Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Radosław Wierzbiński: Widmo porażki krąży nad Cameronem

Radosław Wierzbiński: Widmo porażki krąży nad Cameronem

05 wrzesień 2007
A A A
David Cameron - sobowtór Blaira, thatcherysta, neocentrysta, a może Don Kichot brytyjskiej prawicy. Czy ma szanse na odsunięcie Gordona Browna od władzy i przejęcie od laburzystów po kilkunastu latach władzy na Downing Street? Gdy pojawił się na we władzach Torysów, wróżono mu świetlaną przyszłość. Młody, inteligentny, z pomysłami, porównywany często do Tony’ego Blaira (czasem nawet nazywany jego sobowtórem), miał przywrócić zaufanie elektoratu do Partii i przełamać dominacje laburzystów na Wyspach. Choć w swej deklaracji w 2005 roku zapowiadał, że ludzie znów będą dumni ze swych konserwatywnych poglądów, od początku nie było mu łatwo. Blair prężnie zarządzał państwem osiągając sukcesy na arenie międzynarodowej i w polityce krajowej. Kiedy krytyczne echo zaangażowania brytyjskiego w Iraku było już mocno słyszalne nad Tamizą, część analityków sugerowała, że następca Blaira, szkocki flegmatyk Gordon Brown, porządzi przez jakiś czas i odda władzę Torysom. Cameron z czeskim premierem Topolankiem pod szyldem ruchu na rzecz Europy chciał w tym czasie podjąć dyskurs nt. zmian na kontynencie, w polityce wewnętrznej postanowił walczyć z nielegalną imigracją i reformą służby zdrowia kreując się na reprezentanta środka sceny politycznej. Czy to się powiodło? Raczej nie. Co więcej, zaraz może się nawet okazać, że Davida Camerona zapamiętamy jedynie jako autora popularnego na Wyspach Web bloga. A to z kilku powodów.

Po pierwsze wpływ na to ma pozycja Gordona Browna, który w ciągu swych pierwszych dwóch miesięcy na stanowisku premiera poradził sobie z wieloma trudnymi i niespodziewanymi sytuacjami (o czym wspominam w tekście Macte animo Gordonie). Krytykowany przez opozycję, naciskany przez związki zawodowe i czołowych polityków Partii Pracy twardo broni się przed skazanym na niepowodzenie referendum ws. traktatu reformującego. I na razie wychodzi mu to dość dobrze.

Po drugie to otoczenie Camerona, które powoli ma dość jego nieefektywnych działań i braku perspektyw na zmianę tego stanu. Dawny inicjator jego przywództwa, Michael Ancram, nazwał ostatnio jego politykę jako pustą i bez wyrazu. Wezwał jednocześnie do przywrócenia ducha konserwatyzmu przestrzegając jednocześnie przed wyrzucaniem do śmieci idei Thatcheryzmu.

Po trzecie – wybory – których na razie nie ma i w zasadzie nie wiadomo kiedy będą. Torysi, trochę jak polscy politycy, już w sierpniu zaczęli masowo wykupywać bilbordy pod kampanię wyborczą. Brown trochę trzyma ich teraz w szachu zwlekając z podaniem jakiejś daty. Jeśli do wyborów nie dojdzie, stracą wielomilionowe dotacje, a fala krytyki skupi się głównie na liderze Konserwatystów.

Po wtóre wreszcie to postawa samego Camerona, który przypominał ostatnimi czasy dziecko zagubione we mgle. Złośliwi wypominają mu jedyne osiągnięcie – nieudaną próbę zmuszenia Browna do udziału w publicznej debacie. Sondaże, choć ostatnio trochę przychylniejsze dla samej partii, dla ich lidera są bezlitosne. Wg badania Populus dla dzienniak The Times, Partia Pracy z 37 proc. poparcia zaledwie o jeden punkt wyprzedza Torysów. Sondaż Guardian/ICM daje Laburzystom 39 a Konserwatystom 34 proc.  Cameronowi ufa zaledwie 20 proc. respondentów, a blisko połowa twierdzi nawet, iż nie sprawdza się jako lider partii.

Taka sytuacja to woda na młyn dla Gordona Browna, który w każdej chwili może zdecydować się na zorganizowanie wyborów. I tu ma przewagę nad Cameronem, który coraz częściej słyszy pomrukiwania ze strony swego zaplecza politycznego. Czy dwa lata na wyprowadzenie partii z kryzysu to za długo? Czy szukający thatcherowskich idei politycy tej partii powiedzą wreszcie dość postępowemu, choć nieskutecznemu na razie liderowi?

Wrzesień to czas corocznych konferencji partyjnych, to czas wyłaniania kandydatów Torysów do walki o stołek burmistrza Londynu, to wreszcie okres dalszej części debaty nad traktatem konstytucyjnym. Jest też Irak, wojna z gangami nieletnich czy reformą szkolnictwa na Wyspach. Szans na przekonanie do siebie wyborców i części nieprzychylnych polityków jest. Pytanie tylko czy Cameron to wykorzysta.