Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Kongo stoi na skraju kolejnej wojny

10 październik 2008
A A A
Trwające od miesięcy starcia we wschodnich prowincjach Demokratycznej Republiki Kongo przerodziły się w niemal otwartą wojnę pomiędzy armią rządową, a siłami zbuntowanego generała Nkundy. Tymczasem rząd w Kinszasie oskarża sąsiednią Rwandę o inwazję na swe terytorium. Rebelia chwieje państwem

W nocy z środy na czwartek rebelianci odnieśli znaczący sukces zajmując strategicznie położoną bazę wojskową Rumangabo. Oddziały Nkundy znajdują się teraz zaledwie 50 kilometrów od Gomy - stolicy prowincji Północne Kivu. W całym regionie toczą się obecnie zacięte walki.

Tydzień wcześniej Nkunda, który dotychczas ograniczał się wyłącznie do strzeżenia swej strefy wpływów w Północnym Kivu, zagroził, że rozpocznie otwartą wojnę przeciwko rządowi w Kinszasie. W wywiadzie dla BBC oświadczył, że jego celem jest odtąd „wyzwolenie mieszkańców Kongo”.
Image
Laurent Nkunda (cc) flickr


Stacjonujący w DR Kongo kontyngent oenzetowskich „błękitnych hełmów” (MONUC) zachowuje na razie neutralność w konflikcie i stara się skłonić obie strony do zawieszenia broni. W poprzednich tygodniach żołnierze MONUC oddawali jednak kilkukrotnie strzały ostrzegawcze, gdy rebelianci zbliżali się zanadto do ich pozycji wokół Gomy.

Kinszasa ostrzega przed kolejną inwazją

Tymczasem w środę ambasador DR Kongo przy ONZ, Atoki Ileka, wezwał Radę Bezpieczeństwa do interwencji w celu powstrzymania kolejnej inwazji szykowanej jakoby przez sąsiednią Rwandę. Przedstawiciele lojalnej rządowi administracji mieli ponoć zaobserwować koncentrację oddziałów rwandyjskiej armii nad granicą z Kongo. Zdaniem ambasadora wszystko to świadczy o tym, iż inwazja „jest bliska”.

Dzień później minister spraw zagranicznych DR Kongo, Antipas Mbusa Nyamwisi stwierdził, iż „istnieją realne dowody” na to, że rwandyjska armia wspiera rebeliantów Nkundy. Ruandyjczycy mieli między innymi brać udział w zdobyciu bazy Rumangabo, a w ręce kongijskich żołnierzy miał wpaść nawet oficer rwandyjskiej armii.

Rwanda (wraz z sąsiednimi Ugandą i Burundi) już dwukrotnie (w 1996 i 1998 roku) najechała Demokratyczną Republikę Kongo pod pretekstem zwalczania ukrywających się na pograniczu rodzimych rebeliantów z plemienia Hutu (wielu z nich to członkowie dawnej rwandyjskiej armii i bojówek „Interahamwe”, które podczas ludobójstwa z 1994 r. wymordowały blisko 800 tys. rwandyjskich Tutsi). W rzeczywistości celem było raczej osadzenie w Kinszasie życzliwego sobie rządu oraz grabież kongijskich bogactw naturalnych.Image

Tym razem ambasador Rwandy przy ONZ stanowczo odrzucił jednak wszelkie oskarżenia o przygotowywanie agresji. Jego zdaniem takie doniesienia są po prostu zemstą za zeszłotygodniową notę dyplomatyczną, w której Rwanda oskarżyła kongijską armię o współpracę z owianymi ponurą sławą rebeliantami Hutu z Rwandy (FDLR).

„Błękitne hełmy” nie potwierdziły rewelacji głoszonych przez kongijskich dyplomatów.

Krucjata Nkundy

Laurent Nkunda przez długi czas nie uznawał ani postanowień podpisanego w 2003 r. porozumienia pokojowego (kończącego wojnę domową w DR Kongo) ani wyników demokratycznych wyborów z czerwca 2006 r. Zbuntowany generał twierdził, że walczy w obronie swych rodaków Banyamulenge (kongijski odłam plemienia Tutsi), prześladowanych przez rząd w Kinszasie i wrogo nastawione miejscowe plemiona.

Nkunda wraz z kilkutysięczną prywatną armią, złożoną z dobrze uzbrojonych i doświadczonych w boju rebeliantów, okupował płaskowyż Masisi, skąd atakował każdego kto jego zdaniem zagraża interesom Tutsi – lub jego samego. Jego ofensywy kilka razy postawiły wschodnie Kongo na skraju kompletnego chaosu. Walki przerwał dopiero rozejm z 23 stycznia 2008 r., jednak od tej pory obserwatorzy ONZ zanotowali aż 200 incydentów, stanowiących naruszenie porozumienia. Od stycznia z rejonu rzekomo zakończonego konfliktu uciekło ponadto 150 tys. mieszkańców.

Pod koniec sierpnia walki wybuchły z nową siłą, a rebelianci podjęli szeroko zakrojone działania w prowincjach Północne i Południowe Kivu. Zdaniem ONZ to Nkunda stoi za eskalacją przemocy, gdyż chce rozszerzyć obszar terytorium kontrolowanego przez swoich bojowników. On sam oskarża z kolei rząd o nie wywiązanie się z zapisów porozumienia, przewidujących rozprawę z ukrywającymi się w dżunglach wschodniego Konga rebeliantami z plemienia Hutu z sąsiedniej Rwandy. Zdaniem Nkundy prześladują oni kongijskich Banyamulenge, których on musi samodzielnie chronić.

Na podstawie: news24.com, mg.co.za, news.bbc.co.uk