna Götz: Rynek mediów w Unii Europejskiej - o wielkich koncernach i wolności słowa

27 kwiecień 2006
A A A
Niewątpliwie w interesie demokracji leży, aby różnorodność poglądów, nie tylko politycznych, znajdowała swój wyraz w mediach. Jeśli prawo do reprezentowania swojego zdania szerszej opinii publicznej miałby tylko jeden głos, wtedy demokracja byłaby zagrożona. Pluralizm oznacza wielość postaw, zdań, opinii w społeczeństwie. Ta heterogeniczność zaznacza się w mediach, które są nośnikiem przekazu i utrwalają panujące nastroje.

Wraz z przystąpieniem 10 nowych krajów do Unii, której niebawem będziemy świętować już drugą rocznicę, Europa (UE) powiększyła się o nowych obywateli: słuchaczy, widzów i czytelników. Na wielu płaszczyznach postępujące procesy integracji są już widoczne: po Europie przemieszczają się studenci, turyści i pracownicy. Nowi obywatele Unii korzystają z licznych, nowych praw i przywilejów. Wejście do Europy (UE) nowych narodów ułatwiło nie tylko handel towarami i usługami czy twórczą wymianę pomysłów między nimi, ale zapoczątkowało również proces kształtowania się nowej europejskiej opinii publicznej.

Zanikające granice i skomplikowane przepisy celne z pewnością sprzyjają temu procesowi. Z drugiej jednak strony tak istotne dla sprawnej komunikacji bariery językowe nie znikną z dnia na dzień i mogą również w dalszej przyszłości utrudniać swobodną wymianę informacji w Unii. Z tej perspektywy koncentracja mediów wydawałaby się pożądana, gdyż gwarantowałaby sprawniejszy i szybszy przepływ informacji z różnych zakątków Europy, niż w sytuacji, gdyby pojedyncze, małe wysepki medialne miałyby na własną rękę dbać o rozprzestrzenianie się wiadomości. Jeden duży potentat medialny jest w stanie sprawniej, i co chyba najważniejsze w tej branży, szybciej koordynować przypływ informacji niż setki czy tysiące drobnych instytucji - wydaje się być to logiczne. Problem jednak pojawia się wówczas, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że każde fakty można przedstawić na wiele sposobów - ale tylko wtedy, gdy jest wielu niezależnych nadawców, komentatorów, redaktorów itd. Jeden nadawca to tylko jedno z wielu możliwych spojrzeń na świat. Jeden nadawca to co najmniej o jednego za mało, żeby można było porównywać ze sobą informacje i na ich podstawie wyrabiać sobie własną opinię. Jeśli tylko jeden koncern ma prawo do przedstawianie społeczeństwu opinii, to nie może być mowy o pluralizmie.

Pluralizm w mediach oznacza, że na wolnym rynku wszyscy obywatele mają zagwarantowany wolny i nieograniczony dostęp do mediów. W dzisiejszych czasach trudno mówić, by wszędzie w Europie te podstawowe przesłanki były spełnione. Niechlubny przykład Włoch jest w tym względzie najbardziej oczywisty. W rankingu organizacji "Reporterzy bez granic", dotyczącym wolności prasy, Włochy zajmują ostatnie miejsce w Unii. Koncern medialny Berlusconiego Mediaset i możliwość sprawowania kontroli nad publiczną RAI sprawiają, że Berlusconi, a zatem jego zapatrywania polityczne i poglądy na inne dziedziny życia, docierają do 90 proc. włoskich widzów i stanowią 96 proc. wszystkich źródeł reklam. Dom wydawniczy Mondadori, który jest również ściśle związany z klanem Berlusconich, zdominował rynek książek, gazet i czasopism. Te odsetki mówią same za siebie i wskazują, jak dalece niepoprawna jest sytuacja na rynku mediów we Włoszech.

Italia to niestety bynajmniej nie odosobniony wyjątek. Także w Niemczech medialny krajobraz został zdominowany przez duże koncerny. Do potentata Bertelsmann AG należy min. RTL Group - numer jeden wśród europejskich nadawców radiowych, Random House - największy dom wydawniczy świata, Grunner & Jahr - najpotężniejszy wydawca czasopism w Europie, czy BMG, za którym kryje się słynny Sony. Sam Bertelsmann nazywa siebie "najbardziej międzynarodowym przedsiębiorstwem medialnym świata" ... i ma pełne prawo do tego tytułu, bo jest reprezentowany aż w 63 krajach na całej kuli ziemskej! 30 proc. obrotów potentata przypada na same Niemcy a dalsze 42 proc. na pozostałe kraje w Europie. Niemcy mogą się poszczycić jeszcze jednym Global Playerem z prawdziwego zdarzenia. Axel Springer - największy koncern gazetowy Europy dociera codziennie do 35 mln Niemców i sprawuje pieczę nad 150 tytułami w 27 krajach, m.in. na Węgrzech, w Polsce, Czechach i Rosji, lecz także we Francji, Szwajcarii czy Hiszpanii.

Wielość i różnorodność tytułów, radiostacji czy choćby portali internetowych świadczy o tym, iż rynek mediów to bardzo dochodowy interes. Należy przy tym pamiętać, że koncern medialny to nie zwykły supermarket, lecz "sprzedawca" tematów, które nurtują i kształtują wielomilionową opinię publiczną. Poza dbałością o wysokie zyski koncerny medialne powinny zatem dbać także o obiektywizm i rzetelność przekazywanych informacji. O tym, że nie wszędzie tak jest, wiadomo powszechnie.

W obliczu tych faktów pojawia się pytanie, czy Unia Europejska powinna zostać wyposażona w instrumenty regulujące i kontrolujące rynek mediów w Europie. Najprostszym instrumentem byłoby prawdopodobnie ustalenie górnej granicy udziałów w rynku dla poszczególnych koncernów. Zagwarantowałoby to na pewno większy pluralizm i ochroniło rynek przed hegemonią potentatów, którzy nie mogliby dzięki temu wykupywać mniejszych domów wydawniczych i dominować na rynku narzucając widzom, czytelnikom, internautom itd. swoją wizję rzeczywistości. Rozwiązanie to byłoby pewnie nienajgorsze, gdyby nie fakt, iż oznaczałoby ono drastyczną ingerencję Unii w te dziedziny życia społecznego, które pozostawały do tej pory w gestii krajów członkowskich.

Media i kultura były od zarania Unii zazdrośnie strzeżone przez narodowe rządy, dlatego też nie należy się spodziewać, że Bruksela sięgnie po tak niepopularne środki. Jak bardzo skomplikowana jest to sytuacja pod względem prawnym świadczy art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, który zabrania utrudniania dostępu do źródeł informacji, a ustalenie maksymalnych kwot na udział w rynku mediów czy tez zakaz fuzji (które w założeniu miałyby gwarantować pluralizm) oznaczałyby właśnie ograniczenie dostępu do rynku dla dużych koncernów.

Od jakiegoś czasu można natomiast zaobserwować tendencje do wdrażania w życie pomysłów sprzyjających pluralizmowi w mediach. W 2004 roku Parlament Europejski podkreślił w jednym z dokumentów rolę pluralizmu jako gwaranta prawa do wolności wypowiedzi. Pojawia się w nim nawet stwierdzenie, iż "Unia ma polityczny, moralny i prawny obowiązek" do podjęcia działań w krajach członkowskich, jeśli sytuacja będzie tego wymagała. Parlament zaproponował także, aby Komisja opracowała propozycje dyrektywy w sprawie ochrony pluralizmu na rynku mediów. Coraz głośniejsze są także postulaty umieszczenia zasady pluralizmu w projekcie konstytucji europejskiej.

Wydany niedawno Raport Europejskiego Związku Dziennikarzy zwraca uwagę na rozmiary tego problemu. Aidan White, sekretarz generalny organizacji, podkreśla, że "bez pluralizmu europejskiemu modelowi demokracji, który przez wielu uważany jest za oczywisty, grozi totalna kompromitacja."