Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Maciej Onoszko: Dywersyfikacja dostaw gazu - na serio czy na pokaz?

28 kwiecień 2006
A A A

11 kwietnia Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) podpisało umowę z konsorcjum firm konsultingowych i prawniczych dotyczącą opracowania studium wykonalności projektu importu gazu skroplonego (LNG - z ang. Liquefied Natural Gas) do Polski. Wg wcześniejszych zapewnień gazowego monopolisty, studium powinno być gotowe do końca roku, a decyzja odnośnie budowy terminalu ma zostać podjęta jeszcze w grudniu 2006. Jednakże biorąc pod uwagę fakt, iż przetarg na wykonawcę opracowania zamknięty został z prawie dwumiesięcznym opóźnieniem (miał zostać rozstrzygnięty do końca lutego), można sądzić że decyzja odnośnie budowy gazoportu zostanie przesunięta na początek roku 2007. Zaistniałe opóźnienia w samych przygotowaniach do zbadania ekonomicznego sensu tej inwestycji, podważają także zaufanie do prognoz mówiących o rozpoczęciu eksploatacji terminalu na przełomie lat 2010/2011.

To czy terminal LNG w ogóle powstanie, zależy od bardzo wielu czynników technicznych oraz ekonomicznych. Tak potężne przedsięwzięcie musi się przede wszystkim opłacać. Prezentowany przez premiera Marcinkiewicza pogląd, że bezpieczeństwo energetyczne nie ma ceny, a dywersyfikacja dostaw gazu jest priorytetem bez względu na koszty, powinien w tym wypadku zostać poddany weryfikacji. Wstępne szacunki wskazują, że budowa terminalu LNG ma pochłonąć około 400 mln euro. Dodatkowo do tej sumy doliczyć należy koszt budowy trzech statków specjalnie dostosowanych do przewozu płynnego gazu (podczas transportu konieczne jest utrzymywanie temperatury minus 163 stopni Celsjusza), który szacowany jest na ok. 600 mln dolarów.

Alarm wywołany ograniczeniem dostaw gazu przez Rosję na początku roku nie zwalnia od logicznego myślenia. Wiedząc, że jego największym przeciwnikiem jest propaganda, warto zwrócić uwagę na to, że rząd Marcinkiewicza umiejętnie wykorzystał zagrożenie dla stabilności dostaw gazu do Polski z początku roku, tak skutecznie nagłaśniając sam pomysł wybudowania terminalu, jakby statki z gazem już wpływały do jednego z polskich portów.
Należy przypomnieć, że koncepcja wybudowania terminalu LNG nie jest niczym nowym. Pomysł ten po raz pierwszy wypłynął w 1996 roku, kiedy to podjęto próbę zlokalizowania terminalu LNG w okolicach Naftoportu, działającego na terenach Portu Gdańskiego. W latach 2000-2001 z koncepcją budowy terminalu LNG wystąpiło konsorcjum największych firm z obecnego województwa zachodniopomorskiego. Czas pokazał, że żaden z tych pomysłów nie został zrealizowany. Gdy koncepcję budowy terminalu LNG odkurzyło Prawo i Sprawiedliwość, w szranki o lokalizację prestiżowej inwestycji stanęły oba ośrodki związane z pomysłami sprzed lat: porty z Gdańska oraz Świnoujścia.

Sama koncepcja wybudowania terminalu LNG wcalenie jest zła. Wręcz przeciwnie: pomysł ten ma bardzo wiele zalet. Po pierwsze, terminal LNG nie wiąże dostaw gazu z jednym dostawcą. Wśród wymienianych potencjalnych źródeł zaopatrzenia Polski w gaz wymieniane są trzeci i czwarty największy na świecie eksporter LNG czyli Algieria oraz Katar, a także Egipt, Libia, Nigeria i Norwegia. Przepustowość terminalu ma pozwolić na przetoczenie od 3 do 5 mld metrów sześciennych gazu rocznie, co ma stanowić od 23 do 38 procent obecnego zużycia gazu w Polsce. Po drugie, zaopatrywanie się w LNG ma uzasadnienie cenowe. Ceny LNG wahają się w okolicach 120-160 USD za 1000 metrów sześciennych. Ostatnie sygnały wypływające z Rosji mówią o chęci ustabilizowania cen rosyjskiego gazu na rynku europejskim na poziomie 250 USD za 1,000 metrów sześciennych. Spodziewana w przyszłości stabilizacja cen LNG i – potencjalnie – odwrotnie proporcjonalna tendencja dotycząca cen gazu z Rosji, zdecydowanie skłaniają do skoncentrowania się na pierwszym rozwiązaniu. Po trzecie, eksperci wskazują na spodziewany wzrost znaczenia LNG na światowym rynku gazu. W 2030 roku dostawy LNG mają przewyższyć zaopatrzenie w gaz tradycyjnymi środkami dystrybucji, czyli rurociągami. Po czwarte, LNG jest surowcem znacznie lepszym jakościowo niż gaz przesyłany rurociągami z Rosji. Po piąte, terminale LNG są sprawdzonymi inwestycjami: z powodzeniem funkcjonują od kilkudziesięciu już lat w Stanach Zjednoczonych, Europie i Azji. Hiszpania ten sposób zaopatruje się w 17.5 procent krajowego zużycia gazu. Z dostaw LNG korzystają także Francja, Włochy, Belgia, Grecja, Portugalia oraz Turcja. Po szóste, używanie skroplonego gazu ziemnego jest powszechnie uważane za dużo bezpieczniejsze niż korzystanie z gazu sprężonego. Wreszcie, nie bez znaczenia są również argumenty ekologów uznające LNG za w pełni ekologiczne paliwo.

Rząd Marcinkiewicza wystąpił z dobrym pomysłem podjęcia prób eksploatacji złóż gazu odkrytych w Polsce oraz intensyfikacji prac poszukiwawczych. Bez wątpienia gaz wydobywany w kraju jest najtańszy – jego cena szacowana jest na około 85 USD za 1,000 metrów sześciennych. Ponadto kwoty wydawane na jego poszukiwania, wydobycie oraz – co najważniejsze – opłaty za dostawy surowca, stanowią godny zauważenia impuls dla krajowego przemysłu gazowego i współpracujących z nim branż. Obecny poziom wydobycia gazu ziemnego w Polsce zaspokaja 31.7 procent krajowego zapotrzebowania wynoszącego 13 mld metrów sześciennych gazu (dane za rok 2004). Wg prof. Stanisława Rychlickiego, prodziekana Wydziału Wiertnictwa, Nafty i Gazu AGH, perspektywiczne zasoby gazowe Polski szacowane są na 800-1000 mld metrów sześciennych. Potencjalna atrakcyjność złóż przyciągnęła nawet do Polski zagraniczne spółki poszukiwawcze. Aby jednak spodziewać się zwiększonego krajowego wydobycia gazu, należy znacząco zwiększyć nakłady na poszukiwania gazu (obecnie wynoszące ok. 450 mln zł rocznie), a w dalszej perspektywie na wydobycie surowca. Wg szacunków prof. Rychlickiego oraz prof. Jakuba Siemka, kierownika Zakładu Gazownictwa Ziemnego AGH, przy znacznym wysiłku poszukiwawczym i inwestycyjnym wydobycie gazu ziemnego z polskich złóż mogłoby osiągnąć ilość 6 mld metrów sześciennych rocznie (ok. 45 procent obecnego zużycia).

Niestety wydaje się, że niezwykle kusząca i propagandowo nośna koncepcja budowy terminalu LNG oraz niesprecyzowane plany wzmożonych działań poszukiwawczych i wydobywczych są obecnie jedynymi pomysłami rządu na dywersyfikację dostaw gazu.

Krótko po wyborach, w publicznych dyskusjach powróciła koncepcja dostaw gazu z Norwegii. Niemniej jednak można przypuszczać, że politykom PiS-u zależało jedynie na udowodnieniu, że rezygnacja z tego pomysłu za czasów rządów SLD była olbrzymim błędem. Zwłaszcza że ministrem gospodarki został Piotr Woźniak, jeden z autorów koncepcji dostaw gazu z Norwegii z czasów rządów gabinetu Jerzego Buzka. Ta jeszcze niedawno „bulwersująca” historia została ostatnio dziwnie zapomniana. Najprawdopodobniej dlatego, że „druzgocące” dokumenty dot. umowy z Norwegami nie wskazały jednoznacznie na zaniechania rządu Leszka Millera. Ponadto wszelkie wątpliwości na ten temat rozwiał sam norweski koncern wydobywczy Statoil we wrześniu 2005 roku, gdy uznał że podmorska rura łącząca Polskę i Norwegię po prostu nie byłaby opłacalna. Polityków PiS-u powinien także przekonać profesor Rychlicki. Jego zdaniem powrót do tematu rurociągu z Norwegii nie jest najlepszym rozwiązaniem, m.in. z uwagi na koszty budowy połączenia, ograniczoność możliwości dostaw gazu z Norwegii (udokumentowane zasoby norweskie, przy obecnym poziomie wydobycia, wystarczą na 17 lat), wysoką cenę norweskiego gazu (niecałe 300 USD za 1,000 metrów sześciennych) oraz problem techniczny, związany z różnicą między gazem norweskim a rosyjskim, który uniemożliwia wtłoczenie go do polskich gazociągów.

