W dniu, w którym kreślę te parę słów, białoruski rząd poprosił polskiego ambasadora w Mińsku (a z nim przedstawiciela Unii Europejskiej) o opuszczenie terytorium swojego państwa. Jednocześnie wezwał do kraju „na konsultacje" przedstawiciela dyplomatycznego Białorusi z Warszawy (a także drugiego z Brukseli). Mińsk reaguje w ten sposób na kolejne „sankcje", jakie Unia Europejska samozwańczo „nakłada" na Białoruś. Niektórzy polscy politycy zdążyli już odpowiedzieć na jego krok obraźliwymi wypowiedziami pod adresem białoruskich władz (poseł Robert Tyszkiewicz z PO porównał Białoruś pod rządami prezydenta Łukaszenki do „obozu koncentracyjnego") oraz publicznymi wezwaniami do zintensyfikowania przez Polskę dotychczasowego kursu politycznego wobec tego państwa (poseł Paweł Kowal, PiS-owski „ekspert od polityki wschodniej"*). Polskojęzyczne media o orientacji liberalnej (są jeszcze w ogóle inne w naszym Kraju?), niezawodne jak zawsze, natychmiast podniosły larum, oskarżając rząd Białorusi o uprawianie agresywnej polityki i, przede wszystkim, o wrogość do Polski. (Zawsze wprawia mnie w rozbawienie, gdy po taką retorykę sięgają zawodowi kosmopolici.). Zwolennicy zachodniactwa, których w Polsce nie brakuje także na luźno pojętej prawicy, oczywiście powtórzą za politykami głównego nurtu i mediami głównego nurtu ich wątpliwe mądrości jak za panią matką. „Pożyteczni idioci" nie słyną ze sztuki rozumienia, dlatego spróbujmy wyjaśnić sytuację tak, aby i oni tym razem nie mieli z tym problemów. Zacznijmy od czegoś w rodzaju bajki.
W środowiskach prawicowych, a także w kręgach zainteresowanych geopolityką, próbuje się od pewnego czasu kreować Unię Europejską na lepszą alternatywę dla USA i orientacji proamerykańskiej, zwanej pogardliwie atlantyzmem. Czyni to zwłaszcza jeden z najważniejszych dziś polskich przedstawicieli Prawicy, wybitny pisarz polityczny i myśliciel geopolityczny p. Tomasz Gabiś, a z jego pism czerpią inspirację pomniejsi zwolennicy takiej optyki. Ale przeciwstawianie Ameryce - największemu światowemu rozsadnikowi demoliberalizmu - „prawicowego" obrazu Unii Europejskiej to czysta autosugestia, tworzenie sobie w wyobraźni sztucznych rajów. Unia Europejska bowiem sama jest atlantyzmem.
W środowiskach definiujących się - nader niejasno - jako patriotyczne do stałego repertuaru tematów należy polityka zagraniczna obecnego państwa polskiego. Patrioci rozmaitych autoramentów nader często oskarżają jego klasę polityczną między innymi o to, że prowadzona przez nią polityka zewnętrzna cechuje się brakiem koncepcji, planu, fundamentalnych celów, stałych zasad, niekonsekwencją, słowem, że ma charakter doraźny, by nie rzec przypadkowy, a taki brak ciągłości wystawia państwo i naród na szkodę czy wręcz na niebezpieczeństwo. Fakty wydają się przeczyć temu wyobrażeniu. Jeżeli w ogóle w jakiejś dziedzinie kolejne gabinety i partyjne koalicje realizują tę samą, spójną linię, to właśnie w polityce zagranicznej. Linia ta daje się streścić w określeniu: poddańczy stosunek do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Następujący po sobie premierzy oraz ministrowie spraw zagranicznych wiernie i twardo przestrzegają zasady, iż w stosunku do USA nie tylko można, ale trzeba się podlizywać, wysługiwać, płaszczyć, poniżać, żebrać, potakiwać - byle tylko nie pozwoliły Polakom przestać wierzyć w istnienie rzekomego polsko-amerykańskiego „sojuszu". Partie tworzące kartel parlamentarny mogą się demonstracyjnie wykłócać o rzeczy nieistotne, ale to pryncypium nie ulega zmianie. Politykę czołobitności względem Waszyngtonu uprawiał SLD tak samo, jak przed nim AWS i Unia Wolności, a po nim PiS. Nie inaczej postępuje PO, czego symbolicznym podsumowaniem i potwierdzeniem była niedawna wizyta w Warszawie prezydenta Obamy, nastrojem wiernopoddańczego hołdu przypominająca przyjmowanie Breżniewa przez Gomułkę czy Gierka. Trudno jednak przeoczyć istotną różnicę: za czasów Gomułki czy Gierka, mimo całej ich służalczości względem Kremla, polscy żołnierze nie byli wysyłani na drugi koniec świata, by walczyć i ginąć w nie powiązanych z polską racją stanu wojnach, spowodowanych agresją Związku Sowieckiego na jakiś odległy i egzotyczny kraj.
