State dinner II - tym razem wszyscy mieli zaproszenia
Pamiętacie państwa Salahi? Goście, którzy weszli na pierwszą oficjalną kolację (state dinner) Baracka Obamy bez zaproszenia, próbowali powtórzyć ten wyczyn.
Tym razem Michaele i Tareq Salahi zostali zatrzymani przez nieumundurowanego funkcjonariusza Secret Service – ale nie w drzwiach Białego Domu, lecz w samochodzie w pobliżu.
Później – gdy prezydent USA podejmował przywódcę Meksyku na przyjęciu, państwo Salahi mieli zostać „przyłapani” przez fotoreporterów na kolacji z przyjaciółmi w greckiej restauracji.
Na uroczystej kolacji wydanej ku czci prezydenta Meksyku, nie zabrakło gwiazd, takich jak aktorka Eva Longoria Parker, czy futbolista New York Jets, Mark Sanchez.
Na salony powróciła też Whoopi Goldberg – stała bywalczyni uroczystych przyjęć wydawanych za czasów prezydenta Clintona. Dla gości zaśpiewała m.in. Beyonce.
Czym więc tak naprawdę jest oficjalna kolacja w Białym Domu? Jak ujmuje to magazyn „Vanity Fair”:
„To po części dyplomatyczna uwertura, narzędzie do zbierania funduszy, czy swoiste oświadczenie kulturalne. Ale – jak przekonała się administracja Obamy, to równie dobrze może być fiasko wizerunkowe”.
Mary Mel French, szefowa protokołu prezydenta Billa Clintona, twierdzi, że istnieją tylko cztery sytuacje, w których można nie przyjąć zaproszenia na oficjalną kolację do Białego Domu: śmierć w rodzinie, ślub, poważna choroba, albo niemożliwa do uniknięcia nieobecność w Waszyngtonie w wyznaczony wieczór.
Zaproszenia nie można odmówić ze względu na brak zgody z polityką prowadzoną przez prezydenta.
Jak podkreśla French: „Nie chodzi o osobę, lecz o instytucję”.
Sama kolacja jest także instytucją. Jak szacuje „Foreign Policy”, jedno przyjęcie to wydatek rzędu 500 tys. dolarów. Oczywiście – wiele zależy od liczby gości: Barack Obama przyjmuje – jak na razie – wariant wyśrodkowany – w odróżnieniu od ekskluzywizmu Ronalda Reagana i prawie-masowych przyjęć za czasów Clintona (na 700 osób!)
Na kolacji z udziałem prezydenta Calderona nie zabrakło jednak tematów poważnych i trudnych: surowego, wymierzonego w imigrantów prawa przyjętego w Arizonie, przeciwko któremu opowiedział się sam prezydent Obama.
Przywódca Meksyku odniósł się do sprawy na samym początku, podkreślając, że „wszystkim zależy na godnym traktowaniu cudzoziemskich pracowników, którzy – pomimo ogromnego wkładu w gospodarkę – czasami żyją w szarej strefie, a nawet są dyskryminowani – tak, jak to ma miejsce w Arizonie”.
Później było już pogodniej: Barack Obama, przywołując wynalazki i innowacje, jakie świat zawdzięcza Meksykowi, jako najważniejszą z nich wymienił…czekoladę!
Później, w specjalnym namiocie rozstawionym w ogrodach Białego Domu, na prezydenta Felipe Calderona czekała inna niespodzianka: pawilon, w którym odbywała się dalsza część przyjęcia – już po kolacji – udekorowany był tysiącami…motyli! To nawiązanie do miejsca urodzenia Calderona - Michoacan, gdzie migrują z Kanady motyle królewskie, aby spędzić tam zimę.


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz