Prezydent u prześmiewcy - Obama u Jaya Leno
Barack Obama jako pierwszy urzędujący prezydent wystąpi w czwartek w telewizyjnym show "The Tonight Show with Jay Leno".
Chociaż amerykańscy politycy bez skrępowania występują w programach rozrywkowych, pojawienie się Obamy w czołowym talk show NBC, budzi kontrowersje.
Niby dlaczego, skoro - jeszcze jako kandydat - występował już w programie pana Leno?
Właśnie, jako kandydat. Teraz jest prezydentem supermocarstwa, co więcej - supermocarstwa pogrążonego w kryzysie gospodarczym.
Powinien występować więc raczej w programach biznesowych i gospodarczych. A najlepiej, by trzymał się Białego Domu i pracował nad poprawą stanu amerykańskiej gospodarki.
Tymczasem...
Nie minęło jeszcze sto dni od zaprzysiężenia Baracka Obamy na 44. prezydenta USA, gdy wydaje się, że jego miodowy miesiąc dobiega końca.
Media skupiają się bardziej na komentowaniu kolejnych pieniędzy z budżetu przeznaczanych na pomoc nie tylko zagrożonym sektorom gospodarki, ale i konkretnym korporacjom - gigantom.
Styl przepchnięcia tzw.planu stymulacyjnego przez Kongres też nie budził uznania, a sami parlamentarzyści mogli się poczuć jak maszynka do głosowania zgodnie z życzeniem prezydenta.
Owszem, ciągle Obama cieszy się wysokim poparciem społecznym, a o życiu jego i jego rodziny rozpisują się wszystkie gazety.
Tutaj jednak następuje wyraźna sprzeczność: Barack Obama - z jednej strony chce być mężem stanu, który podniesie kraj z kryzysu. Mniej lub bardziej udanie - próbuje się do owej roli dopasować.
Jednak kampania wyborcza, w której był bardziej gwiazdą pop niż politykiem, przyzwyczaiła go do bezwarunkowego poparcia ze strony głównych mediów i samych pochwał.
Gdy sztab Johna McCaina wypuścił telewizyjną reklamę, w której porównywano Baracka Obamę do Paris Hilton, zwolennicy Demokraty zatrzęśli się z oburzenia.
Tymczasem reklamówka McCaina ukazała się po prostu...za późno, gdy już Obamie udało się związać emocjonalnie ze sobą wielu (jak się okazało -większość) wyborców.
Tymczasem po przeprowadzce do Białego Domu przestało być śmiesznie. Koleje "wpadki podatkowe" kandydatów na ważne stanowiska w nowej administracji, gigantyczny plan ratunkowy dla gospodarki uchwalony niejako na siłę, brak aktywnych działań w sprawie reformy służby zdrowia. Na zdrowie to Obamie nie wyszło.
Prezydent powraca więc do tego, co wychodzi mu najlepiej i ma opanowane do perfekcji - do bycia gwiazdą.
Show Jaya Leno jest idealną sceną dla tego nietypowego orędzia do narodu.
I chociaż wierzę, że Obama jest naprawdę sympatycznym człowiekiem, który czasem - jako prezydent - musi podejmować mało sympatyczne decyzje, wcale nie uważam, że powinien o tym przypominać swoim wyborcom w programie rozrywkowym.
Przypomina mi to jego wypowiedź na temat tuszy Jessiki Simpson. Prezydentowi po prostu nie wypada.
Niech już lepiej nagra kolejne orędzie na YouTube - choć te też pewnie się kiedyś internautom znudzą. Bo zasadą orędzia jest, że trzeba mieć coś konstruktywnego do powiedzenia.


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz