Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Piotr Bajor: Rewolucja na pokaz, czyli jak się protestuje w Kijowie

Piotr Bajor: Rewolucja na pokaz, czyli jak się protestuje w Kijowie

05 czerwiec 2007
A A A

Ukraina powoli wychodzi z kryzysu politycznego, jaki trwał w tym państwie od 2 kwietnia, kiedy to Juszczenko podpisał dekret o rozwiązaniu Rady Najwyższej. Po zawartych na najwyższym szczeblu porozumieniach, liderzy koalicji wezwali swoich zwolenników do zakończenia protestów. Kijów powoli wraca więc do normalnego życia, jednak sami mieszkańcy przyznają, że to tylko kwestia czasu, kiedy protesty w ich mieście zaczną się na nowo.

 

Życie polityczne Ukrainy na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy to przede wszystkim ostry kryzys wywołany decyzją prezydenta Juszczenki o rozwiązaniu parlamentu. Od 2 kwietnia, kiedy Juszczenko podpisał odpowiedni dekret, na Ukrainie trwają ostre spory, które od czasu do czasu zamieniają się w negocjacje. W ich wyniku zawierane są porozumienia, które następnie są zrywane. W tym samym czasie, na kijowskich ulicach trwały protesty zwolenników koalicji, którzy jednak z istniejącym kryzysem mieli tylko tyle wspólnego, że protestowali w określonym, zapłaconym przez organizatorów czasie. Oczywiście nie wszyscy, ale jednak zdecydowana większość.

Na wszelki wypadek

 Tak zwane nocne porozumienie Juszczenki, Janukowycza i Moroza z 27 maja uspokoiło sytuację i po dwumiesięcznych protestach Kijów wraca do normalności. W związku z tym, liderzy koalicji wezwali swoich zwolenników do zakończenia protestów i powrotu do domów. Większość wróciła, jednak w parku Maryjskim położonym tuż obok parlamentu zostało kilka namiotów, w których mieszkają zwolennicy komunistów.

Fot. Piotr BajorGdy pytam ich mieszkańców o motywy dalszego pobytu w Kijowie odpowiadają, że pozostają na wszelki wypadek. Młodzi komuniści nie chcą precyzować, co dokładnie mają na myśli, jednak odpowiedź nasuwa się sama. Otóż, w obecnej sytuacji politycznej wszelkie porozumienia mogą zostać w każdej chwili zerwane i uczestnicy protestów muszą być przygotowani na taką ewentualność. Inna sprawa, że przed Ukrainą ciężki okres kampanii wyborczej, formowania koalicji i nowego rządu. Tutejsze doświadczenia pokazują, że na każdym z tych etapów dojść może do zaostrzenia sytuacji politycznej. Pytanie więc nie zawiera się w tym czy w najbliższym czasie wiece w Kijowie będą miały miejsce, tylko kiedy do nich dojdzie.

Prezydencie – jesteś gwarantem konstytucji

Demonstracje w stolicy Ukrainy rozpoczęły się na przełomie marca i kwietnia, czyli jeszcze przed decyzją o rozwiązaniu parlamentu. W tym gorącym okresie, kiedy ważyły się losy Rady Najwyższej, zarówno opozycja jak i koalicja wezwały do Kijowa swoich zwolenników, w celu wyrażenia poparcia lub sprzeciwu wobec działań prezydenta. W zasadzie obie strony domagały się tego samego, i wzywały Juszczenkę, by stał na straży konstytucji i nie dopuścił do jej łamania. Jednak pozycje, na podstawie których koalicja i opozycja formułowały swoje żądania były już zupełnie odmienne. Opozycja twierdziła, że konstytucję złamała koalicja i to jest podstawą do rozwiązania parlamentu. Koalicja uważała natomiast, że w żadnym wypadku nie może być mowy o naruszeniu przez nią konstytucji i zapewniała, że jej złamaniem będzie ewentualna decyzja o rozwiązaniu parlamentu.

W tej napiętej sytuacji, jaka miała miejsce na Ukrainie na początku kwietnia, prezydent zdecydował się na radykalny krok i podjął decyzję o rozwiązaniu Rady Najwyższej. W takie działanie mało dotąd zdecydowanego Juszczenki mało kto wierzył. W kuluarowych rozmowach, nawet jego zwolennicy przyznawali, że nie sądzą by prezydent zdecydował się na taki krok. Na pewno, nie była na to przygotowana koalicja i jej zwolennicy, których w poniedziałkowy wieczór 2 kwietnia w Kijowie po prostu nie było. Demonstracje, jakie miały miejsce w tym dniu skończyły się wieczorem. W momencie ogłoszenia dekretu, nie miał więc kto bronić Rady Najwyższej i protestować przeciwko decyzji prezydenta. Sami deputowani rozwiązanego parlamentu, na zwołane wieczorem w trybie pilnym posiedzenie po prostu biegli.

Rozpoczęcie protestów

Demonstranci pojawili się jednak w Kijowie już następnego dnia i praktycznie pozostawali do ubiegłego tygodnia. Zdecydowana większość pochodziła ze wschodniej Ukrainy, która tradycyjnie stanowi elektorat Partii Regionów. Jednak charakterystycznym zabiegiem, jaki miał miejsce od początku protestów było to, że eksponowano w nich udział także Ukraińców z zachodniej części państwa. Miało to na celu pokazanie, że poparcie koalicji nie kończy się na Dnieprze a jej wpływy zaczynają sięgać również na Ukrainę Zachodnią, która tradycyjnie jest zapleczem politycznym dla tzw. pomarańczowych sił.

Zwolennicy koalicji rozpoczęli protesty w symbolicznym miejscu, które jest ikoną uczestników pomarańczowej rewolucji, czyli na Majdanie Niezałeżnosti. Uczestnicy tamtych wydarzeń z 2004 roku nie byli jednak oburzeni tym faktem. Twierdzą oni, że właśnie dzięki rewolucji, niebiescy dziś swobodnie mogą demonstrować na Majdanie, ponieważ pluralizm i swoboda poglądów to są te osiągnięcia, które na zawsze zakorzeniły się w ukraińskiej demokracji. Oprócz ścisłego centrum Kijowa, protesty odbywały się również przy Radzie Najwyższej, Sekretariacie Prezydenta oraz przy Sądzie Konstytucyjnym, Centralnej Komisji Wyborczej - a ostatnio również przy Prokuraturze Generalnej.

Wśród uczestników powstał nawet ranking miejsc, gdzie najchętniej i najprzyjemniej się protestowało. Według ich oceny najlepszym miejscem dla protestowania były okolice Rady Najwyższej, ponieważ parlament otoczony jest ładnym parkiem, który zapewniał ochronę przed ostrym słońcem w upalne dni. Z tego miejsca niedaleko również nad Dniepr, nad który spacery cieszyły się dużą popularnością nie tylko wśród młodych par, ale również starszych ludzi.

Nie narzekano również na Majdan, gdzie protesty urozmaicane były przez występy zespołów muzycznych i kabarety, dzięki którym można było potańczyć i zapomnieć o trudach protestu. Od czasu do czasu na Majdanie występowali również przywódcy koalicji, w tym sam Janukowycz, więc wtedy następowała mobilizacja sił, ponieważ liderzy musieli zobaczyć, że społeczeństwo ich popiera. W czasie przemówień polityków wszyscy musieli być zgromadzeni w jednym miejscu, a trzymaną dotąd bezwiednie flagą należało zacząć machać.

Najgorzej protestowało się wokół Sądu Konstytucyjnego, gdzie cały dzień trzeba było spędzić bez żadnych atrakcji, a dodatkowo należało jeszcze przekrzykiwać się ze zgromadzonymi pod Sądem zwolennikami opozycji. Warto podkreślić, że w kwietniu pod budynkiem Sądu codziennie gromadziło się kilka tysięcy ludzi, zwolenników obu stron, których oddzielał tylko kordon milicji. Mimo tego, do żadnych incydentów nie doszło i ogólnie cały ten dwumiesięczny okres przebiegł pod tym względem bardzo spokojnie.

Ile kosztuje protest?

- To już nie jest to samo. My głęboko wierzyliśmy w nasze działania, walczyliśmy za idee. Oni niestety dają się kupić – mówi Ihor, uczestnik pomarańczowej rewolucji, który przekonywał mnie, że wszyscy obecnie manifestujący brali pieniądze za udział w tym spektaklu.
Faktycznie, informacje o tym, że protesty są opłacane pojawiały się w Kijowie od samego ich początku. Międzynarodowy Instytutu Demokracji przeprowadził nawet badania w tej sprawie, i według jego danych dwumiesięczne protesty kosztowały koalicję 350 milionów hrywien, czyli tyle samo ile potrzeba na organizację przedterminowych wyborów. Instytut przedstawił również wycenę stawek dla protestujących, które były uzależnione od wielu kwestii. Szeregowy uczestnik, którego zadaniem było tylko stać i trzymać flagę otrzymywał od 80 do 100 hrywien (48-60 zł). Osoba z tzw. ekwipunkiem, czyli tablicami, trąbkami bądź transparentami otrzymywała większą stawkę, i były to sumy rzędu od 100 do 120 hrywien (60-72 zł). Protestujący, którzy decydowali się na zamieszkanie w namiotach dostawali od 150 do 200 hrywien (90-120zł) za dobę. Uczestnicy dzieleni byli na grupy, którymi kierowali tzw. brygadierzy, a ich stawka to 10 hrywien (6zł) od każdego uczestnika.

Fot. Piotr Bajor

Partia Regionów zaprzecza tym informacjom i twierdzi, że z jej funduszy opłacano tylko transport uczestników i wyżywienie w Kijowie. Trudno jednak zaprzeczać oczywistym faktom, ponieważ część protestujących sama przyznawała, że była opłacana. Zdarzało się również, że protestujący narzekali, że Kijów jest drogim miastem i z otrzymanych pieniędzy niewiele można odłożyć. Problem opłacania protestów dla własnego poparcia nie dotyczy jednak tylko niebieskich. Choć opozycja obecnie rzadko organizowała manifestacje, to jednak te które się odbyły, również były z góry zapłacone. W tym przypadku, w porównaniu z niebieskimi uczestnicy mieli jedynie mniejsze stawki.

Jak można urozmaicić protest?

Fot. Piotr BajorCodzienne, kilkunastogodzinne protesty po jakimś czasie nudziły uczestników. Zaczęto więc w różny sposób urozmaicać sobie czas. Najpopularniejszą rozrywką była gra w karty, którą udało mi się najczęściej zaobserwować. Częstą formą rozrywki były tańce, zarówno w czasie koncertów, ale i również do muzyki z telefonu komórkowego bądź przenośnego magnetofonu. Boisko do siatkówki zorganizowano na przykład przed Centralną Komisją Wyborczą, gdzie w ten sportowy sposób zabijano wolno mijający czas. Można było również otrzymać wsparcie duchowe, ponieważ od czasu do czasu przez tłum manifestujących przechodziły procesje wyznawców prawosławia. Generalnie każda zdroworozsądkowa forma rozrywki była dozwolona, z jednym zastrzeżeniem. Uczestnikom surowo zabroniono picia alkoholu, i trzeba podkreślić, iż tej normy rygorystycznie przestrzegano, choć oczywiście zdarzały się pojedyncze przypadki naruszenia tej zasady.

Protest przeciwko protestom

Obecnych wydarzeń w Kijowie w żaden sposób nie można określić rewolucją, a jeśli już to sztuczną. Porównując z pomarańczową rewolucją - pomijając wszystkie porażki polityków – ówcześnie, w zachowaniu i działaniu ludzi widać było walkę za szczerze wyznawane idee. Obecnie mieliśmy do czynienia z pewnym odgórnie zaplanowanym działaniem marketingowym, z którego już na pierwszy rzut oka emanowała sztuczność. Dziś Ukraińcy są już zmęczeni przedłużającymi się kryzysami, i w obecnej sytuacji nie ma szans na powtórzenie tego spontanicznego ruchu, jaki można było zaobserwować w 2004 roku. Tym samym, dziś chcąc zapewnić sobie poparcie społeczeństwa i jego udział w protestach, trzeba po prostu te demonstracje opłacić.

Warto również wspomnieć o bardzo praktycznym aspekcie kijowskich protestów. Zamknięte dla ruchu centrum miasta, które i bez tego ma olbrzymie problemy komunikacyjne, powodowało gigantyczne korki i chaos komunikacyjny, które utrudniały codzienne życie mieszkańcom. Kijowianie mają już dość protestów i jak najszybciej chcą wrócić do normalnego życia. Jadąc w ubiegłą środę do Rady Najwyższej, z której w związku z podejrzeniem o podłożenie ładunku wybuchowego zarządzono ewakuację, podjąłem w taksówce rozmowę na tematy polityczne. Moje pytanie dotyczące daty powrotu protestujących do Kijowa, starszy pan skwitował jednak słowami, że przed tym jak „oni” wrócą, to sami Kijowianie zorganizują protesty…przeciwko protestom.

Autor jest korespondentem Portalu Spraw Zagranicznych w Kijowie.