Zgodnie z ustaleniami polskiej szkoły geopolitycznej kluczowe dla historycznych losów Polski jest jej położenie na pasażu bałtycko-czarnomorskim. Według wielu przedstawicieli tej szkoły w geopolityce, trwałość i stabilność polskiego ośrodka siły w długich okresach czasu była zależna od zapewnienia sobie przez niego jednoczesnego dostępu do Bałtyku i Morza Czarnego, tj. do obu brzegów pasażu. Nie oznaczało to, że granice samego państwa polskiego muszą dotykać obu akwenów. Istniały szersze możliwości osiągnięcia tego celu, na przykład uczestnictwo Polski w zbudowanym południkowo związku państw (lub innej strukturze ponadnarodowej), które pozwalałoby i Polsce, i jej sąsiadom wykorzystywać wspólnie dostęp do obu basenów morskich naraz. Struktura taka zwiększałaby siłę polityczną regionu międzymorskiego, a tym samym jego samodzielność względem ośrodków niemieckiego i rosyjskiego (sowieckiego), dążących do jego podziału na własne strefy wpływów. Potrzeba stworzenia takiej struktury jest dziś, wobec zacieśniającej się stale współpracy Niemiec i Rosji, nie mniej odczuwalna, niż była w przeszłości.
Trzeci tydzień lutego rozpoczął się od zainscenizowanej wizyty Bronisława Komorowskiego na przejściu granicznym w Kuźnicy Białostockiej, zlokalizowanym na granicy polsko-białoruskiej. Urzędujący prezydent zjawił się tam, aby w świetle fleszów skrytykować władze Białorusi za zwlekanie z ratyfikacją zawartej z Polską umowy o tzw. małym ruchu granicznym, a także oskarżyć je o grzechy przeciw światowej demokracji i „prawom człowieka". Wygłosił ponadto szereg tez dotyczących polskiej polityki wobec wschodniego sąsiada. Wśród nich na pierwszym miejscu wypada postawić buńczuczną zapowiedź: „Będziemy stawiać na relacje z Białorusinami, a nie z państwem Białoruś".
31 stycznia b.r. obradująca w Brukseli Rada Unii Europejskiej wydała decyzję o ukaraniu Białorusi za pacyfikację grudniowych wystąpień tamtejszej „opozycji demokratycznej", wspieranej przez rządy, służby specjalne i media państw unijnych. Kara ma polegać na objęciu sankcjami wizowymi i dolegliwościami majątkowymi (blokadą środków finansowych) stu pięćdziesięciu ośmiu wybranych „przedstawicieli reżimu Białorusi", czyli, mówiąc normalnie, funkcjonariuszy białoruskiego państwa. Ponadto rada upoważniła Wysokiego Przedstawiciela Unii Europejskiej d.s. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa do stosowania w porozumieniu z poszczególnymi państwami członkowskimi represji wobec białoruskich przedsiębiorstw i biznesmenów. „Wyobrażamy sobie, że będą one skierowane wobec firm, które dają się używać do represji albo stanowią finansowe zaplecze dla reżimu." - oznajmił polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Chciałoby się dodać: z mściwą satysfakcją.
Sikorski powiedział też między innymi, że celem zaplanowanych szykan wobec państwa białoruskiego jest „powrót Białorusi do europejskiej rodziny narodów", co wypada odczytywać jako wyjątkowo ponury żart. Białoruś należy do Europejskiej rodziny narodów - niezależnie od opinii i pozwolenia p. Sikorskiego, jego mocodawców ani brukselskich biurokratów. Warto przypomnieć, iż to nie pierwszy kiepski żart, jakim popisuje się minister Sikorski, wykładając swoje poglądy na politykę wschodnią. Swego czasu polityk ten udzielił należącemu do katolicko-kościelnego mainstreamu tygodnikowi „Gość Niedzielny" wywiadu, w którym określił się jako zwolennik idei jagiellońskiej, doprecyzowując od razu rozumienie idei jagiellońskiej „w nowoczesnej wersji" jako szerzenia we wschodnioeuropejskich państwach postkomunistycznych liberalnej demokracji i doktryny „praw człowieka". Najwyraźniej p. Sikorski odniósł sukces w przekonywaniu władz UE do swojej karykatury idei jagiellońskiej, ponieważ Rada w przyjętej przez siebie deklaracji uzależniła zaprzestanie szykan nie tylko od uwolnienia aresztowanych „opozycjonistów demokratycznych", ale także od przeprowadzenia na Białorusi reform w zakresie prawa wyborczego, przepisów dotyczących zgromadzeń publicznych czy działalności mediów. Innymi słowy, państwa unijne usiłują szantażem wymusić na Mińsku zmianę systemu politycznego. Dodajmy, że polskie MSZ już w grudniu zeszłego roku domagało się od władz UE kroków odwetowych względem naszego wschodniego sąsiada.
Niedawna elekcja głowy państwa na Białorusi (stanowiąca, jak się wydaje, li tylko czystą formalność) ponownie zwróciła uwagę Polaków na owo ościenne państwo. W naszej ojczyźnie brakuje niestety prób pogłębionej refleksji nad znaczeniem, jakie dla Polski ma, lub może mieć, jej wschodni sąsiad. Kilku polskich publicystów, związanych z różnymi środowiskami szeroko pojętej prawicy, podjęło wprawdzie takie próby namysłu wolnego od przytłumienia przez ideologiczny dyskurs demokracji i „praw człowieka". Ich marginalne w gruncie rzeczy głosy, pozbawione przełożenia na masowo rozpowszechniane treści medialne, nie mogły jednak w żaden sposób zrównoważyć, przepełniającego gazety i telewizje głównego nurtu, zalewu seansów nienawiści do „ostatniej dyktatury Europy" oraz nakazów poparcia dla „demokratycznej opozycji", animowanej tam bez większych sukcesów przez ośrodki zachodnie. A szkoda, bo utonął w nim szereg cennych obserwacji.
Litwa należy do państw, których losy szczególnie gęsto splatały się w historii z losami Polski. Kiedy dzisiaj spoglądamy w przeszłość - i tę odległą, i tę niedawną - nasze postrzeganie dziejów Polski i Litwy okazuje się bardzo niejednorodne; brak w nim ciągłości. Z jednej strony wspomnienia ery jagiellońskiej czy ponad dwóch wieków istnienia Rzeczypospolitej Obojga Narodów przywołują wizję chwały, wielkości, budowanej wspólnie przez Polaków i Litwinów, a także wspólnej niedoli. Z drugiej strony pamięć okresu międzywojennego, II wojny światowej i trwającego do dziś okresu po rozpadzie bloku sowieckiego podsuwa nam obraz nieprzerwanego łańcucha wrogości, strachu, uraz, różnorodnych szykan. To ten drugi obraz, jako powstały w nowszych czasach, wywiera większy wpływ na sposób, w jaki dzisiaj patrzą na Litwę Polacy, a zwłaszcza środowiska takie, jak nasze - prawicowe czy nacjonalistyczne.
Nacjonalizm w jego odmianie etnicznej rodzi fundamentalne błędy polityczne. Sprowadzając ideę narodową do postulatu ochrony i wspierania pewnych cech biologicznych czy antropologicznych oraz grupy ludności będącej ich nośnikiem, dąży do oparcia wspólnoty politycznej (państwa) na podstawach etnicznych. Uniemożliwia to państwu prowadzenie ekspansji terytorialnej, ponieważ przyłączenie przez nie ziem zamieszkanych przez odmienne narody, lub inne grupy etniczne, prowadziłoby do podważenia jednonarodowego (etnicznego) charakteru państwa, a tym samym podważenia jego legitymizacji. Etnocentryzm uniemożliwia również integrację polityczną z innymi państwami, ponieważ wzbudza ona obawy o zachowanie w przyszłości etnicznego charakteru państwa. Dla rządu kierującego się nacjonalizmem etnicznym polityka ekspansji okazuje się wykonalna jedynie drogą drastycznych praktyk, takich jak zbiorowe deportacje, masowe przesiedlenia i wypędzenia, bądź rozmyślne wynaradawianie (przymusowa „polonizacja") mniejszości etnicznych. Nacjonalizm etniczny wiedzie wówczas do barbarzyńskiego niszczenia lokalnych wspólnot terytorialnych, a z nimi podstawy konserwatywnego ładu - związku człowieka z ziemią, lub też do celowego odzierania ludności z jej partykularnych tradycji historycznych.
W dyskusjach nad dziejowym przeznaczeniem Polski przeważa sugestywny, lecz mylny pogląd. Pogląd ten, reprezentowany przez wybitnych historiozofów (prof. Feliks Koneczny, 1862-1949), historyków (prof. Stanisław Kutrzeba, 1876-1946) czy geopolityków (kpt. Jerzy Niezbrzycki, 1902-1968) każe uznawać Polskę za część Zachodu bądź cywilizacji zachodniej. Opinię o przynależności Polski do Wschodu raczej trudno napotkać. Inny pogląd, mniej popularny od tego pierwszego, określa natomiast Polskę jako usytuowaną „między Wschodem a Zachodem" (inter Orientem et Occidentem) - i to on właśnie odpowiada prawdzie. Przeznaczenie Polski wiąże ją z obszarem, który pod względem cywilizacyjnym nie należy jednoznacznie do Zachodu ani Wschodu. Obszarowi temu nadamy umowną nazwę Środka. Podmiotowość geopolityczna Polski zależy od tego, czy w geograficznej przestrzeni zajmowanej przez Środek istnieje ośrodek siły władny ją kontrolować i uporządkować politycznie, stanowiący sam dla siebie Centrum, zdolny bronić jej przed naporami z Zachodu i Wschodu. W przeciwnym wypadku Polska, podobnie jak pozostałe części Środka, może jedynie pozostawać areną i przedmiotem gry prowadzonej między sobą przez centra zewnętrzne.