Magdalena Górnicka: Prezydent globalnej wioski
Ameryka to za mało. Barack Obama i John McCain, wyruszając w poszukiwaniu poparcia za granicą zapominają, że o tym, kto zamieszka w Białym Domu zadecydują nie rozkochane w nich miliony w Europie, Afryce czy Azji, ale ”zaledwie” 230 milionów Amerykanów.
Chociaż wyborcze tournee Obamy było bardziej spektakularne, pierwszy za granicę wyruszył McCain. W marcu, tuż po otrzymaniu partyjnej nominacji, był za granicą witany raczej jako wysoki urzędnik, dyplomata - technokrata, powiedzmy, Condoleezza Rice. Bohaterstwo z Wietnamu nie robiło większego wrażenia. Zdaniem Europejczyków tamta wojna była na tyle kompromitująca, że każde zachowanie honorowe wygląda na jej tle jak bohaterstwo. Zresztą prawdziwi bohaterowie to ci, którzy od Wietnamu się wymigali i głośno protestowali w antywojennych marszach.
Poza tym Europa, tak doświadczona przez wojny, ma własnych bohaterów. Dużo większego formatu, więc tych z importu nie potrzebuje.
Na średnio entuzjastyczny odbiór McCaina przez Europejczyków (a także Azjatów - zarówno tych z Iraku, Iranu, Chin i Korei Północnej) wpływa też ”skażenie” bushyzmem, agresywną, i - w dużej części nieudolną - polityką zagraniczną urzędującego wciąż prezydenta. Nie pomogły Republikaninowi ”jastrzębie” bon moty ochoczo podchwytywane przez zagraniczną, antybushowską prasę. Choć program Johna McCaina daleki jest od radykalizmu neokonserwatystów, senator postrzegany jest jako człowiek, który przez następne sto lat chce okupować Irak, a Iran i inne ”państwa zbójeckie” potraktować bombą atomową.
Dodatkowo, McCain należy do pokolenia, które w europejskiej polityce się skompromitowało. Które dogorywa gdzieś na cieplutkich posadkach w Brukseli i mnoży unijną biurokrację.
Barack Obama natomiast pojechał w świat z metką gwiazdy rockowej. Filmiki na YouTube zrobiły swoje. Witany przez tłumy niczym Michael Jackson w najlepszych czasach, zrobił na Europejczykach doskonałe wrażenie. 200 - tysięczny tłum wysłuchał wzruszającego przemówienia, w którym Obama przedstawił się jako lek na całe zło świata. Nie dość, że obiecał skończyć kompromitującą interwencję w Iraku, to jeszcze zapewni pokój w Darfurze i dogada się z Iranem, a ceny ropy niechybnie spadną. Za jednym zamachem zlikwiduje biedę i globalne ocieplenie. Wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.
Obama jako kandydat zmiany i kompromisu zachwycił Europejczyków. Zachwycił ich jednak tylko dlatego, że to, co powiedział, jest diametralnie różne od tego, do czego przyzwyczaili nas europejscy politycy i prezydent Bush.
Zza oceanu biografia senatora z Illinois - od pucybuta (syn biednego Murzyna z dalekiej Kenii i białej Amerykanki z ”serca Ameryki”) do milionera, czyli typowy American Dream, jest przyjmowana z uwielbieniem i bez mrugnięcia okiem.
Mit Ameryki bowiem nie do końca umarł, choć wielokrotnie trąbiono o jego śmierci.
Poza tym Barack Obama mówi: jestem jednym z was. Was, czyli ludzi sceptycznych wobec waszyngtońskiego establishmentu, a w końcu was - ludzi Afryki, maluczkich tego świata, o których bogaci politycy pod krawatami, za który można wyżywić całe wioski czarnego kontynentu, zdają się nie pamiętać.
Nie - Amerykanie upajają się Obamą po raz pierwszy. Ci, którzy w listopadzie będą wybierać nowego lokatora Białego Domu, powoli trzeźwieją. Barack Obama i jego sztab musi coś szybko wymyślić, by nie wytrzeźwieli do końca. Jak wiadomo, do upojenia, oprócz wina, potrzeba ludziom chleba i igrzysk. Igrzyska - w Pekinie - już mamy. Tylko wziąwszy pod uwagę obecny kurs dolara, z chlebem może być problem.


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje