Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Bitwa o Lizbonę

Bitwa o Lizbonę


08 maj 2009
A A A

"I po bólu. Czesi przegłosowali traktat" rzucił jeden z moich kolegów. Czyżby zapomniał o Klausie?

No właśnie. Czeski prezydent nie raz już wprawiał Brukselę w konsternację, a swój wizerunek eurosceptyka pielęgnuje dość regularnie. Wszem i wobec głosi jak szkodliwa dla demokracji jest Unia, ile suwerenności nakradła państwom, o tradycji nie wspominając.

Szczęście uśmiechnęło się do niego w marcu. Na półmetku unijnej prezydencji rząd czeski otrzymał votum nieufności, tym samym pozycja Klausa urosła do rangi ponadprzeciętnej. Szansę wykorzystał błyskawicznie. W swoim prowokacyjnym stylu, zadziwiając przy tym rodaków, wykonał gest w kierunku socjaldemokratów i zjawił się na ich kongresie. Krótkie przemówienie, z kilkoma kąśliwymi uwagami pod adresem Topolanka, wystarczyło żeby oczy opinii publicznej zwrócić w swoją stronę.

Pozostawmy jednak estradę czeskiej polityki. Nasz oryginał ma teraz w głowie co innego - scenę europejską. W końcu to już druga kadencja, czas urzędowania w praskim Hradzie niedługo się skończy i co wtedy? Panaceum odnalazł w Irlandii. Może być pewien, że niejaki Declan Ganley nie zamknie przed nim drzwi. Już od jakiegoś czasu, wraz ze swoim Libertas, w napięciu śledzą poczynania Klausa nad Wełtawą. W ich oczach urósł on już do rangi starszego brata, który sprytnie podkłada nogę Unii i dba, żeby na ciele eurosceptyzmu nie powstała jakakolwiek blizna.

Sam Klaus często puszcza oko do tego ruchu. Skoro razem utarli nosa traktatowi, czemu nie iść krok dalej?

W Pradze tymczasem nie daje za wygraną. Wygląda na to, że nie podpisze dokumentu, póki nie ratyfikują go wszyscy pozostali. Ten poślizg może na dobre pogrzebać porozumienie z Lizbony i stać się swoistym gwoździem do trumny. Wtedy nie pomoże ani Cohn-Bendit z  Poetteringiem, ani reszta europarlamentarzystów, których postanowią odwiedzić zamek na Hradczanach.

Nie chciałbym jednak studzić zapału mojego kolegi. Może więc oddech Klausa zniknie wkrótce z pleców Brukseli, a niebo znowu będzie niebieskie... w żółte gwiazdy.