Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Zagraniczny bilans Obamy

05 luty 2012
A A A
Polityka zagraniczna jako temat kampanii wyborczej nie spędza snu z powiek prezydenta. W ostatnim wywiadzie dla magazynu TIME Obama oświadczył: „czuję się pewnie mając możliwość przedstawić Amerykanom moje osiągnięcia i powiedzieć, że Ameryka jest bezpieczniejsza, silniejsza oraz w lepszej pozycji by wygrać przyszłość, niż kiedy objąłem ten urząd”.
W ostatniej kampanii wyborczej wtedy jeszcze senator Hillary Clinton poddawała w wątpliwość doświadczenie i umiejętności przywódcze swojego głównego oponenta, wtedy jeszcze senatora Obamy posługując się spotem wyborczym podnoszącym słynny już problem telefonu o 3 nad ranem i tego, kto powinien go odebrać. Tej jesieni podobne wątpliwości może prezentować Obama przeciw swoim republikańskim oponentom.
 
Przemówienie prezydenta do połączonych izb Kongresu było istotną uwerturą do nadchodzącej kampanii wyborczej. Kampanii z wielu powodów szczególnej. Ma ona wyłonić nowego prezydenta, w trudnym dla Ameryki momencie, w sytuacji koniecznych zmian w polityce gospodarczej, a także licznych wyzwań na arenie międzynarodowej. Co ciekawe, w dotychczasowym przebiegu kampanii w prawyborach partii republikańskich wiele mówi się o potrzebie reform, zlikwidowania ogromnego zadłużenia, amerykańskich wartościach czy osobistej przeszłości kandydatów. Zaskakująco niewiele miejsca poświecono polityce zagranicznej, tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, iż to republikanie od czasów Richarda Nixona przedstawiali siebie jako zdecydowanych liderów w sprawach międzynarodowych. Jak w tej szczególnej kampanii będzie wyglądać przekaz prezydenta Obamy? Co zaprezentuje wyborcom na polu polityki zagranicznej?

Polityka zagraniczna jako temat kampanii wyborczej nie spędza snu z powiek prezydenta. W ostatnim wywiadzie dla magazynu TIME Obama oświadczył: „czuję się pewnie mając możliwość przedstawić Amerykanom moje osiągnięcia i powiedzieć, że Ameryka jest bezpieczniejsza, silniejsza oraz w lepszej pozycji by wygrać przyszłość, niż kiedy objąłem ten urząd”. Wielu komentatorów pisało jeszcze kilka miesięcy temu, że jednym z głównych narzędzi Obamy w walce o reelekcję poza argumentami gospodarczymi, które z pewnością zdominują kampanię, będzie polityka zagraniczna. To tutaj, co przyznają, ma on niepodważalne sukcesy.

Barack Obama obejmując urząd poszukiwał równowagi po 8-letnim okresie rządów Georga W. Busha charakteryzującym się nadmiernym zaangażowaniem potęgi militarnej Stanów Zjednoczonych. Jedną z nadrzędnych zasad miało być budowanie obupartyjego konsensusu. Odzwierciedlał to chociażby skłąd administracji, gdzie sekretarzem obrony pozostał Bob Gates, a szefem CIA ceniony przez republikanów za kontrofensywę w Iraku, gen. David Petraeus. 
 
Kluczowym elementem byłą także naprawa wizerunku USA na świecie, stąd prezydentura rozpoczęta została przemówieniem w Pradze, gdzie prezydent Obama, jak niegdyś John F. Kennedy nawoływał do świata bez broni jądrowej. Jako zdecydowany krytyk wojny w Iraku, która jego zdaniem kosztowała Amerykę życie żołnierzy, ogromne fundusze i międzynarodowy prestiż, w kampanii wyborczej Obama obiecał Amerykanom skupienie się na tym, co ważne, a więc na wojnie z terroryzmem. Afganistan był tu priorytetem, na początku jego kadencji wojna ta nazywana była wręcz wojną Obamy. Po licznych debatach wewnątrz administracji Obama zdecydował się na zwiększenie obecności amerykańskiej o 30 tys. żołnierzy, którzy jak dziś donoszą media mają zakończyć operacje wojskowe w 2013 roku stopniowo zmniejszając liczebność oddziałów amerykańskich do 2014 roku

Pytany w wywiadzie przez Fareeda Zakarię o opisanie doktryny Obamy, prezydent odpowiedział, iż jest to przywództwo USA w świecie, które uwzględnia rosnącą rolę wschodzących potęg jak Brazylia, Chiny i Indie, a także bierze pod uwagę ograniczenia zdolności Stanów Zjednoczonych w nowym porządku międzynarodowym. Świadczy to o nacisku na multilateralizm w polityce zagranicznej, co w przypadku prezydenta z takim życiorysem nie powinno dziwić. Niemniej, prezydentura Obamy nie była pozbawiona „zębów”. W ciągu ostatnich 4 lat administracja Obamy skupiła się na walce z ugrupowaniami terrorystycznymi w Afganistanie, Pakistanie i Jemenie. Wzrosła ilość uderzeń precyzyjnych z wykorzystaniem oddziałów specjalnych i samolotów bezzałogowych. Zwieńczeniem tych działań była operacja w Abbottabadzie, gdzie zlikwidowano poszukiwanego od 10 lat Osamę Bin Ladena, oraz atak na konwój, w którym zginął Anwar Al-Awlaki jeden z liderów Al-Kaidy na Półwyspie Arabskim.

W kwestii Iranu Obama pomimo zapowiedzi negocjacji w sprawie programu nuklearnego, w gruncie rzeczy kontynuował politykę Georga W. Busha nakładając kolejne sankcje. Przy czym, odbywało się to także w porozumieniu z państwami Zatoki oraz Izraelem.

Arabska Wiosna również pokazała nacisk administracji Obamy na rozwiązania multilateralne. Operacja w Libii była szeroko konsultowana z Ligą Państw Arabskich oraz otrzymała mandat Rady Bezpieczeństwa ONZ. W Egipcie, wybrano odpowiedni moment na reakcję i poparcie buntującej się ludności. Libia to także przykład preferencji prezydenta w stosunku do użycia siły – tam, gdzie interesy USA nie są kluczowe odpowiedzialność powinny przejąć inne państwa, co z resztą się stało za sprawą NATO. W Syrii zaś Stany Zjednoczone ze względu na skomplikowaną mozaikę społeczną tego kraju i poważne implikacje regionalne ewentualnej interwencji działają w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Bezsprzecznie jednym z większych procesów rozpoczętych za prezydentury Obamy jest zwrot ku Azji. W przemówieniu do parlamentu Australii Obama zadeklarował, że USA są potęgą Pacyfiku i pozostaną w regionie. Pod względem geopolitycznym był to dobry ruch, ponieważ Stany Zjednoczone skorzystały z obaw państw regionu związanych z rosnącą asertywnością Chin. Pozostaje pytanie, czy okazywanie przesunięcia w stronę Azji poprzez zakładanie nowych baz wojskowych wysyła Chińczykom odpowiedni sygnał. Poza tymi sukcesami, Obama jeśli wygra wybory powinien wypracować lepsze mechanizmy współpracy z Chinami, kontynuować lepsze stosunki z Rosją oraz balansować zwrot w stronę Azji efektywnym dialogiem z europejskimi partnerami.

To, co w kampanii będzie z pewnością ciekawe, to w jaki sposób prezydent będzie starał się przekazać swoją wizję świata i Ameryki na tle swoich sukcesów. Ostatnie 4 lata Obamy w Białym Domu pokazały, że nie należy on do doktrynerów, starając się modyfikować postawy USA w zależności od sytuacji. Dlatego nie można mówić jeszcze o doktrynie Obamy, którą to w ten sposób mógłby podać na talerzu wyborcom jako dowód sukcesów. To, że nie ma takiej wątpliwości nie jest bynajmniej wadą.
 
Prezydentura Obamy w kwestii polityki zagranicznej miała różne oblicza: idealistyczne, multilateralne, ale także realistyczne. Stąd istnieje wiele możliwości jej sportretowania. Fakt, że kampania Obamy jeszcze się na dobre nie zaczęła pozwala tylko zgadywać jaki przekaz wyborczy przygotuje obecny prezydent. Jedno jest pewne, republikanie będą w tym roku mieli o wiele mniej kontrargumentów.