Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Pojedynek dziennikarza z prezydentem

Pojedynek dziennikarza z prezydentem


21 luty 2009
A A A

"Frost/Nixon" nie jest typową hollywoodzką produkcją z dobrymi i złymi bohaterami, gdzie skromność tryumfuje nad pychą, a wszystko jest oczywiste zanim skończą się jeszcze reklamy przed filmem.

Oprócz dwóch godzin doskonałej rozrywki, obraz Rona Howarda uświadomił mi, choć przecież wiedziałam to od dawna, że świat mediów i polityki to lustrzane odbicia, w których - jak w zwierciadle - wszystko jest inne, niż się z pozoru wydaje.

Richard M. Nixon (w filmie gra go genialny Frank Langella) był najbardziej znienawidzonym prezydentem Stanów Zjednoczonych do momentu pojawienia się George'a W. Busha. Pomimo sporych osiągnięć w polityce zagranicznej (Chiny, zabranie amerykańskich chłopców z Wietnamu), historia zapamiętała go głównie przez pryzmat afery Watergate.

W filmie Howarda prezydenturę Nixona ujęto arytmetycznie: 60 proc. tego, co robił, było słuszne, 30 proc. to błędy, które popełnił, nie wiedząc, że czyni źle. Jednak pozostaje 10 proc., kiedy wiedział, że to co robi, jest złe, ale i tak to robił.
"Frost/Nixon" nie jest ani hagiografią Nixona, ani tryumfu rzetelnego dziennikarstwa nad skorumpowaną władzą.

David Frost (świetny Michael Sheen) - bardziej showman niż dziennikarz, z wiecznie przyklejonym do twarzy uśmiechem, woli - we włoskich lakierkach i z piękną kobietą u boku - lansować się na premierach filmowych, niż mozolnie przekopywać się przez akta Watergate.
Nixon natomiast - chociaż niewątpliwie pyszny i idący w zaparte, jest dla Frosta przeciwnikiem najwyższego kalibru. Walczący całe życie z mediami, Nixon opanował do perfekcji sposoby mające zapewnić mu ich przychylność.
Chusteczka do ocierania potu (kłania się sławna debata z Kennedy'm), jak i rzucane w ostatnich sekundach przed nagraniem złośliwe uwagi pod adresem Frosta, to tylko niektóre narzędzia z jego repertuaru.

Nixon nie był głupcem. Był prawnikiem, który ukończył najlepsze uniwersytety i do wszystkiego doszedł ciężką pracą. Jednak nigdy tak naprawdę nie czuł się pełnoprawnym obywatelem świata "tych lepszych".
Dodatkowo, był introwertykiem, i osobą nie potrafiącą przyznać się do porażki. Gorzej dla niego, że nie umiał nawet zachować pozorów.
Frost natomiast nie jest takim bawidamkiem, jak wydawało się na początku. Z Nixonem łączy go paraliżujący strach przed porażką, ale - w przeciwieństwie do byłego prezydenta - potrafi go ukryć.

Siadając przed kamerami, zarówno Nixon, jak i Frost, grali o swoje życie.
Ten pierwszy - by uzyskać należne mu - jego zdaniem - miejsce w historii. Ten drugi - by nie stracić wszystkiego, co miał, a co zastawił, by móc zrealizować wywiad.
Trudno jednak stwierdzić, by polityk i dziennikarz byli postaciami o tej samej pozycji.
Na szklanym ekranie rządził Frost, ale w bezpośredniej konfrontacji z Nixonem, okazał się jaskrawo mały.
Podobnie z jednym z researcherów Frosta, zawziętym wrogiem Nixona, idealistą - pacyfistą, który napisał cztery książki o zepsuciu i korupcji byłego prezydenta. Tymczasem - stając twarzą w twarz z Nixonem - podaje mu rękę, tytułuje "panie prezydencie".
Zaprzedał się? Skądże znowu: po prostu ideały stały się odległe przy pragmatyce chwili.

Czy w ten sam sposób mogą postępować politycy? Nixon twierdzi, że owszem.
Frost, który po wysłuchaniu nocnego monologu byłego prezydenta, przechodzi metamorfozę i staje się dziennikarzem w pełnym tego słowa znaczeniu, osiąga sukces, ponieważ demitologizuje Nixona.
Nie prowadzi już wywiadu na kolanach (na które nie padł bynajmniej z powodu uwielbienia dla prezydenta), lecz pyta patrząc Nixonowi prosto w oczy, atakuje.
Dzisiaj taki - ofensywny - sposób prowadzenia wywiadów z politykami to norma. Dziennikarze nie tylko nie mitologizują polityków w bezpośrednim kontakcie, ale boleśnie (dla polityków rzecz jasna) ściągają ich na ziemię.
Frost odbrązawiał inaczej - to on wzniósł się wyżej, a nie ściągał Nixona do swojego poziomu.

Owszem, Richard Nixon w filmie Howarda budzi współczucie. Widok przygarbionego byłego prezydenta najpotężniejszego państwa na świecie, który zabawia znudzone towarzystwo opowieściami o przewodniczącym Mao (który spoglądał w oczy pani Nixon) jest porażający. Nie jest to jednak czyste współczucie, poniważ nie jesteśmy przyzwyczajeni współczuć innym, niż wyłącznie dobrym bohaterom.

Jednak sukces Davida Frosta też nie cieszy tak do końca. Nie był to w końcu święty Jerzy, który pokonał smoka.Jego pobudki też nie były szlachetne - nie chciał usłyszeć prawdy, tylko zdobyć oglądalność. I karierę w USA - gdzie sukces smakuje bardziej niż w Europie i Australii.

Pomimo fabularyzacji niektórych wątków (w tym najważniejszego: przyznania się do winy przez Nixona), film Howarda to z pewnością obraz o ogromnym ładunku edukacyjnym. Sejm RP i SDP powinny zorganizować grupowe wyjścia do kina.   

P.S

Dialogi w filmie to mistrzostwo. Tym bardziej zarówno dziennikarze, jak i politycy, powinni się uczyć.