Nowa książka zdradza, jak naprawdę rządzi Obama
Pierwsza dama Francji miała poskarżyć się Michelle Obamie, że nie może kochać się ze swoim mężem tak często, jak by tego chciała, bo zabrania jej tego...francuska prasa!
Książka Jonathana Altera, publicysty "Newsweeka" opisuje pierwszy rok sprawowania urzędu przez Obamę, a więc jest bardziej relacją niż kroniką.
Wiele spraw poruszonych w "The Promise" wpływa na obecną politykę, i - jak wszystko na to wskazuje, będzie wpływać przynajmniej do następnych wyborów.
Choć gęsta od opisów niekończących się politycznych przetargów, jak w soczewce skupia najważniejsze epizody wiele mówiące o sposobie myślenia i działania prezydena najpotężniejszego państwa na świecie.
I ta - największa chyba - demaskacja, jakiej dokonał Alter, została dostrzeżona w niewielu komentarzach i recenzjach. Oczywiście, odnotował ją "New York Times" czy "Washington Post". Ale połączywszy ten aspekt z niedawnymi artykułami opisującymi słodko-gorzki stosunek Obamy do mediów (w "Politico" czy "Washington Post" oraz blogu "Washington Note"), a wcześniej - z wyśmienitymi tekstami Edwarda Luce'a z "Financial Times" (jeden z nich był przedrukowany po polsku przez DGP-niestety, bez kontekstu stracił wiele ze swojej wartości), uzyskujemy zaskakująco pełny i ...zaskakujący wizerunek Baracka Obamy.
Zdecydowanie bardziej prawdziwy, lecz jakże daleki od tego, co na co dzień serwują nam media.
Ale nie uprzedzajmy faktów.
Wszyscy doskonale pamiętamy trwającą ponad rok, dramatyczną walkę o reformę systemu ubezpieczeń zdrowotnych.
Był to rok konfliktów, "herbacianych wieców", przetargów politycznych o każdy głos.
Tymczasem Barack Obama - wbrew pozorom - jest wielkim indywidualistą.
Jak pisze Alter - "zamiast spędzać godziny na rozmowach z członkami Kongresu, wolałby poczytać książkę o rozbrojeniu jądrowym albo obejrzeć ESPN". Ale jak mus to mus, i Obama przywdziewa maskę i idzie na spotkania z parlamentarzystami.
Podczas gdy kongresmani kłócą się o każdy przecinek, Biały Dom przygotowuje własną, kompromisową wersję ustawy - krótszą i mniej skomplikowaną, a do tego - tajną.
I chociaż urodzona w bólach reforma jest bardzo podobna do tego, co kilka miesięcy temu planował Obama, to prezydent nie krzyczy "a nie mówiłem", lecz chwali wyważony kompromis.
Po co te wielomiesięczne utarczki, skoro i tak z kompromisowy dokument był gotowy?
Ano po to, że właśnie na tym polega demokracja: cóż z tego, jeśli prezydent próbowałby narzucić swoją wizję? Kongres zagłosowałby na złość - przeciwko.
Poza tym - część kongresmanów nie przejmowałaby się tłumaczeniem wyborcom w swoich stanach, na czym polega reforma, by razem szukać kompromisu.
I przełamywać opór - początkowo nie do przełamania.
To prawda, że Barack Obama jest swoim najbliższym doradcą. Bo zamiast ufać intuicji innych, woli bazować na faktach - stąd tak szczegółowe i skrupulatne badanie spraw.
Obama ma dobre wyczucie, gdzie znajduje się pole do osiągnięcia kompromisu. Ale wie również, że "objawienie" tego odkrycia, zniweczyłoby z góry osiągnięcie owego kompromisu.
Czy nie podobnie było z Afganistanem? Czy - choćby z tarczą antyrakietową?
Wiele to mówi o Baracku Obamie - prezydencie. A książka Altera może stać się równie cennym studium mechanizmów podejmowania decyzji, jak "Trzynaście dni" Roberta Kennedy'ego.


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz