E-wybory na Hawajach
W Honolulu - rodzinnym mieście pierwszego prezydenta doby internetu, po raz pierwszy przeprowadzono głosowanie w całości przebiegające on-line : wprawdzie tylko do rad dzielnicowych, ale od czegoś trzeba zacząć.
Jako główny argument przemawiający za głosowaniem przez internet, podawany jest brak czasu wyborców. Wybory prowadzone w sieci miały ten problem rozwiązać. Zagłosować można bez wychodzenia z domu czy z pracy.
Co więcej, specjalny newsletter przypomni o terminie wyborów i przedstawi sylwetki kandydatów.
E-wybory w Honolulu owszem, były rekordowe pod względem frekwencji - rekordowo niskiej frekwencji.
Wzięło w nich udział tylko 7 300 osób, podczas gdy dwa lata temu - 44 tys.
Przedstawiciele komisji wyborczej tłumaczą spadek frekwencji aż o 83 pkt proc. głównie brakiem świadomości e-głosowania, a także tym, że nie wszyscy wyborcy są zaznajomieni z nowoczesnymi technologiami.
Eksperci podkreślają, że internetowe wybory w skali krajowej to przyszłość amerykańskiej demokracji. Jednak głosowanie wyłącznie przez sieć dyskryminuje tych, którzy dostępu do internetu nie mają, albo nie potrafią z niego korzystać na tyle, by wziąć udział w wyborach.
Tym sposobem, w ogóle wyborców głosujących on-line, istniałaby znaczna nadreprezentacja ludzi młodych, obeznanych z siecią, pokolenia YouTube, które - jeszcze przede wszystkim tradycyjnie - zagłosowało na Baracka Obamę.
W wyborach na niewielką skalę te dysproporcje są po prostu lepiej widoczne.
Co więcej, dużo młodych ludzi (a więc potencjalnych wyborców), wyjeżdża z Hawajów na studia, do pracy - nie stanowią więc znaczącej grupy elektoratu Honolulu.
Dodatkowo, głosowanie internetowe na poziomie rad dzielnicowych to zły pomysł - lokalność tego przedsięwzięcia to bowiem kontakty z żywym człowiekiem, kampania prowadzona na zasadach canvassingu (wizyt w domach wyborców).
Internet - paradoksalnie - szybciej sprawdziłby się w wyborach na skalę krajową. Polityka ta nie jest bowiem aż tak związana z konkretnym miejscem, konkretną społecznością. To polityka mocno kontekstowa, mniej porywająca, ściśle związana z demografią danego okręgu wyborczego.
W skali kraju te ograniczenia ulegają rozproszeniu.
Amerykańska demokracja jako system została zbudowana na demokracji w wymiarze mikro.
Dopóki więc głosowanie internetowe nie będzie prawidłowo funkcjonować na poziomie dzielnicowym, lokalnym, krajowe e-wybory nie byłyby w żaden sposób reprezentatywne. Wykluczenie cyfrowe to bowiem duży problem związany z dysproporcjami majątkowymi w USA.
I chociaż o Baracku Obamie mówi się, że jest pierwszym internetowym prezydentem, nie jest prezydentem wyłącznie internautów.
Gdyby głosowali tylko ci ostatni, równie duże szanse miałby gwiazdor Holllywoodu, Ashton Kutcher , najpopularniejszy autor mikrobloga na Twitterze.


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz