Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Michał Kędzierski: Berlin strażakiem na Bliskim Wschodzie

Michał Kędzierski: Berlin strażakiem na Bliskim Wschodzie

27 październik 2014
A A A

Niemcy próbują wcielać w życie plany większego zaangażowania na świecie. Ostatnimi czasy polem szczególnej aktywności niemieckiej dyplomacji stał się Bliski Wschód. Co w sprawie Państwa Islamskiego mogą zaoferować „koalicji chętnych” Niemcy i dlaczego nie będą to oddziały Bundeswehry? Jakie stanowisko zajmuje Berlin w sporze izraelsko-palestyńskim? I w końcu – co stoi za zaangażowaniem Niemiec na Bliskim Wschodzie?

Pod koniec wakacji niemiecką politykę zdominowały dwa tematy międzynarodowe, w których Niemcy odgrywają ważną rolę: Ukraina i Irak. Chociaż od dawna zdecydowanie najczęściej uwagę komentatorów przyciągała sytuacja na granicy ukraińsko-rosyjskiej, w drugiej połowie sierpnia pierwszeństwo zyskały postępy organizacji Państwa Islamskiego (and. Islamic State, IS) w Iraku i Syrii. Wszystko za sprawą funkcji, którą w pokonaniu fanatycznych bojowników islamskich mają spełnić Niemcy. Wielką debatę wywołała zapowiedź rządu w Berlinie, że oprócz pomocy humanitarnej dla broniących się przed islamistami Kurdów wysłana ma zostać również broń. Sprawa była na tyle poważna, że zwołano specjalne posiedzenie Bundestagu, na którym kanclerz Merkel wygłosiła oświadczenie rządowe, tłumacząc się z kontrowersyjnego dla wielu środowisk w Niemczech kroku.

Zerwanie z doktryną Westerwelle’ego

Przez lata Niemcy nie brały aktywnego udziału w rozwiązywaniu światowych kryzysów. Jeśli już Berlin decydował się na udział w jakieś akcji, musiała to być misja zbiorowa, o szerokim mandacie międzynarodowym, najlepiej pod auspicjami organizacji międzynarodowych, takich jak NATO lub ONZ (jak podczas wojen w byłej Jugosławii czy w Afganistanie). Generalnie jednak Berlin stronił od „wielkiej polityki”, ograniczając się do komentowania sytuacji zza linii bocznej. Jeszcze przed trzema laty, w czasie kryzysu w Libii, kiedy Zachód rozważał interwencję po stronie antyrządowej opozycji, Niemcy podczas głosowania w Radzie Bezpieczeństwa ONZ demonstracyjnie wstrzymali się od głosu, stając tym samym po stronie… Rosji i Chin. Wszystko za sprawą szefa niemieckiej dyplomacji, Guido Westerwelle’ego, który przy aprobacie kanclerz Merkel postawił na tzw. kulturę powściągliwości Niemiec w polityce międzynarodowej, a o rozwiązaniach militarnych w ogóle nie chciał słyszeć. Wówczas na Berlin spadła fala krytyki, że kraj o tak wielkim potencjale gospodarczym, motor napędowy Unii Europejskiej, nie może uchylać się od odpowiedzialności za globalne bezpieczeństwo.
Nowa, rządząca od grudnia 2013 roku koalicja zapowiedziała już aktywizację Niemiec na arenie międzynarodowej i wzięcie odpowiedzialności za globalny porządek. Potwierdzili to najwyżsi oficjele podczas monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa na początku tego roku. Prezydent Gauck, minister obrony von der Leyen oraz szef dyplomacji Steinmeier powiedzieli jednak wówczas coś więcej, co było złamaniem pewnego tabu – Niemcy, kiedy będzie taka potrzeba, mogą angażować się również militarnie. Dziś Berlin chce być obecny przy rozwiązywaniu światowych kryzysów, których skutki odczuwa również Europa, a tych pełno ostatnio na Bliskim Wschodzie.

Co Niemcy wnoszą do „koalicji chętnych”?

Postępy organizacji Państwa Islamskiego oraz jej brutalność w stosunku do lokalnej ludności, a ostatnio również wobec dziennikarzy, spędzają sen z powiek liderom świata zachodniego. Fanatyzm, który obserwujemy na terenie Iraku i Syrii, jest realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państw Zachodu, zamieszkanych przez znaczny odsetek ludności muzułmańskiej. Jakby tego było mało, w szeregach fanatycznych bojowników islamskich walczą tysiące Niemców, Brytyjczyków, Francuzów czy Amerykanów. Ich powrót do domów w sposób oczywisty wiąże się z olbrzymim zagrożeniem. Doświadczenie zdobyte na wojnie i fanatyczna indoktrynacja to mieszanka wybuchowa. Dosłownie.

Zarówno w świecie zachodnim, jak i wśród państw arabskich panuje zgoda co do tego, że siedlisko tego „wcielonego zła” (cytat za Cameronem i Obamą) musi zostać „zniszczone” (Obama), zanim rozleje się dalej. W tym celu amerykański przywódca stworzył tzw. koalicję chętnych – państw, które wesprą USA w rozwiązaniu kwestii IS. Do tej grupy należą również Niemcy.

I tu wracamy do wspomnianej debaty. Kanclerz Merkel, która wzięła na siebie odpowiedzialność za negocjacje z prezydentem Putinem w sprawie Ukrainy, powtarzała niezmiennie, że żadnego konfliktu w dzisiejszym świecie nie da się rozwiązać przy użyciu wojska, że niezbędny jest dialog i ciągła gotowość do negocjacji. W przypadku IS Merkel robi jednak wyjątek. „Są sytuacje, w których potrzeba środków militarnych, żeby rozwiązania polityczne były w ogóle możliwe” – przekonywała posłów w Bundestagu. Brzmi jak zapowiedź wysłania Bundeswehry do Iraku? Nic podobnego. Niemcy w pełni popierają amerykańskie naloty na pozycje IS, deklarują udział w „koalicji chętnych”, ale bez udziału niemieckich żołnierzy. Merkel jasno wykluczyła udział Bundeswehry w atakach na bojowników, możliwy pozostaje za to udział Niemców w lotach zwiadowczych oraz wsparcie logistyczne. Zaangażowanie militarne Berlina ogranicza się w tym przypadku przynajmniej na razie do wysyłania broni (w tym głównie defensywnej) dla irackich Kurdów.

Niemiecka kanclerz doskonale wie, jak alergicznie reaguje społeczeństwo między Renem a Odrą na możliwość wysłania swoich żołnierzy poza granice kraju. Z resztą, jak podkreślają eksperci, Bundeswehra jako armia czysto obronna nie jest gotowa do udziału w tego typu misjach. Powzięte niedawno reformy, które miały dostosować niemiecką armię do wymagań interwencji zagranicznych, są nadal w powijakach – tłumaczy Krzysztof Miszczak w ostatnim numerze „Spraw Międzynarodowych”. „Der Spiegel” doniósł zaś ostatnio o fatalnym stanie sprzętu, z którego tylko niewielka część mogłaby zostać natychmiast użyta do działań o charakterze bojowym. Niemcy nie zaangażują więc swojego wojska, ale wykorzystują za to swoją dyplomację i uruchamiają liczne kontakty, które mają na Bliskim Wschodzie, żeby do „koalicji chętnych” wciągnąć również państwa arabskie.

Berlin mediatorem między Izraelem a Palestyną

Dyplomacja niemiecka jest również silnie zaangażowana w inny gorący konflikt bliskowschodni. Berlin próbuje grać rolę mediatora w sporze izraelsko-palestyńskim. W tym celu utrzymuje bliskie kontakty z obiema skonfliktowanymi stronami. Z Izraelem łączą Niemcy szczególne powiązania, które przekształciły się w strategiczne partnerstwo. Berlin, mówiąc o Izraelu, przypomina swoje historyczne przewinienia względem Żydów, które dziś zobowiązują go do utrzymywania z nimi wyjątkowo przyjacielskich relacji i zapewnienia Izraelowi bezpieczeństwa, co sferze konkretów przejawia się np. w zaangażowaniu Niemiec w proces denuklearyzacji Iranu czy w sferze bardziej przyziemnej – w niemieckiej pomocy konsularnej, z której mogą korzystać obywatele Izraela w państwach, w których Tel Aviv nie posiada tego typu jednostek dyplomatycznych. Swoją drogą nie tak dawno szef niemieckiej dyplomacji, Frank-Walter Steinmeier, mówił o stosunkach na linii Tel Aviv – Berlin jako o „cudzie pojednania”. Tych samych słów używali ostatnio niemieccy przywódcy w odniesieniu do Polski.

Z drugiej strony Niemcy rozbudowują relacje z Palestyną. Od 2010 roku funkcjonuje Niemiecko-Palestyńska Komisja Kierująca, która odpowiada za rozwój tejże współpracy i sterowanie pomocą Berlina dla Palestyny. O tym, że ta komisja ma poważne znaczenie dla rządu kanclerz Merkel, niech świadczy fakt, że w jej skład wchodzą ministrowie najważniejszych resortów – dyplomacji, spraw wewnętrznych, gospodarki, rozwoju oraz oświaty. Niemcy zabiegają również o międzynarodowe wsparcie dla odbudowy bądź rozwoju Palestyny. W lipcu minister Steinmeier obiecał prezydentowi Abbasowi pomoc finansową w wysokości pół miliarda euro na najważniejsze potrzeby dla mieszkańców zniszczonej w czasie wojny Strefy Gazy. Jak pamiętamy, NATO na pomoc Ukrainie przeznaczyła 15 mln euro.

Niemcy starają się pozostać wiarygodnym partnerem dla obu stron i zachować wpływ na rozwój sytuacji. Berlin gorąco wspiera izraelsko-palestyńskie pojednanie, które miałoby zakończyć trwający dziesięciolecia spór i stawia na tzw. opcję dwupaństwową – tzn. niepodległą Palestynę, która utrzymuje pokojowe relacje z Izraelem. Według Steinmeiera tylko takie rozwiązanie da pokój w regionie.

Dlaczego Berlin angażuje się na Bliskim Wschodzie?

Kwestia działalności Państwa Islamskiego i sporu izraelsko-palestyńskiego nie są jedynymi obszarami zaangażowania Niemiec na Bliskim Wschodzie. Berlin bierze udział w negocjacjach z Iranem na temat jego denuklearyzacji czy z Syrią na temat oddania i zniszczenia broni chemicznej (Niemcy zobowiązały się nawet do spalenia na własnym terytorium tejże broni). W Iraku Steinmeier zabiegał w sierpniu o powołanie rządu jedności narodowej, który reprezentowałby wszystkie najważniejsze grupy etniczno-religijne, a po wybuchu wojny domowej w Syrii Niemcy wysłały do Turcji zestaw rakiet Patriot razem z obsługującym je oddziałem, żeby chroniły terytorium sojusznika przed ewentualnym ostrzałem rakietowym z obszaru ogarniętego chaosem kraju. Ostatnio polem aktywności niemieckich dyplomatów został również Afganistan, w którym zaangażowali się w mediację między rządem w Kabulu a Stanami Zjednoczonymi w sprawie umowy o przedłużeniu obecności wojsk NATO.

Za zaangażowaniem Niemiec na Bliskim Wschodzie nie stoi nic innego niż własny dobrze pojęty interes narodowy. Niemcom jako mocarstwu gospodarczemu (czwarta gospodarka świata) i handlowemu (trzeci światowy eksporter) w największym stopniu powinno zależeć na trwałości i stabilności porządku globalnego, swobodnej wymianie handlowej i zażegnywaniu kryzysów, które ten porządek destabilizują. Tylko w bezpiecznym, wolnym od konfliktów otoczeniu może się bez przeszkód rozwijać tak nastawiona na handel nacja jak Niemcy. Ten kraj, jak żaden inny, czerpie korzyści z globalizacji i rozwoju pokojowej współpracy międzynarodowej i po prostu nie może uchylać się od obrony korzystnych dla siebie warunków współżycia na świecie. Dziś, kiedy ten ład nie ma się już tak dobrze, jak dawniej, Niemcy najwyraźniej „dorosły do wzięcia na siebie odpowiedzialności, odpowiadającej swojej wadze w świecie” – pisze publicystka „Der Spiegel”, Christiane Hoffmann. Berlin dołącza więc do globalnych strażaków gaszących pożary w różnych regionach świata.

Poza wymiarem gospodarczym jest też oczywiście wymiar bezpieczeństwa w klasycznym rozumieniu. W interesie całego świata zachodniego leży zdławienie fundamentalizmu jeszcze w zarodku, zanim rozleje się poza obszar bliskowschodni. Tak, jak tłumaczy niemieckie zaangażowanie w wojnie przeciwko IS Stefan Aust z tygodnika „Die Welt”: „To jest pomoc we własnym interesie. Być może to my bardziej potrzebujemy Kurdów niż Kurdowie nas”.

Artykuł ukazał się pierwotnie na łamach Przeglądu Spraw Międzynarodowych NOTABENE (październik-listopad 2014)