Na kryzys - Internet!
Gdzie szukać ratunku przed kryzysem gospodarczym? 69 proc. Amerykanów stwierdziło, że w sieci. Internet to nieocenione źródło informacji na temat kuponów, zniżek, ofert pracy, szkoleń, ale także okazja do nawiązywania znajomości przydatnych w cięższych czasach.
The Pew Internet and American Life Project opublikował niedawno raport na temat Internetu i zachowań Amerykanów w związku z kryzysem gospodarczym.
Kryzys dotknął ponad 52 proc. Amerykanów. Okazuje się, że pomimo globalnej skali gospodarczych zawirowań, mieszkańcy USA częściej szukają informacji dotyczących finansów osobistych niż tych dotyczących makroekonomii.
Stąd duża popularność (i wysyp) serwisów pozwalających kontrolować domowy budżet, obliczać potencjalne wynagrodzenie itd. Interaktywne aplikacje, w których - po wpisaniu danych - internauta otrzymuje odpowiednią poradę, dzięki indywidualizacji, są znacznie bardziej zrozumiałe niż ogólne teoretyzowanie (nawet w przystępny sposób) prowadzone przez największych guru ekonomii na swoich blogach.
Przeciętny Amerykanin korzysta z dwóch-trzech źródeł informacji na temat finansów i gospodarki. Zazwyczaj są to źródła stanowiące sieć (ze względu na zawartość lub profil użytkowników), często wzajemnie się cytujące (hipertekst).
Jednak nawet ci, których kryzys dotknął, nie przesadzają z karmieniem się złymi informacjami. Tylko co piąty Amerykanin codziennie wyszukuje wiadomości na temat kryzysu. Większość czyta doniesienia gospodarcze kilka razy w tygodniu.
Najpopularniejsza czynność walczących z kryzysem Amerykanów w Internecie to porównywanie cen. Największych cenowych okazji szuka 67 proc. mieszkańców USA. Jedna czwarta Amerykanów szuka w sieci natomiast porad dotyczących tego, jak uchronić swoje oszczędności przed dekoniunkturą. Tyle samo rzuca kryzysowi wyzwanie poprzez podnoszenie własnych kwalifikacji.
Co dziwne, tylko 17 proc. Amerykanów śledzi rankingi firm finansowych, w tym banków. Czyżby spektakularny upadek Lehman Brothers niczego Amerykanów nie nauczył?
Z drugiej strony - często takie rankingi naszpikowane są fachową terminologią i publikowane na specjalistycznych stronach. Przeciętnemu internaucie informacja o różnicy spreadu nie mówi nic. Ot, kolejne pole tabelki, dzięki któremu bank X otrzymał ileś tam punktów mniej lub więcej.
Jak wynika z badań Pew Internet, czterech na dziesięciu Amerykanów staje się jeszcze bardziej zmartwionymi po tym, co wyczytali w sieci.
Martwią się nie tylko o płynność finansową swojego banku, ale także o stan gospodarki narodowej (37 proc.) i przyszłość swojej rodziny (36 proc.).
Jednak informacje - chociaż złe - pozwalają im lepiej zrozumieć to, co się dzieje z gospodarką (twierdzi tak 36 proc. Amerykanów).
Pamiętając jednak, że żyjemy w czasach Web 2.0, Amerykanie nie tylko czytają na temat kryzysu, ale też dzielą się owymi wiadomościami z innymi - najczęściej za pomocą portali społecznościowych czy Twittera.
Robi tak 34 proc. z tych użytkowników Internetu, którzy szukają newsów o gospodarce.
Najbardziej popularną aktywnością dzielenia się informacjami na temat gospodarki jest tagowanie bądź kategoryzowanie znalezisk, a także dodawnie ich do agregatorów informacji (kliknięcie np. na "digg it" umieszczonym przy tekście).
Więcej wysiłku wymaga już np. zamieszczanie komentarzy. "Najtrudniejsze" okazało się zakładanie tematycznych grup dyskusyjnych np. na Facebooku.
Wiąże się to pewnie z regułą zaangażowania. Skoro zakładamy grupę, to musimy się nią opiekować, ożywiać i prowadzić dyskusje itd.Tymczasem w sieci informacjami dzielimy się najczęściej pod wpływem impulsu.
Spodoba nam się tekst, film, uznamy poradę za skuteczną - ocena (a więc awans w rankingu) lub dodanie do agregatora treści to najprostsze formy wyrażenia uznania.
Opcja "wyślij znajomym" to już trochę więcej zachodu. Prowadzenie grupy dyskusyjnej - to czynność wymagająca systematyczności, a nie działania pod wpływem chwili.


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz