Cyberdyplomacja wkracza na salony
O e-dyplomacji (cyberdyplomacji, dyplomacji cyfrowej) pisałam uż wielokrotnie, wskazując, że to temat przyszłości. Ostateczny dowód? Artykuł w "New York Timesie".
W niedzielnym magazynie "NYT" ukazał się artykuł poświęcony "cyfrowej dyplomacji", a konkretnie - osobom Aleca J. Rossa i Jareda Cohena.
Wartym podkreślenia - oprócz samego artykułu - jest komentarz do tego tekstu, opublikowany w "San Francisco Chronicle": "Oni tworzą Radio Wolna Europa na miarę XXI wieku, i to obejmujące swym zasięgiem cały świat".
Nic lepiej nie może podsumować działań Rossa i Cohena. A także - całego Departamentu Stanu za czasów Hillary Clinton.Obecna sekretarz stanu, zwana "matką chrzestną cyfrowej dyplomacji" jako pierwszy szef amerykańskiej dyplomacji (choć początki poczyniła już Condolezza Rice) na dobre włączyła internet i social media do systemu komunikowania się USA ze światem - i to nie tylko w wąskich kręgach dyplomatycznych, ale w sposób bardziej otwarty, charakterystyczny dla dyplomacji publicznej.
Cyberdyplomacja jest o tyle przełomowym modelem rozwijania współpracy międzynarodowej, że znacznie ją demokratyzuje i otwiera na sprzężenie zwrotne. Komunikacja przebiega w czasie rzeczywistym - często pomimo różnych stref czasowych.
Jedną z inicjatyw w ramach programu dyplomacji cyfrowej (a właściwie: "Sztuki rządzenia państwem 21 wieku" - bo tak brzmi nazwa tego programu), jest przyjmowanie stażystów do "wirtualnej służby zagranicznej" - młodych ludzi, którzy tłumaczą oficjalne komunikaty Departamentu Stanu na różne języki świata - także takie, którymi często nie mówią ich przełożeni.
Tutaj widzimy kolejną cechę cyberdyplomacji: postrzeganie natury człowieka jako dobrej - jakże to inne od hobbesowskiego Lewiatana! Człowiek człowiekowi nie jest wilkiem, a zaufanie jest niezbędnym elementem umożliwiającym powstanie społeczeństwa XXI wieku - społeczeństwa sieci.
Pewne obawy przed silnym postawieniem na cyberdyplomację może wywoływać właśnie ów brak silnych sposobów kontroli.
Kontrola - jak i sama cyberdyplomacja - jest bardzo elastyczna i nastawiona partnerski, a nie hierarchiczny model komunikacji (co - swoją drogą - właśnie tę kontrolę utrudnia).
Coś jednak za coś: jedną z wartości, którą promują Stany Zjednoczone, jest wolność słowa i wyrażania opinii. Poza tym - gwałtowny rozwój technologii informacyjnej oznacza brak powrotu do czasów pełnej kontroli. Dodatkowo - social media i internet wykorzystują także państwa i organizacje popierające ruchy radykalne i destrukcyjne, a cyberprzestrzeń jest niemal jak wolny rynek - przyciąga uwagę klientów "oferując więcej".
Tym "więcej" jest więc atrakcyjny model promowania amerykańskich wartości i budowania silnego społeczeństwa obywatelskiego - nie tylko w poszczególnych krajach, ale w wymiarze międzynarodowym.


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz