Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

A my Unię olewa(j)my!

27 październik 2009
A A A
W jakim europejskim kraju można doliczyć się w parlamencie siedmiu partii, a liczących się w społeczeństwie nawet ośmiu? Czy rozdrobnioną legislatywę można uznać za znak szczególny państwa w pełni demokratycznego? Czy to w jakiś sposób wskazuje na skalę udziału tzw. „zwykłych obywateli” w polityce krajowej? Czy poza Unią Europejską, mieniącą się bastionem demokracji, można zbudować i utrzymać stabilną formę tego ustroju, a może nawet lepiej funkcjonującą niż we Wspólnocie? Tak się akurat złożyło, że miałem okazję przekonać się o zaangażowaniu Norwegów w politykę na własnej skórze. We wrześniu 2009 roku odbywały się w tym skandynawskim kraju wybory parlamentarne, których wynik przyszło mi obserwować w niezwykłym, jak na ten cel, miejscu. Razem z paroma znajomymi udaliśmy się do dużego klubu tanecznego niedaleko centrum miasta, w którym na co dzień zobaczyć można koncerty, napić się taniego jak na warunki norweskie piwa i miło spędzić wieczór. Wówczas jednak na środku parkietu postawiono wielki telebim, na którym wyświetlano program telewizji norweskiej NRK (ichnie TVP), który u nas zostałby nazwany „wieczorem wyborczym”. Co było szczególnie zaskakujące, do wyżej wymienionego klubu było niesamowicie trudno się dostać. Powód? Tłok! Młodzi ludzie w Norwegii masowo udali się na wspólne komentowanie i analizę wyników wyborów. Nie uwierzę, że znalazłby się jakiś klub w Polsce, który zaryzykowałby podobne posunięcie. I pewnie miałby rację. U nas polityka jest w większości przypadków uważana za działalność nieczystą, od której najlepiej trzymać się tak daleko, jak to tylko możliwe, a frekwencja w wyborach rzadko przekracza 50 proc..

Suma poglądów poszczególnych uczestników jakiegoś przedsięwzięcia nie zawsze musi odzwierciedlać to, co każdy z nich myśli osobno. Taki wniosek może się nasunąć przyglądając się dzisiaj Unii Europejskiej. Wszak jednym z warunków przystąpienia do tej organizacji jest bycie „stabilną demokracją”. Skąd w takim razie bierze się jeden z najczęściej podnoszonych zarzutów wobec niej, czyli – uwaga – deficyt demokracji? To nie miejsce na szukanie odpowiedzi na to pytanie, ale co ważne – dla Norwegów to jeden z argumentów przeciwko przystąpieniu do Wspólnoty. Nie po to długo walczyli o niezależność (ponad 500 lat!) i prawo decydowania o sobie, aby teraz rezygnować z tego na rzecz bycia „zarządzanym” przez brukselską biurokrację. A przynajmniej taki jest odbiór Unii Europejskiej wśród przeważającej większości norweskiego społeczeństwa.

Wiele wskazuje na to, że nie tylko „Wikingowie” tak myślą. Wystarczy spojrzeć na historię przyjmowania nowego europejskiego traktatu, najpierw pod nazwą Konstytucji Europejskiej, a następnie Traktatu Lizbońskiego. Przegrane referenda we Francji, Holandii i Irlandii wiele mówią o nastawieniu obywateli do wizji zjednoczonej Europy, która jest popierana przez elity polityczne.
Norwegowie zmuszeni do „unii” (właśnie ze względu na ten przymus reagują oni szczególnie alergicznie na to słowo) z Danią, a następnie ze Szwecją wolą stać z boku i czekać, jak sytuacja się rozwinie. Nie sądzę, żeby w przypadku, gdyby to Norwegia znalazła się w roli hamulcowego jakiegoś ważnego europejskiego traktatu ugięła się tak, jak to zrobiła Irlandia, zgadzając się na kolejne referendum.

Prędzej Norwegowie doszliby do wniosku, że skoro ich w Brukseli nie chcą, to nie będą się narzucać. Z tak długą tradycją „stania z boku” i pełnym rezerwy charakterem narodowym nie byłaby to zbyt trudna decyzja. Dwa razy już podjęta została w tym kraju w referendum decyzja przez obywateli, że Bruksela to nie jest to, o czym najbardziej marzą. Co ciekawe, gdyby nie uparty sprzeciw Francji w latach 60-tych, przez który dwukrotnie upadł norweski wniosek o akcesję, być może do referendów w ogóle by nie doszło, bo Norwegia już od dawna byłaby jednym z członków o najdłuższym stażu.

W wymienionych północnych regionach największy był odsetek głosujących przeciw przystąpieniu do UE – 70 proc. i więcej w obu referendach z tendencją wzrostową. Na 19 norweskich prowincji „za” głosowały tylko 4 – Oslo, Akershus (region wokół stolicy), Buskerud i Vestfold (również w jej pobliżu). W 1994 integrację poparł również Østfold (niedaleko od Oslo w kierunku południowo-wschodnim, sąsiaduje ze Szwecją), Ponieważ są to dość mocno zaludnione obszary, różnica między zwolennikami, a przeciwnikami wejścia do Unii nie była zbyt duża – 53,5 proc. do 46,5 proc. (79 proc. frekwencji) w 1972 i 52,2 proc. do 47,8 proc. (89 proc. frekwencji) na „nie”. Oddaje to jednak sytuację Norwegii, w której centrum nie jest zbyt daleko od Europy – i nie chodzi tu o odległość geograficzną, ale o styl życia, myślenia, pracy. Peryferie mają natomiast swoje problemy i nie liczą, że ktoś z Brukseli pomoże im w ich rozwiązaniu.

Jednym z najważniejszych tematów w kampaniach przedreferendalnych była sprawa norweskich rybaków. Dla ludzi zamieszkujących prowincje Finnmark, Troms czy Nordland, które znajdują się za kołem podbiegunowym, jest to główne źródło utrzymania. Strach przed regulacjami unijnymi, które mogłyby spowodować powstanie barier dla tego rodzaju aktywności (kwoty połowowe) był magnesem skłaniającym do głosowania przeciw Wspólnocie. Pojawiają się głosy, ze po akcesji Islandii UE mogłaby preferować towary z tego rynku, a Norwegia utraciłaby możliwość negocjowania z Brukselą poprzez Europejski Obszar Gospodarczy (EOG) po wejściu Islandii do UE.

Państwo to niewiele ma jednak do stracenia pozostając poza Wspólnotą. Politycznie są częścią świata zachodniego, należą do NATO. W razie potrzeby jako argument polityczny mogą zostać wykorzystane zasoby naturalne kraju. Argument o korzyściach ekonomicznych jeśli nie całkowicie odpada, to na pewno nie ma takiego wielkiego znaczenia. Wszak doskonale funkcjonuje Europejski Obszar Gospodarczy, który daje Norwegii dostęp do wspólnego europejskiego rynku. Na pomoc strukturalną stać ten kraj we własnym zakresie. Wystarczy sobie parę milionów koron wywiercić spod dna Morza Północnego, zamiast urządzać pielgrzymki po fundusze do Belgii.

Dlatego też Norwegowie wolą sami zarządzać swoją ropą i łososiami, niż słuchać, co ma na ten temat do powiedzenia Bruksela. Według lipcowych badań opinii publicznej firmy Sentio 48,3 proc. Norwegów było przeciw UE, a 41,2 proc. „za”, ale już zgodnie z majowymi wynikami ośrodka Respons wyniki wynosiły 58 proc. do 42 proc. dla przeciwników. Co ważne, każdy tutaj czuje się w pewnym stopniu odpowiedzialny za przyszłość swojego kraju, która jak do tej pory z tymi cennymi surowcami jest nierozerwalnie związana. Przynajmniej do czasu gdy nie zostaną zrealizowane planowane inwestycje w innowacyjne sektory mogące zapewnić krajowi dobrobyt po wyczerpaniu zapasów ropy. I dopóki nie będą mieli poczucia, że ich głos może w zbiurokratyzowanej Wspólnocie coś znaczyć, dopóty prawdopodobnie będą się trzymali od niej z daleka.