Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Wyborcy Obamy czy Facebooka?

Wyborcy Obamy czy Facebooka?


01 marzec 2009
A A A

Ostatni miesiąc był dla serwisu społecznościowego Facebook mało udany - głównie przez problemy z ochroną danych osobowych (skąd my to znamy?) i nowym regulaminem .

 

 

Jakby tego było mało, Facebookowi nie odpuścili nawet ludzie z branży. Podczas dorocznego zjazdu Interactive Advertising Bureau (IAB) koniecznie chcieli się dowiedzieć, co stało się z danymi pozostawionymi w serwisie przez wyborców Baracka Obamy.
Sam Obama intensywnie prowadził kampanię w serwisach społecznościowych - miał własne konta na większości z nich - nie tylko najpopularniejszych, jak MySpace, LinkedIn czy Facebook właśnie.
Był obecny także w społecznościach zrzeszających Afroamerykanów, Azjatów czy Latynosów, a także portalach łączących ludzi różnych wyznań.

Jednak to Facebook (i YouTube) były dominującymi ośrodkami kampanii Obamy w społecznościach internetowych.

Prawo regulujące własność intelektualną w Internecie, nie tylko w Polsce jest w powijakach.

W omawianym kontekście - nie wiadomo na przykład, do kogo należą treści pozostawione w serwisach społecznościowych przez ich uczestników, w tym przypadku - wyborców Obamy.
Umieszczali bowiem oni na wirtualnych tablicach nie tylko proste wiadomości, ale także newsy (mini-dziennikarstwo obywatelskie) czy komentarze.

Z jednej strony - dane użytkowników stają się łatwym łupem dla marketerów, ale - co znacznie groźniejsze - dla złodzei tożsamości. Z drugiej natomiast - sami marketerzy mogą podszywać się pod "zwykłych" internutów (co oczywiście robią). Należy więc zapytać o granicę między informacją a reklamą lub advertorialem . Czy można ją bez trudu rozróżnić?

Przedstawiciel Facebooka obecny na konferencji IAB stwierdził, że sprawa z danymi wyborców Obamy jest zbyt skomplikowana, by rozstrzygać ją podczas panelu dyskusyjnego.

Trzeba jednak zauważyć, że dane wyborców i sympatyków Baracka Obamy są cenne nie tylko dla polityków GOP szykujących się do wyborów w 2012 roku (czy dla zawistnych Demokratów).
To także ogromny zbiór informacji o konsumentach o bardzo określonym (i pożądanym przez większość marketerów) profilu.
Dane takie mogą też zostać użyte w rozgrywkach politycznych na poziomie regionalnym czy lokalnym.

Co więcej, Barack Obama - obecnie prezydent, jest objęty szczególnym programem ochronnym - komentarze na jego temat, mogące być zinterpretowane jako groźba, nie mogą być pozostawione bez reakcji ze strony służb specjalnych.

Dopóki nie zostanie uchwalona przynajmniej ramowa ustawa regulująca takie kwestie (bezpieczeństwa i własności intelektualnej), pytań, na które odpowiedzi są zbyt skomplikowane dla szefa pionu sprzedaży Facebooka, będzie coraz więcej.