|
O zwrocie w stronę Azji polityki zagranicznej Baracka Obamy mówiono zanim jeszcze rozpoczął urzędowanie – głównie ze względu na kryzys finansowy. Potwierdzeniem tej reorientacji był fakt, że w pierwszą oficjalną podróż jako sekretarz stanu, Hillary Clinton wybrała się właśnie do Azji. Pierwszym krajem, który odwiedziła, była Japonia – od ponad pół wieku wierny sojusznik USA. Wizyta szefowej dyplomacji miała nobilitować ten nieco wyblakły sojusz i pokazać Japończykom, że nowa administracja docenia specjalne relacje łączące oba kraje. REKLAMA
Ówczesny premier Japonii Taro Aso, był natomiast pierwszym zagranicznym przywódcą, którego przyjął Barack Obama po przeprowadzce do Białego Domu. Były to gesty ważne z symbolicznego punktu widzenia – perspektywy ważnej dla azjatyckiej kultury. W ostatnich latach tej symboliki brakowało – i chociaż Mike Mansfield, były amerykański ambasador w Tokio, nazwał stosunki amerykańsko-japońskie „najważniejszym bilateralnym sojuszem w historii świata”, Japończycy nie byli o tym wcale przekonani.
Obecne problemy zaczęły się nie wraz z objęciem fotela premiera przez Yukio Hatoyamę, ani nawet z początkiem kryzysu gospodarczego: dla poprzedniej administracji Japonia była bowiem przeciwwagą wobec rosnącej potęgi Chin. Przy tym wszystkim – George W. Bush starał się mieć dobre relacje z Pekinem, rolę przedmurza spychając na Tokio. Stosunki wewnątrzazjatyckie były rozgrywane więc przez pryzmat interesów USA.
Wybór Baracka Obamy na prezydenta, Japonia przyjęła z ogromną radością. Obama cieszy się tam wielką popularnością: ponad 85 proc. Japończyków jest przekonanych, że jego działania na arenie międzynarodowej „będą dobre i potrzebne”. Obamomania zaczęła się tu jeszcze podczas kampanii wyborczej – powstawały społeczne komitety poparcia, gadżety z podobizną senatora z Chicago sprzedawały się w rekordowym tempie, nagrywano nawet piosenki poświęcone kandydatowi na prezydenta (z najbardziej znaną „Obama Is Beautiful Word”).
Amerykańscy komentatorzy studzili wprawdzie ten entuzjazm podkreślając, że priorytetem nowej administracji mogą być Chiny – głównie ze względu na kryzys gospodarczy. Richard Samuels z Massachusetts Institute of Technology, ekspert ds. Japonii, stwierdził, że zbliżenia amerykańsko-chińskiego Japończycy boją się najbardziej.
Pierwsze miesiące prezydentury Baracka Obamy – poza podróżą Hillary Clinton – przebiegły jednak pod znakiem średniego zaangażowania USA we wzmocnienie sojuszu z Japonią. Wszystkie działania były podejmowane głównie w kontekście walki z globalnym kryzysem: tutaj na czołowe miejsce azjatyckiego punktu odniesienia wobec polityki USA, wysunęły się Chiny.
Nawet w kontekście prób jądrowych Korei Północnej, administracja Obamy nie do końca wykazała się zrozumieniem dla japońskich obaw. Prezydent USA, podkreślając konieczność negocjacji w kwestii rozbrojenia z północnokoreańskim reżimem, w stronę Tokio wysłał tylko sygnały z gatunku „USA wiedzą-co-robią”, co mogło zostać odebrane jako przedkładanie wieloletniego sojuszu nad nikłe nadzieje skłonienia Kim Dzong Ila do ustępstw.
Nic więc dziwnego, że hasła Yukio Hatoyamy, lidera Partii Demokratycznej, o „bardziej samodzielnej” i „zwróconej w stronę Azji” polityce zagranicznej, spotkały się w Japonii ze społecznym odzewem. Momentami twierdzenia Hatoyamy przypominały tezy z głośniej ksiązki „The Japan That Can Say No” napisanej dwadzieścia lat temu przez twórcę Sony, Akio Moritę i obecnego gubernatora Tokio - Shintaro Ishiharę.
Autorzy stwierdzali wówczas m.in., że Japonia powinna zerwać sojusz z USA i bronić się sama – a przy tym prowadzić silnie ofensywną gospodarkę wymierzoną w Amerykę. Abstrahując od rzekomych rasistowskich motywacji Amerykanów (Obama – jako pierwszy czarnoskóry prezydent, nie wpisywał się w obraz zaborczego WASP-a ), twierdzenia mające odbudowywać poczucie japońskiej wyjątkowości, stały się czasie kryzysu zadziwiająco aktualne.
Jak dobrze zdiagnozował Hatoyama – nastrój społeczny nie jest jednak wymierzony w Amerykę jako taką: zachodni styl życia jest popularny - zwłaszcza wśród młodzieży, ale widoczne jest dążenie do partnerskiego ułożenia stosunków z USA. Szczególnie pamiętając o tym, że administracja Obamy takie „partnerstwo” oferowała państwom nie zawsze Ameryce przyjaznym.
O ile bowiem dla Amerykanów sojusz z Japonią był „użyteczny” (w listopadzie zeszłego roku – miesiącu zwycięstwa Baracka Obamy w wyborach – twierdziło tak 77 proc. obywateli USA[1]), to dla Japończyków – już nie tak bardzo: opinię taką wyraziło 60 proc. ankietowanych. Jeszcze gorzej przedstawiały się zapatrywania na przyszłość sojuszu: w lepsze relacje między obu państwami w przyszłości wierzyło 40 proc. Amerykanów, ale tylko 25,7 proc. Japończyków.
Koji Murata, profesor uniwersytetu w Kioto[2], twierdzi, że przyczyną pogorszenia się stosunków USA i Japonii był…Afganistan. Stany Zjednoczone potrzebują partnera, który będzie mógł wspomóc US Army swoimi wojskami. Japonia tego zrobić nie może, a jedyna pomoc – finansowa – jest także, z powodu kryzysu, zagrożona. Pomimo kryzysu Japonia jest drugim po Chinach największym zagranicznym nabywcą amerykańskich obligacji. Łącznie posiada 10 proc. papierów dłużnych sprzedawanych przez USA za granicę, których wartość opiewa na 751 mld dolarów.
Yukio Hatoyama, jeszcze jako lider opozycji, tuż przed wyborami parlamentarnymi w Japonii, opublikował w serwisie internetowym „New York Timesa” esej, który wywołał w amerykańskich kręgach rządowych znaczne poruszenie. Hatoyama pisał, że z jednej strony – sojusz z USA pozostanie mocną bazą japońskiej polityki zagranicznej, z drugiej jednak: Japonia musi uniezależnić się politycznie i ekonomicznie, by odzyskać pozycję na arenie międzynarodowej, która należy się jej, jako jednej ze światowych potęg.
Pomimo retoryki Hatoyamy, w USA do końca wierzono w zwycięstwo Partii Liberalno-Demokratycznej. Nadzieję dawały sondaże, według których główną przyczyną skłaniania się Japończyków ku opozycji, była potrzeba zmiany partii rządzącej jako takiej, a nie konkretny program wyborczy.
Heritage Foundation – konserwatywny think-thank opublikował nawet raport[3], w którym namawiał administrację Obamy do „ratowania sojuszu z Japonią” i zawarcia dodatkowych gwarancji – póki rządzi jeszcze Partia Liberalno-Demokratyczna. Nic więc dziwnego, że zwycięstwo partii Hatoyamy, skłoniło wielu amerykańskich polityków i komentatorów do zwątpienia w przyszłość sojuszu z Japonią.
Zwłaszcza, że kwestie operacji na Ocenie Indyjskim i bazy US Army na Okinawie – które miały być „testem wierności” nowego rządu (wówczas spodziewano się jeszcze zwycięstwa Partii Liberalno-Demokratycznej, choć liczono się ze zmianą tonu mającego powstać gabinetu), Yukio Hatoyama postanowił rozwiązać na niekorzyść USA.
Nowy premier Japonii zapowiedział, że nie przedłuży misji wspierającej amerykańską marynarkę na Ocenie Indyjskim, a dodatkowo – twardo nalega na renegocjację porozumienia sprzed trzech lat o stacjonowaniu amerykańskiej piechoty morskiej na Okinawie. Hatoyama chce przenieść bazę US Army na mniej zamieszkałą część wyspy, a większość żołnierzy USA – wyekspediować na Guam. Co więcej, pomysł ten spotkał się ze znacznym poparciem społecznym – pewnie dlatego, że cała sprawa zbiegła się z aresztowaniem amerykańskiego żołnierza, który śmiertelnie potrącił autem Japończyka, a potem uciekł z miejsca wypadku.
Przed wizytą Baracka Obamy w Japonii, napięcie w stosunkach między obu państwami było spore – a potęgowały je jeszcze wypowiedzi sekretarza obrony USA, Roberta Gatesa, który stwierdził, że „nie ma mowy” o renegocjacji porozumienia o bazie na Okinawie.
Obama zdecydował się ustąpić. Po rozmowie z Hatoyamą stwierdził, że Stany Zjednoczone są gotowe do „przypatrzenia się opcjom” zmiany postanowień w sprawie wojsk na Okinawie. Natomiast japoński premier – w szampańskim nastroju („Barack i ja przeszliśmy na <ty>”) zapowiedział, że Japonia zwiększy pomoc finansową dla misji w Afganistanie: opłacone mają zostać szkolenia policjantów, urzędników, budowanie dróg i mostów.
Ostrożne prognozy mówią, że póki co – ugodowa postawa Baracka Obamy odbudowała po części mosty między USA i Japonią. Wyraźne podkreślenie przez prezydenckiego doradcę ds. Azji, Jeffrey’ego Badera, że „Stany Zjednoczone chcą pozostać w Azji, że chcą być liczącym się graczem” – może zapowiadać, że koncyliacyjny ton amerykańskiego prezydenta to prezent powitalny dla Yukio Hatoyamy.
Znamiennym może przy tym wszystkim być fakt, że Obama – pomimo wcześniejszych zapowiedzi, a także odpowiednio wcześniej wystosowanego zaproszenia – nie odwiedził Hiroszimy i Nagasaki. Spodziewano się, że Obama – laureat pokojowego Nobla i apostoł jądrowego rozbrojenia, odwiedzi miasta zniszczone przez USA w wyniku jedynego w historii przypadku wykorzystania bomby atomowej. Barack Obama tłumaczył się napiętym grafikiem – można jednak przypuszczać, że świetnie operujący językiem symboli prezydent, nie zrozumiał znaczenia tego gestu.
1. Wg badania Yomiuri-Gallup 2. K.Murata, Barack Obama and US-Japan Relations: A Japanese Perspective, www.isis.org.my 3. B.Klinger, Japanese Election Poses Challenges for U.S. Alliance, www.heritage.org. |