Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Europa Polska Agata Szostakiewicz: Co wolno wojewodzie... (komentarz)

Agata Szostakiewicz: Co wolno wojewodzie... (komentarz)

03 grudzień 2007
A A A
Donald Tusk i Lech Kaczyński bardzo pragną kierować polską polityką zagraniczną, lecz najwyraźniej nie wspólnie. Panowie do tego stopnia są zdeterminowani, że w są w stanie stworzyć dwa „ośrodki polityczne” zajmujące się dyplomacją. Mamy nową Rzeczypospolitą i nowe problemy. Wydawało się, że polityka zagraniczna naszego państwa nie jest zagrożona. Światowy Radek Sikorski, przychylny Donald Tusk, czego więcej potrzeba. Potrzeba pełnej harmonii w relacjach z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Prezydent już od momentu przegrania wyborów, poprzez wybranie Sikorskiego na ministra spraw zagranicznych po marginalizowanie jego roli na arenie międzynarodowej czuje się nieco urażony. Prezydent nie może pogodzić się z faktem, że misternie przygotowywana bomba, która miała zmieść kandydata Sikorskiego z powierzchni Sejmu okazała się niewybuchem. Nie może pogodzić się z niesprawiedliwością jaka spotkała Panią Annę. Pewnie dlatego Pani Anna nadal będzie kreować politykę zagraniczną, ale zza prezydenckiego fotela.  

Po dwóch latach prezydentury Lech Kaczyński zdecydował się wystąpić do TK o określenie gdzie sięgają jego kompetencje w polityce zagranicznej państwa. Dlaczego dopiero po dwóch?  Dlatego, że wcześniej drugą osobą w państwie był jego brat-bliźniak, wywodzący się z  tej samej partii. Ustalenia między bliźniakami były o tyle prostsze, że opierały się na tych samych relacjach,  poglądach i sposobach prowadzenia polityki zagranicznej. Prezydent czuł się bezpieczny. Nadejście nowego premiera spowodowało zmianę przede wszystkim relacji, a także poglądów. Donald Tusk już podczas kampanii wyborczej oprócz cudu gospodarczego obiecywał też cud dyplomatyczny. Poprawę stosunków na wschód i na zachód. O północy i południu nie wspominał choć przemawiał trzy godziny.

Trzeba przyznać premierowi, że swoje zamierzenia zaczyna realizować od razu, zapominając wspomnieć o tym prezydentowi. Prezydent z kolei poirytowany stwierdza, że „jest w najwyższym stopniu zdumiony” zmianą, w tym przypadku polityki wobec Rosji, i że nie pozwoli sprowadzić się do roli dekoracyjnej. Premier ripostuje, że to on kieruje polityką zagraniczną, a nie odwrotnie. Do całego galimatiasu dochodzi, a raczej nie dochodzi minister Sikorski, który spóźnia się 3 minuty na bardzo ważne spotkanie w Kancelarii Prezydenta. Na co jej szef, Michał Kamiński stwierdza, że jeżeli to jest kultura to on jest małą dziewczynką. Sikorski próbuje załagodzić, mówiąc, że nie odpowiada za godzinę ustawioną w faxie prezydenta.

W wyniku zaistniałej sytuacji tworzą nam się dwa ośrodki władzy. Jeden w Sejmie, drugi w Kancelarii Prezydenta. Oczywiście oba się wzajemnie wykluczają. Oba ze sobą konkurują. Oficjele z innych państw nie wiedzą co myśleć. Nie wiadomo czy chcemy amerykańskiej tarczy czy rosyjskiej ropy. Nie wiadomo czy wierzyć w zapewnienia prezydenta podczas wizyty w Gruzji, czy ministra Sikorskiego podczas rozmów z prezydentem Bushem i ministrem spraw zagranicznych Rosji, Siergiejem Ławrowem. Zdezorientowane państwa mogą stwierdzić, że Polska przechodzi rozdwojenie jaźni. Do tego stopnia, że w dalszym ciągu nie wiadomo, który z panów pojedzie na szczyt Unii w Lizbonie, na którym zostanie podpisany Traktat Reformujący. Jak na razie premier Tusk i Pałac Prezydencki nie zdołali się porozumieć w tej sprawie. Istnieje możliwość, że pojadą oboje ale nie będą siedzieć obok siebie. Wystarczy?  To nie komedia, tylko nasza polityka wewnętrzno- zewnętrzna. Ci trzej panowie kierują polską polityką zagraniczną. Pomóżmy więc im ją sensownie, a przede wszystkim wspólnie zaplanować.

Po pierwsze w Polsce mamy system parlamentarny, a nie prezydencki. To dlatego prezydent nie posiada tak rozległych kompetencji o jakich marzy Kaczyński. Niestety składają się one na dość reprezentacyjne działania. W zależności od osobowości urzędującego prezydenta mogą one mieć większy bądź mniejszy wpływ na kreowanie polityki zagranicznej państwa (patrz- Aleksander Kwaśniewski).

Po drugie Prezydent RP jest najwyższym przedstawicielem RP i powinien wiedzieć o wszelkich postanowieniach rządu, który desygnował. „….w zakresie polityki zagranicznej współdziała z Prezesem Rady Ministrów i właściwym ministrem”. Współdziała on- prezydent, czyli powinien być otwarty na propozycję i współpracę.

Po trzecie premier i właściwy minister powinni, z dobrych manier, informować o podjętych działaniach. Dowiadywanie się z gazet nie jest dobrym pomysłem. Ponadto trzej panowie powinni dbać o to, aby wszelkie spory były możliwie jak najszybciej łagodzone. O konfliktach wewnętrznych inne państwa nie muszę wiedzieć. Świadczy to jedynie o naszej słabości.   

Po czwarte, panowie! Zgoda panów potrzebna jest nie tylko po to by prowadzić jednolitą politykę zagraniczną. Potrzebna jest także aby nie dublować swoich działań. Każdy z panów wyjeżdża w tym samym momencie w cztery strony świata. To prawie jak oblężenie. Lepiej jak pojedzie jeden z panów albo pojadą panowie we dwoje w te same miejsca. Zbyt częste lub źle skoordynowane wizyty mogą być takim samym gwoździem do trumny jak ich brak.

Na koniec należy przypomnieć, że polityk nie powinien pozwalać sobie na „obrażanie się” na współrządzących. Odpowiada za swoje działania przed narodem i to jemu powinno w pełni wystarczać.