Czas imigrantów
-
Unia&Polska
Emocji nie będzie już rozpalać polski hydraulik, lecz sudański uchodźca czy marokański pracownik rolny.
MACIEJ DUSZCZYK
postuluje zmianę akcentów w debacie o migracjach.
Decyzja rządu niemieckiego o częściowym otwarciu rynku pracy dla obywateli ĄnowychE państw członkowskich jest ostatecznym potwierdzeniem, iż swobodny przepływ pracowników w ramach UE nie będzie budził w najbliższych latach emocji. Można spodziewać się, iż 1 maja 2009 roku pozostałe państwa, może za wyjątkiem Austrii, zdecydują się na ostateczne zniesienie restrykcji.
W pierwszym szeregu
Nie oznacza to jednak, iż problematyka migracji zniknie z agendy europejskiej. Wręcz przeciwnie. Będzie budzić wiele ekscytacji. Polska powinna brać udział w tej dyskusji w pierwszym szeregu.
W Polsce może pojawić się chiński czy ukraiński wybawca, który pozwoli nam nie skompromitować się ostatecznie w Europie, w przypadku odebrania organizacji mistrzostw Europy w piłce nożnej. Możemy spodziewać się też Ąbiałoruskiego bojownika o demokracjęE, zmuszonego do ucieczki przed kolejnym szaleństwem Łukaszenki.
Dyskusja o migracji do Unii Europejskiej ogniskować się będzie wokół dwóch kwestii:
Po pierwsze; jak zarządzać nielegalnymi migracjami z Afryki subsaharyjskiej, z której tysiące uchodźców pragną dostać się do Europy. Przeszkadza im tylko niewielka podaż łodzi, które byłyby w stanie osiągnąć brzeg Wysp Kanaryjskich, Malty czy Lampeduzy.
Po drugie; dyskusja będzie się koncentrować wokół konieczności ściągania do państw członkowskich UE pracowników, którzy wypełniliby coraz większe luki na rynkach pracy.
Zarówno w pierwszej, jak i drugiej kwestii powinniśmy być bardzo aktywni.
Polska cisza
Nielegalna migracja z Afryki to, wbrew pozorom, nie tylko problem państw z południa Europy, którym Polska może udzielić moralnego wsparcia. Przy determinacji Portugalii, Włoch, Malty a przede wszystkim Hiszpanii, to argument za stworzeniem Ąeuropejskiej polityki migracyjnejE, która będzie zawierała konkretne wytyczne dla państw członkowskich oraz instrumenty, również finansowe, stosowane w imię unijnej solidarności, w sytuacji kiedy jakieś państwo nie radziłoby sobie z napływem imigrantów.
Tak więc Polska, jako kraj graniczny UE, powinna być żywo zainteresowana kierunkiem dyskusji i prezentowaniem własnego, dobrze uargumentowanego stanowiska. Europejska polityka migracyjna powinna uwzględniać nie tylko specyfikę południa Europy, ale również i wschodu.
Dziś jednak, kiedy mamy kolejną odsłonę dyskusji o polityce sąsiedztwa, Polska jest nieobecna. Nikt nie wskazuje na specyfikę imigracji do Polski oraz wyzwań jakie mogą się z tym wiązać, choćby w przypadku destabilizacji sytuacji na Białorusi czy nawet Ukrainie. Nie mówiąc już o państwach kaukaskich. Tymczasem nie ma spotkania przedstawicieli państw członkowskich, w czasie którego Hiszpanie nie apelowaliby o wsparcie ich wysiłków dla zatrzymania migracji.
Co prawda skala faktycznej imigracji nie jest na razie szokująca, ale Hiszpania wie doskonale, iż podnosząc ten problem uzyska wsparcie, które pozwoli jej przygotować się na zagrożenia w przyszłości. Zapewnia sobie również taki kształt regulacji, który przede wszystkim będzie uwzględniał ich interesy. W takim działaniu nie ma nic złego. Nie jest ono sprzeczne z duchem europejskim.
Nie słychać natomiast głosów polskich przedstawicieli. Tak bardzo zajęci są uszczelnianiem granicy w celu przygotowania do wejścia do strefy Schengen, że prawdopodobnie zapomnieli o tym, iż polityka migracyjna to nie tylko granice. To również zestaw działań politycznych, dzięki którym zarządza się migracjami. Miejmy nadzieję, iż kiedy otrąbione zostanie zniesienie granic zewnętrznych, znajdzie się czas na zastanowienie nad polskim stanowiskiem w debacie o podstawach i priorytetach europejskiej polityki migracyjnej.
Miliony rąk
Nielegalna imigracja to problem, w którym można spodziewać się unijnej solidarności. Szczególnie w sytuacji braku granic wewnętrznych. Oznacza to bowiem, iż nielegalny imigrant to nie tylko kłopot Polski czy Hiszpanii, ale także Niemiec czy Belgii.
W przypadku drugiej kwestii o której wspomniałem, będziemy jednak mieli do czynienia z olbrzymią konkurencją. Dane Banku Światowego i ONZ mówią o konieczności ściągnięcia do Unii Europejskiej (w najbliższych kilkunastu latach) kilkudziesięciu milionów imigrantów.
To całkowicie nierealne.
Po pierwsze; na świecie nie ma tylu imigrantów, których umiejętności pozwalałyby funkcjonować na europejskim rynku pracy.
Po drugie; Europa przegrywa konkurencję o imigrantów ze Stanami Zjednoczonymi, Australią, Kanadą, a wcale nie jest pewne czy nie przegramy z Chinami.
Po trzecie; społeczeństwa państw członkowskich nie życzą sobie masowych imigracji.
Powyższe fakty dowodzą, iż państwa członkowskie UE, w tym Polska, muszą rywalizować o niewielką grupę pracowników, którzy zostaną zaakceptowani przez społeczeństwa. A do tego mogą i co ważniejsze, chcą przyjechać do pracy w Europie. Niestety Polska ma w tej kwestii bardzo mało argumentów. Zarówno wynagrodzenia, klimat, a także i stabilność polityczna nie są argumentami za decyzją o przyjeździe do pracy w Polsce. Szczególnie w sytuacji, kiedy otworem stoją rynki pracy Wielkiej Brytanii, Norwegii czy nawet Niemiec.
Dlatego Polska powinna nawoływać o rozwiązania wspólnotowe. Jeżeli osoby, które uzyskałyby dostęp do rynku pracy jednego z państw członkowskich mogłyby bez problemu poruszać się w ramach UE, to może były to argument za wybraniem Polski jako kraju zatrudnienia. Szczególnie, gdyby nasze przepisy traktowałyby imigrantów w sposób przyjazny i mało biurokratyczny.
To samo dotyczy edukacji. Dziś obcokrajowiec, który kończy polską uczelnię, musi w ciągu trzech miesięcy opuścić granice naszego kraju. Większego marnotrawstwa, z punktu widzenia niwelowania negatywnych skutków migracji, trudno sobie wyobrazić. Jeżeli osoby takie szybko otrzymywałyby prawo pobytu, może zdecydowałyby się u nas pozostać i wspomóc nasz rynek pracy.
Polska utopia
W Unii Europejskiej trwa debata o przyciąganiu imigrantów wysokokwalifikowanych. Uczestniczą w niej choćby Czechy, które już kilka lat temu wprowadziły pilotażowy program ściągania imigrantów o wysokich kwalifikacjach. Liczby tego typu imigrantów nie budzą na razie emocji, ale doświadczenie, które zostało zdobyte będzie procentowało w przyszłości.
Przy tworzeniu dyrektywy o imigracji pracowników wysokokwalifikowanych głos Czech jest szalenie istotny. Polska natomiast nie chce i chyba nawet nie może uczestniczyć w tej dyskusji, ponieważ nie mamy właściwie żadnego doświadczenia. Liczenie, iż jak tylko otworzymy rynek pracy, przyjadą do nas tysiące budowlańców czy lekarzy z Ukrainy i uzupełnią luki jest całkowitą utopią. Dla ich pozyskania musimy uczynić o wiele, wiele więcej.
Do niedawna Polska apelowała o otwarcie rynku pracy dla naszych obywateli przez państwa ĄstarejE piętnastki. To dobrze. Dziś jednak musimy zmienić akcenty naszego udziału w dyskusji o migracji. Musimy zacząć się traktować jako państwo nie tylko wysyłające, ale także i zainteresowane przyjmowaniem imigrantów.
Autor pracuje w Instytucie Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego.
***
Dane Banku Światowego i ONZ mówią o konieczności ściągnięcia do Unii Europejskiej (w najbliższych kilkunastu latach) kilkudziesięciu milionów imigrantów.


Wolność w szwedzkim modelu państwa opiekuńczego