Głównym źródłem dostaw gazu do Polski jest Rosja, która zaopatruje nas w gaz przesyłając surowiec gazociągiem jamalskim. Zakontraktowana w umowie ilość przesyłanego gazu w latach 2006-2007 wynosi 7.1 mld metrów sześciennych rocznie. W następnych latach dostawy te mają stopniowo rosnąć aż do poziomu 9 mld metrów sześciennych w latach 2015-2022. Największym problemem dotyczącym umowy z Rosją jest to, że kontrakt podpisany został z uwzględnieniem klauzuli „take or pay”, uniemożliwiającej zmniejszenie dostaw gazu bez konieczności płacenia za nadwyżkę np. w przypadku pozyskania nowego źródła dostaw. Ponadto Polskę ogranicza zakaz re-eksport surowca. Gazociąg jamalski jest obecnie wykorzystywany jedynie do przesyłu gazu ze wschodu na zachód. Warto zauważyć, że można poprzez tzw. rewers odwrócić kierunek przesyłanego gazu, dzięki czemu Polska zyskałaby możliwość odbioru dostaw gazu z zachodu. Cena surowca byłaby wyższa, niemniej jednak jeśli dywersyfikacja dostaw gazu faktycznie jest sprawą priorytetową dla rządu, to możliwość tę należy wziąć pod uwagę. Inną opcją gwarantującą połączenie polskiego systemu gazociągów z systemem zachodnioeuropejskim jest budowa 120km gazociągu łączącego Szczecin z niemieckim Bernau. Wspomniana wcześniej kwestia utrudnień związanych z odmienną strukturą chemiczną gazu – wg zapewnień kierującego E.ON Ruhrgas w Polsce Paula Woltersa – nie jest problemem, gdyż Niemcy byliby w stanie dostarczyć gaz o odpowiednich parametrach.

Kolejnym nierozwiązanym problemem jest rozbudowa podziemnych magazynów gazu. Odkładanie tego surowca „na czarną godzinę” jest drugim – obok bezpieczeństwa dostaw najważniejszym elementem zapewnienia Polsce bezpieczeństwa energetycznego w zakresie gazu ziemnego. Prof. Rychlicki twierdzi, że Polska ma znakomite struktury geologiczne nadające się do magazynowania gazu. Utrzymywanie rezerw wystarczających na minimum kwartalne zapotrzebowanie kraju jest konieczne, zwłaszcza biorąc pod uwagę problemy z dostawami gazu m.in. dla największych firm chemicznych z początku roku. Ponadto należy zauważyć, że jeśli ambitne plany dywersyfikacyjne zostaną zrealizowane, a krajowe zużycie gazu nie będzie rosło zgodnie z ambitnymi prognozami (mówiącymi o konsumpcji sięgającej 22 mld metrów sześciennych gazu już w 2010 roku), Polska może znaleźć się w mało komfortowej sytuacji, w której będzie zmuszona do płacenia za gaz, którego ani nie zużyje, ani nie zmagazynuje. Kolejnym argumentem za poszerzaniem objętości magazynów jest fakt, iż Polska obecnie płaci (na odwrót) za ich dzierżawę na Ukrainie.

Zapomniana przez polski rząd wydaje się także być koncepcja budowy gazociągu Nabucco mającego połączyć Europę ze złożami gazu w Azji Środkowej. Wspólna inicjatywa Węgier, Rumunii, Bułgarii, Austrii i Turcji umożliwi tym państwom częściowe uniezależnienie się od rosyjskich dostaw gazu. Gazociąg ten mógłby zostać przedłużony do Polski. Wg prof. Rychlickiego jego docelowa przepustowość zakładana jest na poziomie 25-32 mld metrów sześciennych rocznie. Przesyłany gazociągiem gaz będzie jedynie w 1/3 eksploatowany przez państwa uczestniczące w jego budowie, natomiast reszta ma być przeznaczona na sprzedaż. Budowa gazociągu ma zostać zakończona w 2009 roku, czyli co najmniej rok przed zakładanym – aczkolwiek wątpliwym – terminem udostępnienia terminalu LNG.

O ile rządowy pomysł wybudowania terminalu LNG oraz zamiar zintensyfikowania krajowego wydobycia i poszukiwań nowych złóż gazu ziemnego należy ocenić pozytywnie, to rzuca się w oczy dość ograniczone podejście rządu do złożonej kwestii dywersyfikacji dostaw gazu. Polityka gazowa rządu Kazimierza Marcinkiewicza niestety w dużej mierze wydaje się być kierowana chęcią utrzymywania wysokiego poparcia dla jego gabinetu. Nic nie pomaga rządzącym bardziej niż sukcesy. Co prawda na odcięcie kuponów od terminalu LNG przyjdzie nam jeszcze poczekać (jeśli w ogóle pomysł ten zostanie zrealizowany), ale potencjalnych odkryć nowych złóż gazu w Polsce nie można wykluczyć. Możemy być pewni, ze nawet śladowa ilość gazu w odkrytych złożach zostanie skutecznie wykorzystana przez speców od PR rządu. Czy w rzeczywistości znaleziska te będą tak samo przydatne dla Polski, jak dla rządu Marcinkiewicza? Na to pytanie odpowiedź nasuwa się sama. Droga ku dywersyfikacji dostaw gazu i zapewnienia Polsce bezpieczeństwa energetycznego powinna raczej pójść inną, być może mniej spektakularną, drogą.

Tekst ukazał się pierwotnie w Newsletterze „Forum Rozwoju Edukacji Ekonomicznej” (nr 29 z 26 kwietnia 2006 r.). Przedruk za zgodą autora.