Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Wodzu prowadź na Bogotę!

Wodzu prowadź na Bogotę!


25 lipiec 2010
A A A

Opowiem wam historię o niestrudzonym Evo, który popularyzuje swój kraj oblatując świat transkontynentalnym IŁ-96. Po powrocie z podróży każdorazowo zdaje relacje zgromadzonej ludności w La Paz z „Genewy w Hiszpanii” i innych miast Europy. To nic, że jest prezydentem najbiedniejszego kraju Ameryki Południowej i zaciągnął na kupno nowego samolotu 100 mln$ u Rosjan. Wszak prezentuje wielki naród a taki nie może latać zwykłymi TU-154. Mówię ciekawie? Posłuchajcie zatem historii o Evo Moralesie.

W jednym z ostatnich artykułów opisałem wzrastające napięcie na granicy Wenezueli i Kolumbii (wenezuelski fast food). Sytuacja zaostrza się z każdym dniem a głos w tej sprawie zabrał niedawno wielki sojusznik Hugo Chaveza- prezydent Boliwii Evo Morales.

Dzielny wódz Ajmarów

Evo to postać nietuzinkowa, Indianin z ludu Ajmarów i szef związku hodowców koki jest pierwszym autochtonicznym prezydentem Boliwii. Z latynoamerykańską gracją łączy lewicowe poglądy z nawiązaniami do prekolumbijskich władców (wszak jego ideologicznym guru jest sam Chavez). Na uroczystościach państwowych przemawia, więc w tradycyjnym języku ajmara adaptując na jego potrzeby przemówienia Lenina a „zachodni” garnitur chętnie wymienia na swetry z tradycyjnej wełny alpaki. Jego charyzma porywa boliwijskie tłumy! Prezencja robi wrażenie na zachodnich dyplomatach!

Niestrudzony Evo popularyzuje, więc swój kraj oblatując świat transkontynentalnym IŁ-96, by po powrocie z podróży każdorazowo zdawać relacje zgromadzonej ludności w La Paz z „Genewy w Hiszpanii” i innych miast Europy. To nic, że jest prezydentem najbiedniejszego kraju Ameryki Południowej i zaciągnął na kupno nowego samolotu 100 mln$ u Rosjan. Wszak prezentuje wielki naród a taki nie może latać zwykłymi TU-154.

Polityczne oblicze Evo

Ekstrawagancja jest jedną z najważniejszych cech prezydenta Boliwii nie należy jednak zapominać o tym, że jest przede wszystkim politykiem z krwi i kości. Choć Morales bardzo chce odgrywać aktywną rolę na arenie międzynarodowej to jednak na przeszkodzie temu stoi niestabilna sytuacja na jego własnym podwórku. Nie chodzi to nawet o formy zewnętrznej opozycji, bo te oczywiście istnieją a region Santa Cruz zdominowany przez białych rasistów może być tego przykładem. Evo napotyka jednak na kłopoty wewnątrz własnego „ruchu społecznego”, który wyniósł go do władzy.

„Prezydent Ajmara” walcząc o władzę zaciągnął polityczny dług u hodowców koki, którym obiecał legalizację ich upraw. To tu tkwi źródło niechęci do Amerykanów, którzy walcząc z narkobiznesem systematycznie naciskali na Boliwię domagając się niszczenia upraw koki. Podobieństwo do afgańskiego maku nasuwa się samo. Rzesze boliwijskiej biedoty będą wspierać Evo tak długo dopóty plantacje koki nie będą zagrożone.

Również lawirowanie pomiędzy poszczególnymi regionami Boliwii i ich dążeniami do autonomii kosztuje Moralesa wiele wysiłku. Postkolonialne stosunki kolidują z dążeniami bezrolnych chłopów do nadania im ziemi, która należy oczywiście do kreolskich farmerów. Struktury quasi feudalne nakładają się więc na rozbicie etniczne kraju. Wybuchową mieszankę wzbogaca na dodatek „sos” politycznych liderów czyhających na potknięcie Moralesa. Ludzie tacy jak Roberto de la Cruz (lider slumsów przylegających do La Paz) i Felipe Quispe (jeden z indiańskich liderów w Boliwii) oficjalnie wspierają prezydenta Evo, ale mają także własne aspiracje polityczne.

Pozycja Evo jest, więc prostą przekładnią jego popularności, o którą musi walczyć. Sojusz z bratnią Wenezuelą tym samym doskonale wpasowuje się w koncepcję socjalistycznej ulgi dla najuboższych i obrony interesów kraju przed zakusami USA. Chavez, ideologiczny mentor Evo oferuje także pakiet politycznych rozwiązań i „wizerunkowych” zagrywek, które pomagają zwalczać wewnętrzną „opozycję” w Boliwii.

Wodzu prowadź na… Bogotę!

Evo Morales stwierdził w niedawnym wystąpieniu telewizyjnym, że  „szykuje się wojna [Kolumbii z Wenezuelą] i Boliwia, wraz z innymi państwami Unii Narodów Południowoamerykańskich (UNASUR) nie powinna pozwolić na wybuch wojny między bratnimi krajami”. Nie przypadkowo wystąpienie nałożyło się na zwołanie nadzwyczajnego zgromadzenia OPA, które ma zajmować się kwestią wspierania przez Wenezuelę kolumbijskich organizacji paramilitarnych takich jak FARC. Evo już od dawna nazywał proamerykańskiego prezydenta Kolumbii (Uribe) zdrajcą i amerykańskim sługusem. Wybór nowego prezydenta Kolumbii- Santosa zapowiada kontynuację polityki Uribe. Santos, były minister obrony Kolumbii zadał FARC (organizacji lewackiej sympatyzującej z Chavezem i Moralesem) wiele bolesnych ciosów, przykładem może być zabicie domniemanego szefa tej organizacji- Marulandy przez kolumbijskie wojsko.

Dzielny wódz- Evo będzie wspierał swojego przyjaciela Chaveza za wszelką cenę. Wybuch wojny pomiędzy Kolumbią i Wenezuelą jest mało prawdopodobny a cała sytuacja ma jedynie pogorszyć wizerunek międzynarodowy Kolumbii, którą konsekwentnie przedstawia się w roli agresora i sługusa imperializmu. Jak powiedział sam Morales: indiańsko- boliwijskie państwo zawsze stawiało opór imperializmowi walcząc z (wymienię za prezydentem): Amerykanami, Brytyjczykami i Rzymianami… Nie dziwi nas zatem postawa prezydenta Boliwii. W oficjalnym, pokojowym przekazie Moralesa można doszukać się odniesień do polskiej myśli politycznej, gdyby starczyło mu siły z pewnością wystąpienie telewizyjne poprzedziłyby słowa „wodzu prowadź na Bogotę!”