Gorbi, Gorbi w Berlinie
Niemiecka Republika Demokratyczna (DDR) przetrwała czterdzieści lat. Swoje ostatnie urodziny obchodziła bardzo hucznie w gronie zacnych gości. Szczególnie jednego.
Gorbaczow, bo o nim mowa, nie był szczególnie lubianą postacią w Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności (SED). Jego reformy całkowicie burzyły porządek tworzony z mozolną precyzją przez Stasi i partyjnych towarzyszy od momentu założenia DDR 7 października 1949 roku. Honeckerowi oraz pozostałym krzewicielom komunizmu nie mieściło się w głowie by móc coś przebudowywać i to w otoczeniu jawności.

Jednak ówczesna sytuacja w Europie wyglądała już całkowicie inaczej niż zaledwie rok wcześniej. W Polsce rządził „solidarnościowy" premier Mazowiecki a Węgry przeobrażały się w państwo demokratyczne. Zasadnicza zmiana zachodziła również w ZSRR pod wodzą Gorbaczowa. Jego otwartość i przyzwolenie na „socjalizm z ludzką twarzą" było jak zaproszenie dla Niemców z DDR, którzy pragnęli dalszego, aczkolwiek ulepszonego, trwania swojego państwa.
Podczas wielkiej parady wojskowej na Unter den Linden w Berlinie Wschodnim dwadzieścia lat temu obecni tam politycy wspominali akt założycielski DDR. Natomiast większość zgromadzonej gawiedzi chciała ujrzeć swojego bohatera i osobę, w której pokładali nadzieję. Do wielu uczniowskich plecaków przypięto plakietki z napisem „Gorbi, Gorbi". Ludzie skandowali imię radzieckiego przywódcy przy różnych okazjach.
Władze DDR na miesiąc przed upadkiem muru berlińskiego konsekwentnie walczyły z wszelkimi przejawami opozycji. Jednak pod naporem zmian w sąsiednich krajach a także pod wpływem ogromnej popularności Gorbaczowa w DDR, musiały stopniowo złagodzić swoje zachowanie. Ostatecznie 9 listopada 1989 roku, wraz z upadkiem muru dzielącego miasto na dwa tak różne światy, niemieccy studenci mogli bez przeszkód dziękować moskiewskiemu politykowi skandując „Gorbi, Gorbi".


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz