Google - USA bis w stosunkach międzynarodowych?
Google, dzięki zrezygnowaniu z cenzurowania wyników wyszukiwania w chińskiej wersji swojej wyszukiwarki, na dobre stało się aktorem stosunków międzynarodowych - i to w zupełnie inny sposób, niż do tej pory były postrzegane korporacje transnarodowe.
Google to w tym wypadku pewnego rodzaju substytut (Amerykanie użyliby tu słowa surrogate w kontekście kogoś, z najbliższego kręgu, silnego zwolenika, kto zastępuje kandydata/polityka, gdy ten nie może być we wszystkich miejscach jednocześnie) Stanów Zjednoczonych w relacjach z Chinami.
Rząd USA na konflikt z Chinami średnio sobie może pozwolić, a rzucenie Google na pierwszą linię frontu to wspaniała taktyka.
W końcu Google to brand będący nowym amerykańskim symbolem, takim, jak przez lata był McDonald's czy Coca-Cola.
Nieprzypadkowo Google blisko współpracuje z Departamentem Stanu, a sama Hillary Clinton wygłosiła przemówienie o wolności internetu akurat w środku gorącego sporu na linii Google-Chiny. Co więcej, amerykański rząd mniej lub bardziej otwarcie występuje w obronie Google'a.
Dorzuciwszy do tego fakt, że nowe media, sieć, technologie, to elementy, na których opiera się program dyplomacji publicznej Departamentu Stanu "Statecraft of 21st century", warto zauważyć, że potężne marki internetowe stały się aktorami stosunków międzynarodowych sui generis. Oczywiście, za owymi brandami stoją wielkie korporacje z wielkimi pieniędzmi i globalnymi interesami. Jednak - zauważmy - główny konflikt na osi Chiny-Google to konflikt o...wartości! Po raz pierwszy w historii spór na linii państwo - przedsiębiorstwo, ma charakter aksjologiczny! A wartości egzemplifikowane przez Google'a to przecież nic innego, jak wartości typowo amerykańskie, rodem z Deklaracji Niepodległości czy konstytucji USA.
Promowanie demokracji w wersji soft? A może raczej software?


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz