Kilkanaście miesięcy temu media w całym kraju intensywnie nagłaśniały wpadkę prezydenta Bronisława Komorowskiego, któremu na konferencji prasowej coś najwyraźniej się pomyliło i zamiast powiedzieć o przewidywanym w najbliższym czasie opuszczeniu przez Polski Kontyngent Wojskowy Afganistanu z całą powagą stwierdził, że Polska zamierza wystąpić z... NATO. Niektórzy potraktowali ten językowy lapsus z przymrużeniem oka i po prostu z pana prezydenta się śmiali, u innych natomiast pojawiły się głosy najprawdziwszego oburzenia. Że to już nie jest śmieszne, że osoba popełniająca takie gafy nie może reprezentować na forum międzynarodowym Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i tym podobne...Wśród opinii publicystów i blogerów pojawiły się nawet i takie, wedle których nie było to zwykłe przejęzyczenie, a rzeczywisty zamiar prezydenta i obozu politycznego, z którego Bronisław Komorowski się wywodzi. A tego już naprawdę za wiele, wszak członkostwo w NATO stanowi dla nas najlepszą gwarancję bezpieczeństwa i rdzeń polskiej racji stanu. Zastanawiające jest to, że ta słowna gafa prezydenta nie stała się impulsem do refleksji, a nawet poważnej debaty na temat sensu polskiej obecności w Sojuszu Północnoatlantyckim. Bardzo często w wielu środowiskach politycznych, szczególnie prawicowych, podkreśla się szkodliwość członkostwa Polski w Unii Europejskiej, organizacji ponoć socjalistycznej, a ponadto zbiurokratyzowanej, kradnącej pieniądze polskiego podatnika i odzierającej nasze państwo z resztek suwerenności. W sprawie obecności w NATO panuje natomiast niepodważalny konsensus. Do tego stopnia, że pomysł wystąpienia z Sojuszu natychmiast budzi wręcz oskarżenia o zdradę. Czy rzeczywiście członkostwo w tej organizacji jest konieczne dla zagwarantowania Polsce bezpieczeństwa militarnego, stanowiąc istotę naszej racji stanu (zakładając, że racja stanu jest czymś obiektywnym, a nie rezultatem skrzywionych ideologią, partyjnych poglądów na temat bezpieczeństwa międzynarodowego)? Pokuszę się tutaj o krytyczne przeanalizowanie podstawowych argumentów wspierających tezę o niezbędności członkostwa w NATO dla realizacji podstawowego celu w polityce zagranicznej RP, jakim jest zapewnienie bezpieczeństwa narodowego.
Zdaniem orędowników Sojuszu obecność w nim gwarantuje Polsce udzielenie pomocy w razie zbrojnej agresji na jej terytorium. Podstawą prawną wsparcia ma być słynny art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego z 1949 r., stanowiący że „strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim i dlatego zgadzają się, że jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, to każda z nich, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego na mocy artykułu 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie jak i w porozumieniu z innymi Stronami, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego”. Treść powyższego przepisu wyraźnie wskazuje, że państwa członkowskie nie są zobligowane do udzielania sobie nawzajem militarnej pomocy – rodzaj wsparcia dla strony Traktatu dotkniętej napaścią zależy tylko i wyłącznie od woli pozostałych państw. Nadto należy zwrócić uwagę na geopolityczne uwarunkowania, ze względu na które artykułowi 5 nadana została taka, a nie inna treść. Przełom lat 40 – tych i 50 – tych minionego wieku w krajach Europy Środkowej cechował się umacnianiem władzy przed komunistów, a zarazem wzrostem wpływów ZSRR. Scenariusz zbrojnej konfrontacji między Wschodem a Zachodem wydawał się bardziej niż prawdopodobny. Stworzenie potężnego, militarnego Sojuszu grupującego kapitalistyczne państwa zachodnie (z wiodącą rolą Stanów Zjednoczonych) było w obliczu postępującej ekspansji komunizmu logicznym posunięciem. Art. 5 był wówczas rzeczywistą gwarancją bezpieczeństwa, gotowość sojuszników do udzielania sobie wojskowej pomocy potęgowana była ponadto przez silne, militarne zakotwiczenie Amerykanów na starym kontynencie. Rozkład realnego socjalizmu w końcu lat 80- tych XX wieku zmienił te uwarunkowania w sposób diametralny. Dawny wróg przegrał z absurdami stworzonego przez siebie systemu i przeistoczył się w potencjalnego sojusznika, silnie dążącego do współpracy z Zachodem w wielu dziedzinach i wręcz na ten Zachód skazany. Rola i zadania Sojuszu musiały zostać poddane gruntownej redefinicji. W obliczu braku zagrożenia ze Wschodu NATO stało się czymś w rodzaju globalnego policjanta, który zaprowadza porządek w regionach dotkniętych konfliktem. Dodajmy, że przeważnie tam, gdzie Zachód, a w szczególności Waszyngton, ma szerokie interesy ekonomiczne, co znakomicie uwidacznia ostatnia interwencja w Libii. Dzisiejsza doktryna strategiczna Sojuszu uwarunkowana jest zatem faktem dezaktualizacji niebezpieczeństwa agresji na którekolwiek państwo członkowskie NATO, a także szeroko rozumianego Zachodu. Wojna, przy dzisiejszej sieci powiązań i olbrzymiej współzależności, nie leży w interesie żadnego z krajów uchodzących za mocarstwowe. Rosja, wskazywana przez niemałą część polskich polityków i publicystów jako źródło zagrożenia dla naszej suwerenności, jest krajem zacofanym, potrzebującym zachodnich inwestycji i technologii, aby się z tego zacofania wydobyć. By przyciągnąć zachodnich inwestorów potrzebna jest Moskwie dbałość o pozytywny wizerunek w świecie, a temu bynajmniej nie służy wojenna retoryka. Można zatem stwierdzić, że członkostwo w NATO jest Polsce zbędne właśnie ze względu na ów brak zagrożenia napaścią ze strony któregokolwiek z sąsiadów. Dziennikarze i przedstawiciele polskiego życia politycznego, którzy z uporem maniaka Rosją straszą nie rozumieją tego, co opisywał już w latach 90 – tych w swoich „Szkicach antyspołecznych” Bronisław Łagowski. Kilkadziesiąt lat komunizmu w Rosji zafałszowało charakter stosunków tego kraju z Zachodem. Stała się ona jego głównym wrogiem i śmiertelnym niemalże zagrożeniem, co przed 1917 r. nie miało miejsca. Zanim dokonał się bolszewicki przewrót, Rosja brała udział w wielkich europejskich wojnach, ale zawsze jako koalicjant innych mocarstw. Była traktowana jako pełnoprawny gracz na europejskiej szachownicy. Upadek ZSRR stanowił powrót do status quo sprzed rewolucji Lenina. Rosja przestała funkcjonować na międzynarodowej arenie politycznej jako wróg Zachodu, stając się dlań potrzebnym i koniecznym partnerem. Polscy politycy nawołujący do wykopywania głębokiej fosy między Rosją a Ukrainą i Białorusią dowodzą niezrozumienia ostatnich procesów dziejowych, a także tego, jak słabo Polska jest zintegrowana z Europą Zachodnią.
Kolejny argument za członkostwem w Sojuszu Północnoatlantyckim nazywam „argumentem z położenia geopolitycznego”. Często podkreśla się w kręgach politycznych, dziennikarskich i eksperckich, że sytuacja geopolityczna Polski, jaka zaistniała po rozkładzie realnego socjalizmu, nie pozwalała na zachowanie politycznej neutralności i niewchodzenie do żadnych sojuszy o charakterze polityczno – wojskowym. Nasz kraj, sąsiadujący z państwami członkowskimi NATO z jednej, a Rosją i byłymi republikami radzieckimi z drugiej strony, był zmuszony w latach 90 – tych do integracji z Sojuszem. Inaczej padłby ofiarą imperialnych zakusów Moskwy, której polityka – zdaniem wielu polskich polityków i ekspertów – zmierza do przekształcenia krajów sąsiadujących w strefę wpływów. I znów akcent położony jest tutaj na płynące ze wschodu zagrożenie dla polskiej suwerenności i racji stanu. Krótko mówiąc, trzeba było zabiegać o członkostwo w NATO, gdyż inaczej rychło stalibyśmy się moskiewskim satelitą. Argument ten wydaje się dość przekonywający, ale tylko powierzchownie. Dla jego podważenia warto powołać się na przykład Finlandii, kraju który – analogicznie jak Polska przed 1999 r. – sąsiaduje z państwem członkowskim Sojuszu, Norwegią, a z drugiej strony z Rosją. Helsinki do NATO przystąpić nie zamierzały i nie zamierzają. Żaden z fińskich polityków nie twierdzi, że jest to konieczne z uwagi na geopolityczne położenie kraju albo płynące z Rosji zagrożenie, z którą przecież Finlandia często w minionych wiekach znajdowała się w stanie wojny. Helsinki podchodzą do stosunków z Moskwą w sposób pragmatyczny, nie wysuwają na plan pierwszy w dwustronnych relacjach drażliwych kwestii historycznych, a pojawiające się problemy – np. rosyjskie embargo na niektóre fińskie towary – traktują jako zagadnienie administracyjne, a nie kłopot o pierwszorzędnym znaczeniu politycznym, którym trzeba zawracać głowę Brukseli. Kazus Finlandii pokazuje, że jest możliwe zapewnienie sobie bezpieczeństwa i harmonijnego, zrównoważonego rozwoju bez przystępowania do NATO, a także zdrowych, opartych na wzajemnych interesach gospodarczych, relacjach z Rosją.
Najpoważniejszą przesłanką wejścia Polski do Sojuszu wydaje się stabilizacja stosunków międzynarodowych w Europie Środkowo – Wschodniej, jaka nastąpiła po rozszerzeniu NATO o kraje tej części starego kontynentu. W wielu publikacjach dawano do zrozumienia, że upadek bloku wschodniego wcale nie spotkał się w Europie Zachodniej z jakimś znaczącym entuzjazmem. Obawiano się, że tygiel narodowościowy, jaki region środkowoeuropejski stanowi, szybko eksploduje i wywoła straszliwe skutki. Te pesymistyczne przewidywania sprawdziły się w byłej Jugosławii, gdzie żyjący dotychczas zgodnie w jednym państwie Serbowie, Chorwaci, Słoweńcy, Bośniacy, Czarnogórcy i Kosowarzy zaczęli się wzajemnie mordować i to w sposób, który przerażał cały cywilizowany świat. Członkostwo w NATO miało być czynnikiem stabilizującym stosunki między krajami postkomunistycznymi i ograniczającym potrzebę konkurencji w płaszczyźnie bezpieczeństwa. Miało zapobiegać formułowaniu celów politycznych w kategoriach indywidualnych, a także renacjonalizacji polityki zagranicznej. Innymi słowy, Sojusz miał przede wszystkim chronić te kraje nie tyle przed zagrożeniami pochodzącymi z zewnątrz, ale przed samymi sobą. Jest to poważny argument, ale tylko w odniesieniu do Bałkanów oraz takich krajów jak Rumunia, Węgry czy Słowacja, w których dochodzi do licznych spięć na polu etnicznym. W tych przypadkach uprawnione jest twierdzenie, że przynależność do NATO stała się czymś w rodzaju hamulca, który powstrzymuje wyżej wymienione kraje przed eskalacją sporów i skłania do poszukiwania pokojowych, kompromisowych rozwiązań. Polska natomiast nie jest, ani też przed 1999 r. nie była skłócona z żadnym ze swoich sąsiadów niegdyś zależnych od Moskwy na tyle poważnie, aby wysoce prawdopodobny był konflikt zbrojny. Ostatnie, często słyszalne rewelacje mediów na temat rzekomych krzywd popełnianych na polskiej mniejszości na Białorusi i Litwie są mocno wyolbrzymione i są dowodem niezrozumienia podstawowych mechanizmów prawnych tak przez naszych polityków, jak również dziennikarzy i przedstawicieli „prześladowanych” środowisk polonijnych. Odrzucić należy zatem następny argument o konieczności członkostwa w NATO dla naszego bezpieczeństwa.
Jak widać, niezwykle ciężko jest mówić o wzroście bezpieczeństwa RP w wyniku akcesji do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Na skutek szczęśliwych dla nas okoliczności możemy czuć się bezpieczni niezależnie od tego, czy znajdujemy się w NATO. Geopolityczny układ w Europie jest dziś dla Polski nadzwyczaj korzystny. Trzeba natomiast mocno podkreślić, że członkostwo w Sojuszu, które – co zostało wykazane powyżej – jest dla zagwarantowania naszego bezpieczeństwa zbędne, generuje olbrzymie koszty. Misja Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie kosztowała w 2010 r. blisko dwa miliardy złotych. Dodać należy, że jest to misja prowadzona w ramach wojny niepotrzebnie i lekkomyślnie wszczętej, od samego początku źle prowadzonej i niemożliwej do wygrania. Pomimo to wciąż z ust wielu politologów, takich jak np. Krzysztof Szczerski z Uniwersytetu Jagiellońskiego, słyszymy wyświechtane komunały o tym, że obecność polskich wojsk w Afganistanie leży w naszym, polskim interesie. Zdaniem piszącego te słowa dyskusja nad sensem dalszego udziału w afgańskiej misji powinna być powiązana z refleksją nad sensownością polskiej obecności w NATO w ogóle.




