Ta klasówka jest sponsorowana przez markę X
Pewien nauczyciel historii z Idaho sprzedał lokalnej pizzerii powierzchnię
reklamową na...testach i arkuszach prac rozdawanych swoim uczniom. "Chciałem zaoszczędzić pieniądze" - powiedział pomysłowy Jeb Harrison, nauczyciel z Pocatello High School.
Jego zdaniem, taka forma reklamy ma pomóc uczniom zrozumieć czasy Wielkiej Depresji z lat 30., gdy ważny był każdy grosz, a ludzie są gotowi do najwyższych poświęceń, by zdobyć pieniądze.
Dodatkowo, obecny kryzys gospodarczy nie omija także sektora edukacyjnego. Przewiduje się, ze dystrykt szkolny, do którego należy szkoła Harrisona, może utracić nawet do 10 milionów stanowego dofinansowania w 2009 roku.
To ogromne pieniądze, zważywszy, że dystrykt ów liczy 12 tys. uczniów.
Umowa historyka z lokalną pizzerią - Molto Caldo Pizzeria - polega na tym, że
knajpka dostarcza mu 10 tys. sztuk arkuszy o wartości 315 dolarów.
W zamian za to, pizzeria może nadrukować na testach swoje logo.
Chociaż przyjaźnie do pomysłu Harrisona podchodzi nawet - zazwyczaj sceptyczna w takich sprawach - rada szkolna, to wątpliwości mają psychologowie:
"To przekroczenie pewnej granicy" mówi Susan Linn, psycholog z Harvardu i dyrektor Kampanii na rzecz Dzieciństwa Wolnego od Reklam (Campaign for a
Commercial-Free Childhood).
Mnie się jednak wydaje, że sprzedaż powierzchni reklamowej na testach szkolnych ma dużo większy sens niż nasza polska "składka na ksero".
Dla uczniów to spory problem zbierać się co jakiś czas po kilkadziesiąt groszy - żeby było taniej. Gdy trzeba zapłacić za rok z góry - lament, że drogo.
Tymczasem nauczycieli nie stać, by z własnej, najczęściej chudej pensji, fundować uczniom materiały (choć przecież często tak robią).
Amerykanie po raz kolejny pokazują, gdy nie wiesz, skąd wziąć pieniądze, poszukaj reklamodwacy. My ciągle jeszcze tego nie potrafimy.
Czy reklama na testach jest "zła" z punktu widzenia etyki nauczania? Pewnie nie mnie to oceniać, ale dzieci są dzisiaj zalewane reklamami ze wszystkich stron.
Przeciętne trzylatki rozróżniają już całkiem sporo marek, a tak naprawdę wychowywanie przyszłego konsumenta wiernego marce zaczyna się od kołyski.
Prawda jest bowiem taka, że marka, którą polubimy, do której przywiążemy się w dzieciństwie, będzie nam towarszyszyć przez całe nasze życie.
Ostatnio sporą popularnością cieszy się trend zwany retromarketingiem, a ściślej - nostalgia marketingiem. Bazuje on właśnie na wspomnieniach z dzieciństwa, dawnych sentymentach klientów.
Uderza bezpośrednio w najczulsze emocjonalne struny, przypomina szczęśliwe lata dzieciństwa - choć może mniej kolorowe, z nie do końca pełnymi półkami i oranżadą w proszku zamiast Kubuś Scool.
Dzieciaki są więc z reklamą obeznane, choć często nieświadomie. Dodatkowo, kiedy pojawiło się zjawisko advergamingu, czyli reklamy w grach komputerowych, trudno nawet najmłodszym oddzielić świat reklamy od świata gry - zlewają się one bowiem w jedno.
Zresztą - najpopularniejsze serwisy internetowe dla dzieci są najczęściej sponsorowane przez producentów różnego rodzaju towarów, dla których owe dzieci są targetem.
Reklama na testach szkolnych to przełamanie pewnego tabu - jednak nieuniknione.
Reklamy są bowiem powszechne już np. na wyższych uczelniach, gdzie szczelnie obrandowane są nawet ubikacje i ławki na korytarzu.
Świadomy, czyli kontrolowany przez nauczyciela kontakt z reklamą już od
najmłodszych lat - tzn. objaśnianie jej znaczenia i korzyści - nie z zakupu
produktów, ale z jej umieszczania - pozwala dzieciom mentalnie uporządkować otaczający je szum informacyjny.
Dzięki temu istnieje duża szansa, że nauczą się odróżniać rzeczywistą informację od advertorialu (reklamy informacyjnej, często "udającej" informację).
Oczywiście, pod warunkiem, że reklamodawca nie będzie ingerował w treść arkusza, na którym wykupuje powierzchnię reklamową. Ani nie będzie zbyt powiązany z tematem, którego dotyczy test - reklama taka mogłaby być odebrana przez uczniów - często błędnie - jako sugerowana prawidłowa odpowiedź.


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz