Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Apokalipsa spełniona czyli o odrzuceniu eurokonstytucji

27 październik 2009
A A A
Nowy traktat miał oznaczać przełom – poza zmianami instytucjonalnymi, jego twórcy proponowali inkorporację Karty Praw Podstawowych, odejście od struktury filarowej oraz wzmocnienie Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Jak się miało okazać później, było to za wiele nawet dla największych optymistów. Wprawdzie przedstawiciele państw członkowskich dokument podpisali jeszcze w październiku 2004 roku, ale w związku z odrzuceniem w referendum we Francji i Holandii, traktat pozostał tylko martwą literą.

Reforma utopiona w Sekwanie
We Francji od początku łatwo nie było. Najpierw dokument został uznany za sprzeczny z francuską ustawą zasadniczą, a później w marcu 2005 roku bijący rekordy niepopularności prezydent, podjął ambicjonalną próbę podreperowania własnej pozycji i ogłosił decyzję w sprawie zorganizowania referendum. Zresztą presja z drugiej strony kanału La Manche nie pozostawiała innego wyboru.  Mimo początkowego entuzjazmu i zaangażowanych środków (75 mln euro), nastroje szybko opadły - ostatni sondaż, który sygnalizował przewagę zwolenników traktatu, ukazał się 30 kwietnia 2005 roku. Następny miesiąc miodowym nie był i wiele zmieniło się na niekorzyść.

W kampanię na rzecz konstytucji włączyły się trzy główne siły polityczne - Unia na Rzecz Ruchu Ludowego (UMP), Unia na rzecz Demokracji Francuskiej (UDF) oraz wewnętrznie w tej kwestii podzielona Partia Socjalistyczna (przewodniczący partii Francois Hollande popierał konstytucję, w przeciwieństwie do swego zastępcy Laurent Fabiusa). Socjaliści podkreślali, że konstytucja włącza do systemu unijnych traktatów Europejską Kartę Praw Podstawowych. Chirac szermował zgoła innymi argumentami, głosząc, że nowy traktat będzie bronił Francję przed „brytyjskim liberalizmem”. Nie wiadomo, który argument bardziej przekonywał, ważne, że początkowo tak było.

Również przeciwnicy konstytucji pochodzili tak z lewej jak i prawej strony sceny politycznej. Lewica straszyła liberalnym modelem gospodarki i konkurencją europejskich „partnerów”. Prawicowcy z Ruchu dla Francji i Frontu Narodowego przeciwstawiali się „Europie federalnej”, straszyli ewentualną akcesją Turcji, ostrzegali przed napływem imigrantów  oraz „polskim hydraulikiem”. Według francuskiego ośrodka badania opinii publicznej BVA,  z powodu „kwestii tureckiej” poparcie dla eurokonstytucji wśród centroprawicy zmniejszyło się o 1 proc.  

Pomimo spadającego na łeb na szyję poparcia, sądny dzień nadszedł. Przy frekwencji sięgającej prawie 70 proc., 29 mają 2005 roku, Francuzi odrzucili eurokonstytucję większością 54,87 proc. głosów.  Już następnego dnia premier po głosowaniu premier Raffarin podał się do dymisji, a jego miejsce zajął Dominique de Villepin. Prezydent Jacques Chirac (nie bez racji) przyznał osobistą porażkę, a dwa lata później nie próbował już sił w wyborach prezydenckich. Czarne scenariusze o osłabieniu Francji w UE nie spełniły się, o czym świadczy przewodnictwo UE z drugiej połowy 2008 roku.

 

Holendrzy na bis
Wynik głosowania we Francji był sygnałem dla Holendrów. Opozycja przeciwna traktatowi była w tym kraju jeszcze liczniejsza niż nad Sekwaną - Holendrzy czuli się zagrożeni falą potencjalnych imigracji, do tego dochodziły wewnętrzne problemy rządowe. W efekcie 1 czerwca 2005  roku głosowanie zakończyło klęską „eurokonstytucji”, przeciwko której opowiedziało się prawie 62 proc. głosujących. Było to pierwsze w historii Holandii referendum. Pomimo że zgodnie z prawem wynik nie miał skutku bezpośrednio wiążącego, rząd zapowiedział, że zastosuje się do decyzji społeczeństwa.

Zarówno partia rządząca, jak i większość partii z opozycji parlamentarnej poparły konstytucję. Za traktatem opowiadali się chadecy, Partia Pracy, Ludowa Partia Ludności i Demokracji, Demokraci '66 i zielona lewica - łącznie 85 proc. miejsc w parlamencie.  Głównymi przeciwnikami traktatu stały się: Partia Socjalistyczna, Lista Pima Fortuyna, Grupa Wildersa, Polityczna Partia Protestantów, ChristenUnie. W kampanię informacyjną zaangażowano ogromne środki - w początkowej fazie rząd wydał 4,5 mln euro, partie zaangażowały 1 mln euro (400 tys. euro partie popierające głosowanie "za", 400 tys. euro partie popierające głosowanie "przeciw", 200 tys. euro ogólna informacja i edukacja). Pod koniec kampanii rząd wyłożył dodatkowo 3,5 mln euro w celu promocji postaw sprzyjających konstytucji. Wydaje się, że holenderskie władze zrobiły wszystko, by dobrze  pod względem merytorycznym przygotować swoje społeczeństwo. Czyżby nawet wyuczony obywatel nie chciał eurokonstytucji?

Holendrzy od początku aktywnie uczestniczyli w procesie integracji europejskiej i mogłoby się  wydawać, że jej pogłębienie może się tu spotkać tylko i wyłącznie z pozytywnym przyjęciem. Nic bardziej mylnego. Po zabójstwie populistycznego polityka Pima Fortuyna i reżysera Theo van Gogha oraz serii podpaleń muzułmańskich meczetów, Holandia przestała uchodzić za kraj tolerancyjny i otwarty. Powiązaną z tym problemem kwestią jest sprawa ewentualnego członkostwa Turcji w strukturach unijnych. Najpierw wprowadzenie euro, potem poszerzenie o 10 nowych państw, a teraz konstytucja z pomysłem utworzenia stanowiska prezydenta UE - według politologa z Uniwersytetu Amsterdamskiego, Philipa van Praaga, jego rodacy po prostu nie mogą przyzwyczaić się do zbyt szybkich zmian. Doszła jeszcze kwestia budżetowa (Holandia była jednym z sygnatariuszy listu sześciu) i Paktu Stabilności.  Tego było za wiele.

Refleksja wymuszona
Tak zdecydowane odrzucenie traktatu we Francji i Holandii nie mogło obejść się bez echa w innych państwa członkowskich – decyzję o zatwierdzeniu ustawy ratyfikacyjnej odłożył prezydent Niemiec, Horst Koehler, Tony Blair odwołał skazane na klęskę referendum. Kanclerz Gerhard Schroeder ostrzegł przed powszechnym kryzysem w Europie, a prezydent Francji Jacques Chirac i brytyjski minister spraw zagranicznych Jack Straw wyrazili „głębokie zaniepokojenie” z powodu przyszłości eurokonstytucji. Widmo stagnacji zawisło nad Brukselą.
Z drugiej strony przewodniczący Rady UE Jean-Claude Juncker, przewodniczący Komisji Wykonawczej Jose Manuel Barroso i przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Josep Borrell opowiedzieli się za kontynuowaniem procesu ratyfikacyjnego. Juncker powiedział, że również inne państwa mają prawo wyrazić swoje stanowisko. Barosso sprzeciwił się "jednostronnym inicjatywom" państw członkowskich, które zamierzają zawiesić proces ratyfikacyjny. W nurt ten wpisał się prezydent Kwaśniewski, potwierdzając, że Polska nie zrezygnuje z referendum. Podobne stanowisko zajęła Portugalia.
Ostatecznie w czasie szczytu w czerwcu 2006 roku przywódcy państw członkowskich dali sobie dwa lata na rozwiązanie tego impasu. Ogłoszony w czerwcu 2005 r. "okres refleksji" nad traktatem konstytucyjnym zakończył się 13 grudnia 2007 roku podpisaniem, niewiele różniącego się od swego nieratyfikowanego poprzednika, traktatu lizbońskiego. Tym razem do głosu dopuszczono już tylko Irlandię. Ale za to dwukrotnie.