Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Marcin Palade: Serbołużyczanie - naród zapomniany

16 marzec 2009
A A A
Ze wstydem należy odnotować, że na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat wolnej Polski, w sprawach łużyckich  w dużej mierze kontynuujemy linię poststalinowskiego milczenia.

Przydrożne krzyże, kościół pełen wiernych na niedzielnej mszy, obok cmentarz z widocznym napisem na jednym z nagrobków „Wećne swetło niech ijm sweći”, powiewająca nieopodal na maszcie flaga w barwach niebiesko-czerwono-białych, przechodnie mówiący w języku bliskim dla polskiego ucha, a na parterze domu przy drodze wylotowej napis „Pjekarnia”. To miejscowość Chrósćicy, która na dwujęzycznej tablicy ma swój niemiecki odpowiednik Croswitz, jedna z kilku pod Budziszynem (Bautzen), gdzie Słowianie od tysiąca czterystu lat wciąż stanowią większość. To chyba jedyny region w Niemczech, gdzie Polak mógłby poczuć się naprawdę swojsko. No właśnie – mógłby ? A nie może, bo choć od 1945 roku sąsiadujemy przez przysłowiową miedzę z najmniejszym narodem słowiańskim – Serbołużyczanami, problematyka nieniemieckich mieszkańców Łużyc praktycznie nie istnieje w polskiej świadomości publicznej. Jak to się stało, że tak bliski pod każdym względem Polakom naród jest zarazem tak daleki ?

Od VI wieku Słowianie zasiedlali tereny między Kwisą a Łabą i Soławą. W IX wieku ostatnie z plemion połabskich Milczanie (przodkowie dzisiejszych Górnołużyczan) utracili niezależność polityczną. Na krótko, bo w latach 1018-1031 Łużyce, w wyniku wojny prowadzonej przez Bolesława Chrobrego, zostały przyłączone do Polski. I na tym kończy się wiedza przeciętnego Polaka o terenach i mieszkańcach na zachód od Odry i Nysy Łużyckiej. Jeśli przejrzeć książki do historii, obejmujące późniejsze okresy, to nie ma w nich nawet jednego zdania o losach Serbołużyczan, „słowiańskiej wyspie”  broniącej się od  tysiąca lat przed germanizacją. Nie ma też wzmianki o pięknej karcie współpracy między Polakami a Serbołużyczanami, zwłaszcza w okresie prób unicestwienia Słowian przez zbrodniczy reżim hitlerowski.

Nieliczne opracowania wydane w ostatnich latach, a poświęcone Łużycom, pisząc o współpracy między Polakami a Serbołużyczanami wymieniają jej XIX wiecznych pionierów takich jak: Józef Ignacy Kraszewski, Michał Bobrowski, autor pierwszej polskiej obszernej relacji o Łużyczanach, Teofil Lenartowicz, Roman Zmorski, czy historyk Wilhelm Bogusławski, autor „Rysu dziejów serbołużyckich”. Do tego grona zaliczany jest też Alfons Parczewski, prawnik, historyk, działacz społeczno-polityczny, inicjator założenia dolnołużyckiej Macierzy i Towarzystwa Pomocy dla Studiujących Łużyczan. Po zakończeniu I wojny światowej słowiańskie Łużyce powróciły do orbity zainteresowań środowisk polskich panslawistów, głównie związanych z Narodową Demokracją. Pomimo niepowodzenia w dążeniach niepodległościowych Serbołużyczan z atencją obserwowano nad Wisłą, w pierwszych latach istnienia republiki weimarskiej, postulaty łużyckiego ruchu narodowego zmierzające do autonomii politycznej, kościelnej, gospodarczej i kulturalnej. Ruchu – co znamienne – intensywnie wspieranego do 1924 roku przez Czechosłowację.

Od połowy lat 20-tych prołużyckie koła w Polsce zwracały uwagę na nasilające się ze strony administracji Prus i Saksonii działania, które służyć miały wzmocnieniu niemieckiego osadnictwa we wschodnich prowincjach Niemiec. Stwarzało to zagrożenie dla egzystencji nie tylko Serbołużyczan, ale także licznej mniejszości polskiej w Rzeszy. Wspólnota interesów zbliżyła Łużyce do Warszawy. Od tego momentu głównym czynnikiem oparcia dla Serbołużyczan w przeciwstawianiu się polityce wynaradawiania stał się Związek Mniejszości Narodowych w Niemczech. W jego składzie, przy wydatnym zaangażowaniu Związku Polaków w Niemczech, znalazła się Serbołużycka Rada Ludowa grupująca Macierz Serbołużycką, Domowinę i Serbołużycką Partię Ludową. W ścisłym kierownictwie Związku Mniejszości zasiadał reprezentujący Serbołużyczan Arnošt Bart, założyciel wspomnianej Domowiny. Redaktorem naczelnym organizacji był przez długie lata inny Serbołużyczanin Jan Skala, poeta i wybitny dziennikarz, a jednocześnie rzecznik propolskiego nurtu w łużyckim ruchu narodowym (na Opolszczyźnie, gdzie spędził ostatnie lata życia jest jego grób).

W okresie międzywojennym żywo rozwijały się polsko-serbołużyckie kontakty naukowe, w tym historyków, językoznawców i etnografów, które zaowocowały licznymi publikacjami sorabistycznymi w naszym kraju, między innymi na łamach „Ruchu słowiańskiego”, „Kultury Słowiańskiej”, „Rocznika Slawistycznego”, czy „Zarania Śląskiego”. Współpraca obejmowała też środowiska młodzieżowego „Sokoła”. Dzięki zaangażowaniu polskiego konsulatu w Berlinie organizowano kolonie letnie dla Serbołużyczan w Polsce. Przyjęto też do gimnazjum w Bytomiu kilkunastu chłopców z Łużyc. Od lat 30-tych na polskich uczelniach studiowali przyszli ważni działacze łużyckiego ruchu narodowego (m.in. Wójćech Kóčka, Pawoł Nowotny i Anton Nawka). W dziedzinie literatury pisarz i malarz Mĕrćin Nowak-Njechroński przełożył na górnołużycki dzieła Reymonta, Żeromskiego i Tetmajera, publikowane we fragmentach na łamach największych pism na Łużycach „Serbskich Nowin” i „Łužycy”. Prołużyckie sympatie w naszym społeczeństwie krzewiły: Polskie Towarzystwa Przyjaciół Narodu Serbołużyckiego w Warszawie, Poznaniu i Katowicach. W Krakowie działał Wydział Serbołużycki przy Towarzystwie Słowiańskim.

Ale na większą skalę polska opinia publiczna dowiedziała się o losie Serbołużyczan po 1933 roku w związku z nasileniem prześladowań „małego narodu” w hitlerowskiej III Rzeszy. Do Polski docierały informacje o niszczeniu i usuwaniu napisów, tablic, szyldów czy nagrobków w języku górno i dolnołużyckim. Z czasem prześladowania Łużyczan przybrały jeszcze ostrzejszą formę: napadów, aresztowań, delegalizacji organizacji, zamykania kolejnych pism, czy wysiedlania inteligencji i duchowieństwa. Do obozów koncentracyjnych i więzień trafili czołowi działacze Domowiny – Pawol Nedo, ks. Jan Cyž, Jan Meškank, czy ks. Beno Šołta (wywieziony za pomaganie polskim robotnikom). Zmarli w skutek zamęczenia m.in. ks. Alojs Andricki i dr Marja Grólmusec. Z lat 30-tych datuje się też aktywność polskiego wywiadu, który starał się zorganizować aktywistów łużyckich w ramach tzw. akcji „Michał”. Od 1935 roku nawiązano kontakt ze studiującymi w Poznaniu W. Kóčką, P. Nowotnym, a także P. Nedo, Janem Cyžem i Jurijem Brĕzanem. Za ich pośrednictwem Polska wspierała finansowo rodziny serbołużyckie represjonowane w hitlerowskich Niemczech, a antyfaszyści z Łużyc angażowali się po 1939 roku w walkę polskiego podziemia z okupantem.

Klęska Hitlera i ostateczny upadek III Rzeszy umożliwił odbudowę życia narodowego Łużyczan. W gronie liderów łużyckiego ruchu narodowego ścierały się różne koncepcje co do przyszłości Serbołużyczan. Najsilniejsza z nich zakładała federację z Czechosłowacją. Pod uwagę brano też wariant samodzielnego państwa łużyckiego, czy szerokiej autonomii w ramach państwa niemieckiego. Ale – co warto odnotować - obecny był też nurt propolski. Jego zwolennicy, nawiązywali do pomocy niesionej Łużyczanom przez nasz kraj po 1925 roku, w tym do konspiracyjnej działalności w okupowanej Polsce –Serbołużyckiego Komitetu Narodowego, który współpracował z Delegaturą Krajową Rządu RP w Londynie, w tym z jej Biurem Ziem Zachodnich. W omawianym okresie propolskich Łużyczan wspomagali aktywnie: Tajny Uniwersytet Ziem Zachodnich, Instytut Zachodni, czy ludowe pismo SL-ROCh „Odra-Nysa”. Problematyka łużycka obecna była w „Odrze”, „Sprawach Łużyckich”, „Walce”, czy „Młodej Polsce”. Prołużycki ruch rozwijał się w Krakowie i Wielkopolsce („Polski Ruch Obrony Łużyc” w Krotoszynie). Z inicjatywy Polskiego Związku Zachodniego i Komitetów Słowiańskich powstały Towarzystwa Przyjaciół Łużyc w Częstochowie, Krakowie, Opolu, Szczecinie i Wrocławiu. Swoją działalność rozwinął też poznański Akademicki Związek Przyjaciół Łużyc „Prołuż”, który pozyskał sympatyków na uczelniach Poznania, Gdańska, Krakowa, Lublina, Łodzi, Torunia, Warszawy i Wrocławia. Na czele „Prołuzu” stanął Alojzy Matyniak. W swoim programie organizacja lansowała aktywną współpracę z organizacjami łużyckimi i prołużyckimi w Czechach. Projekt polityczny zakładał autonomię Łużyc w ramach państwa polskiego. Na łamach wielu gazet wypowiadali się animatorzy ruchu prołużyckiego w Polsce – m.in. Tadeusz Powidzki, Edward Poppek, Edward Paukszta, czy wspomniany już A.Matyniak. Wydawano memoranda i oświadczenia.

Mobilizacja polskiej opinii publicznej w poparciu dążeń wolnościowych Serbołużyczan przez wspomniane środowiska zaczęła napotykać na przełomie 1946 i 1947 roku na problemy władz komunistycznych. Miało to związek ze zmianą koncepcji Stalina co do przyszłości państwa niemieckiego, a co za tym idzie kwestii dalszych losów Łużyc i jej mieszkańców. Dodatkowo sprawy komplikował narastający konflikt w łużyckim ruchu narodowym, coraz mocniej infiltrowanym przez komunistów wschodnioniemieckich oraz zobojętnienie na los najmniejszego narodu słowiańskiego we władzach Czechosłowacji oraz państw Europy Zachodniej. Oporne wobec nowej „niemieckiej linii” Moskwy, natychmiast przekopiowanej przez rodzimych komunistów, krajowe organizacje prołużyckie takie jak Polski Związek Zachodni, czy „Prołuż” stały się przedmiotem zainteresowania ze strony organów bezpieczeństwa. W maju 1949 roku w Poznaniu aresztowano przywódców „Prołużu” – A. Matyniaka i T. Szymańskiego. Prześladowana i terroryzowana organizacja zaprzestała działalności. Rok później zlikwidowano resztki Towarzystwa Przyjaciół Łużyc.

Do napisania niniejszego artykułu nakłoniła mnie zbliżająca się sześćdziesiąta rocznica likwidacji przez komunistów ostatnich ognisk prołużyckich w Polsce. Jest jak się wydaje odpowiedni moment, żeby dokonać przewartościowania w podejściu instytucji kształtujących opinię publiczną w naszym kraju do problematyki przeszłości, teraźniejszości i przyszłości bratniego narodu słowiańskiego zamieszkującego po zachodniej stronie Odry i Nysy Łużyckiej. Pora ku temu najwyższa, bo ze wstydem należy odnotować, że na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat wolnej Polski, w sprawach łużyckich  w dużej mierze kontynuujemy linię poststalinowskiego milczenia.

Zmiana w tej materii zależy przede wszystkim od mediów, ale pierwszy impuls powinni dać polityczni notable. Od 1989 roku żaden z polskich prezydentów i premierów składających wizytę w Niemczech nie pofatygował się na Łużyce i nie odbył symbolicznego spotkania ze słowiańskimi autochtonami. Absencja to zapewne wynik powszechnej nieznajomości problematyki łużyckiej w naszym kraju, ale – jak się wydaje – także charakterystyczna dla elit o rodowodzie lewicowym i liberalnym obawa przed działaniami, które mogłyby pogorszyć dobrosąsiedzkie relacje z Berlinem. Warto odnotować, że do nowego otwarcia w relacjach polsko-serbołużyckich nie doszło też po wyborach 2005 roku, kiedy do władzy doszła deklarująca „upodmiotowienie” relacji z Niemcami PIS-owska prawica. Nie zmienił tego też udział w poprzedniej koalicji rządowej ugrupowania, które odwoływało się wprost do tradycji narodowodemokratycznej, z jakże silnym pierwiastkiem panslawistycznym. Na domiar złego od kilkunastu tygodni redakcja „Serbskich Nowin”, jedynego słowiańskiego dziennika w Niemczech, stara się o wywiad z prezydentem RP. Dla urzędników kancelarii wygospodarowanie kwadransa w kalendarzu głowy państwa dla serbołużyckich dziennikarzy, a de facto dla czytelników gazety – Serbołużyczan, to zbyt dużo.

Rok temu w rozmowie ze mną ks. Měrćin Salowski, były proboszcz w Chróścicy, na pytanie o przyszłość swoich rodaków powiedział; „Już Marcin Luter twierdził, że nie warto tłumaczyć Biblii na język łużycki, bo ten naród niedługo wyginie. Luter się bardzo pomylił. My jesteśmy już tysiąc czterysta lat i będziemy. Jednak nasza sytuacja jest zgoła odmienna od choćby mniejszości duńskiej w Niemczech, o którą może upomnieć się Kopenhaga. My Serbołużyczanie, pozbawieni własnej państwowości, możemy liczyć na wsparcie wyłącznie ze strony bratnich narodów takich jak Polacy”. A po chwili z promiennym słowiańskim uśmiechem dodał „Nasz mały naród był tak bliski Papieżowi Janowi Pawłowi II, który wprowadził błogosławieństwo <Urbi et Orbi> w języku górnołużyckim i ono jest tam do dziś”.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.