Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie E-wybory na Hawajach

E-wybory na Hawajach


28 maj 2009
A A A

W Honolulu - rodzinnym mieście pierwszego prezydenta doby internetu, po raz pierwszy przeprowadzono głosowanie w całości przebiegające on-line : wprawdzie tylko do rad dzielnicowych, ale od czegoś trzeba zacząć.

Jako główny argument przemawiający za głosowaniem przez internet, podawany jest brak czasu wyborców. Wybory prowadzone w sieci miały ten problem rozwiązać. Zagłosować można bez wychodzenia z domu czy z pracy.
Co więcej, specjalny newsletter przypomni o terminie wyborów i przedstawi sylwetki kandydatów.


E-wybory w Honolulu owszem, były rekordowe pod względem frekwencji - rekordowo niskiej frekwencji.
Wzięło w nich udział tylko 7 300 osób, podczas gdy dwa lata temu - 44 tys.

Przedstawiciele komisji wyborczej tłumaczą spadek frekwencji aż o 83 pkt proc. głównie brakiem świadomości e-głosowania, a także tym, że nie wszyscy wyborcy są zaznajomieni z nowoczesnymi technologiami.

Eksperci podkreślają, że internetowe wybory w skali krajowej to przyszłość amerykańskiej demokracji. Jednak głosowanie wyłącznie przez sieć dyskryminuje tych, którzy dostępu do internetu nie mają, albo nie potrafią z niego korzystać na tyle, by wziąć udział w wyborach.
Tym sposobem, w ogóle wyborców głosujących on-line, istniałaby znaczna nadreprezentacja ludzi młodych, obeznanych z siecią, pokolenia YouTube, które - jeszcze przede wszystkim tradycyjnie - zagłosowało na Baracka Obamę.
W wyborach na niewielką skalę te dysproporcje są po prostu lepiej widoczne.
Co więcej, dużo młodych ludzi (a więc potencjalnych wyborców), wyjeżdża z Hawajów na studia, do pracy - nie stanowią więc znaczącej grupy elektoratu Honolulu.

Dodatkowo, głosowanie internetowe na poziomie rad dzielnicowych to zły pomysł - lokalność tego przedsięwzięcia to bowiem kontakty z żywym człowiekiem, kampania prowadzona na zasadach canvassingu (wizyt w domach wyborców).
Internet - paradoksalnie - szybciej sprawdziłby się w wyborach na skalę krajową. Polityka ta nie jest bowiem aż tak związana z konkretnym miejscem, konkretną społecznością. To polityka mocno kontekstowa, mniej porywająca, ściśle związana z demografią danego okręgu wyborczego.
W skali kraju te ograniczenia ulegają rozproszeniu.

Amerykańska demokracja jako system została zbudowana na demokracji w wymiarze mikro.
Dopóki więc głosowanie internetowe nie będzie prawidłowo funkcjonować na poziomie dzielnicowym, lokalnym, krajowe e-wybory nie byłyby w żaden sposób reprezentatywne. Wykluczenie cyfrowe to bowiem duży problem związany z dysproporcjami majątkowymi w USA.
I chociaż o Baracku Obamie mówi się, że jest pierwszym internetowym prezydentem, nie jest prezydentem wyłącznie internautów.
Gdyby głosowali tylko ci ostatni, równie duże szanse miałby gwiazdor Holllywoodu, Ashton Kutcher , najpopularniejszy autor mikrobloga na Twitterze.