Pielgrzymki do Obamy
„Efekt Obamy” trwa. Nie tylko członkowie Komitetu Noblowskiego i polscy politycy chcą spotykać się z amerykańskim prezydentem: Stany Zjednoczone awansowały na pierwsze miejsce rankingu krajów - "ulubionych" miejsc podróży.
Country Brand Index (CBI) – badanie przeprowadzane przez Future Brand, bada percepcję poszczególnych państw jako celów podróży biznesowych i turystycznych.
Podium tegorocznego rankingu, pod względem składu, nie zmieniło się od zeszłego roku. Na drugim miejscu znajduje się Kanada, na trzecim – zwycięska w zeszłym roku Australia.
Dlaczego USA wygrały ranking CBI? Przecież w porównaniu z Kanadą i Australią, stosują większe „utrudnienia” dla odwiedzających: nie chodzi nawet o wizy (choć z polskiego punktu widzenia, to zdecydowane utrudnienie), lecz o cały system nadzorowania i kontroli obcokrajowców. W dobie podwyższonej świadomości ochrony danych osobowych, mogłoby się wydawać, że ów system może tylko zniechęcać – bądź co bądź: powierza się obcemu państwu (w jego oczywistym interesie), własne dane – i to bardzo szczegółowe.
Jednak „efekt Obamy” najwidoczniej przełamuje ten schemat myślenia. Być może – paradoksalnie – pierwszy „internetowy prezydent” jest dla odwiedzających USA swoistą „gwarancją” bezpieczeństwa i pozytywnego wykorzystania sieci.
Poza tym, Stany Zjednoczone w porównaniu z Australią – są bardziej „zintegrowane geograficznie” z większą częścią lądu: Pępkiem świata pewnie nie są (wg Zbigniewa Brzezińskiego, kluczowym punktem na globie jest Ukraina), ale na pewno są łatwiej geograficznie sytuowane niż położona na półkuli południowej Australia.
Być może to także wynik światowego kryzysu, który zaczął się USA. Biznesmeni mają więcej spraw do załatwiania i wolą być bliżej centrali macierzystych firm.
Jednak kryzys to także poszukiwanie pewności. Nie ma miejsca na beztroskę plaż i surferów Australii. Stany zresztą mają i ocean, i surferów, i święta Bożego Narodzenia na plaży.
Poszukując z zeszłym roku „urozmaicenia”, w tym – podróżni wybierają destylacje bardziej sprawdzone, o dłuższej <legendzie>. Kryzys to dobry moment, by odtworzyć mit American Dream: pewnie nie w samych Stanach, ale za granicą – dlaczego nie?
Takim posłańcem owego mitu stał się Barack Obama. I ci, którzy zazwyczaj nie odczuwają bezpośrednio decyzji amerykańskiego prezydenta, są w stanie to „odrodzenie mitu” przechowywać jako swego rodzaju kliszę, znaną z dawnych szasów. Wtedy była „wykonana” czarno-białym aparatem, dziś – cyfrową lustrzanką. Nie mówiąc o „mistrzach Photoshopa”, z których największy zasiada w Białym Domu.


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz