„Konserwatyzm oznacza stabilność w postępie". Taką definicję ukuli delegaci na zjazd partyjny niemieckiej CDU wybierając jednocześnie Angelę Merkel ponownie na swoją przewodniczącą.
Obyło się bez niespodzianek zarówno w sprawie wyboru władz partii jak i poruszanych zagadnień na zjeździe w Karlsruhe. Kanclerz Merkel otrzymała wprawdzie mniejsze poparcie niż w 2008 r. ale głosów opowiadających się za kontynuowaniem przez nią obranego kursu partii było aż 90 proc. Wprawdzie jak skrzętnie wyliczył FAZ, gdyby liczyć również głosy nieważne oraz wstrzymujące się, wtedy poparcie spadłoby do 85 proc. to jednak można przyznać, iż jest to wynik zadowalający samą kanclerz.
Obecna sytuacja Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) jest jednak daleka od ideału. W ostatnich latach chrześcijańscy demokraci nie za bardzo potrafili odnaleźć się ideologicznie na niemieckiej scenie politycznej. Co prawda nie przeszkadzało im to wygrywać wyborów, jednak oznaczało to również częstsze niż dotychczas chodzenie na kompromisy. Wyrazem tego było zawarcie wielkiej koalicji z socjaldemokratami oraz początkowe problemy w relacjach z nowym koalicjantem, liberałami. Głośna krytyka Merkel przełożyła się także na bardzo niskie poparcie społeczne w sondażach, niedające obecnej koalicji CDU-CSU/FDP większości.
Hucznie zapowiadane zamknięcie amerykańskiego więzienia Guantanamo przez amerykańskiego prezydenta nie będzie możliwe bez europejskiej pomocy. Kilka krajów zadeklarowało chęć przyjęcia osadzonych tam osób. Dlaczego tak długo nad tą decyzją zastanawia się Berlin i na co liczy?
Kilka tygodni temu doszło do niecodziennej wizyty przedstawicieli niemieckiego rządu na Kubie. Nie chodziło jednak o rozmowy o prawach człowieka czy gospodarce z władzą Raula Castro. Tym razem celem było amerykańskie więzienie Guantanamo, w którym przetrzymywanych jest obecnie 190 osób o różnym statusie. Urzędnicy ministerstwa spraw wewnętrznych, prokuratury oraz urzędu ds. imigrantów przepytywali trzech osadzonych: Palestyńczyka, Syryjczyka i Jordańczyka. Prawdopodobnie rząd Merkel zgodzi się na zaproszenie ich do Niemiec, które staną się nową ojczyzną dla tych osób.
Kolejna wizyta Angeli Merkel w Turcji nie przybliża obu krajów do rozwiązania wspólnych problemów. Rozbieżności jest wiele a płaszczyzn porozumienia nie widać.
Głównym tematem poniedziałkowych i wtorkowych (29-30.03) rozmów były kwestie mniejszości tureckiej oraz osób pochodzenia tureckiego mieszkających w RFN. W zaprezentowanym jeszcze przed wizytą wideo-przesłaniu Merkel podkreśliła jak ważne jest podnoszenie kwalifikacji imigrantów, a absolutnym minimum jest znajomość przez nich języka niemieckiego. Wydawałoby się, iż jest to swego rodzaju „oczywistość" jednak w Turcji odezwały się ostre głosy krytyki mówiące o niemieckiej polityce asymilacyjnej wobec obcokrajowców.
Kanclerz w zasadzie nie przyniosła do Ankary żadnych nowych ani zachęcających propozycji. Owszem opowiedziała się za możliwością powstania dwujęzycznych szkół w Niemczech jednak podkreśliła, iż wysuwane żądania tureckiego premiera Erdogana by tworzyć w RFN tureckie gimnazja są nieuzasadnione. We wszystkich innych problemach dialog niemiecko-turecki przypomina bardziej wygłaszanie oświadczeń niż próbę dojścia do wspólnego rozwiązania.
Na szczególną uwagę zasługują w tym kontekście dwa zagadnienia. Pierwsze odnosi się do unijnych aspiracji Turcji. Niemiecka chrześcijańska demokracja wraz ze swoją przewodniczącą Merkel, promują już od dłuższego czasu „uprzywilejowane partnerstwo" dla tego kraju zamiast pełnego członkowstwa w UE. Połowiczna akcesja proponowana przez CDU i CSU natrafia rzecz jasna na zdecydowany sprzeciw strony tureckiej. Również wśród niemieckich socjaldemokratów i Zielonych (których jeden z przewodniczących jest pochodzenia tureckiego) opowiadają się za przełomem w negocjacjach i przyspieszeniem wejścia Ankary do UE.
Drugim problemem istotnym z punktu widzenia Niemiec a także stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ (RB) jest kwestia programu nuklearnego Iranu. Turcja jest łącznikiem między światem islamu, z którym ma bardzo dobre relacje a państwami zachodnimi, które w wielu wypadkach mają rozbieżne zdanie m.in. na zagadnienie bezpieczeństwa międzynarodowego. Merkel zależało podczas wizyty, by przekonać Erdogana do sankcji wobec Iranu, gdy ten nie zacznie współpracować z IAEA (Międzynarodową Agencją Energii Atomowej). Turecki premier w wywiadzie dla tygodnika Der Spiegel (13/2010) prezentuje jednak zupełnie odmienne stanowisko niż większość stałych członków RB. Opowiada się za tym, by żadne państwo nie posiadało w regionie broni atomowej. Ostrze tej wypowiedzi jest skierowane bezpośrednio w stronę Izraela i pokazuje odmienne postrzeganie źródeł zagrożenia. Kanclerz nie udało się przybliżyć stanowisk obu krajów w tej sprawie, co było szczególnie ważne uwzględniając fakt, iż Turcja jest obecnie niestałym członkiem RB.
Podsumowując wizytę można stwierdzić, iż o żadnym przełomie mowy być nie może, ale również chyba nikt się go specjalnie nie spodziewał. Niemcy wraz z UE powinny zastanowić się nad strategią swojej polityki wobec Ankary. Kuszenie Turcji członkowstwem w UE trwa już bez mała pięćdziesiąt lat i nic nie wskazuje na to by miało w najbliższym czasie ulec zmianie. Również polityka RFN nie wydaje się mieć zbyt wielu pomysłów jak wykorzystać potencjał dwumilionowej społeczności tureckiej żyjącej w Niemczech do przybliżania się obu partnerów.
Rozpoczynająca się konferencja w Londynie dotycząca strategii wojsk zachodnich w Afganistanie budziła w Niemczech zainteresowanie od dawna. Głównie z powodu braku własnej strategii.
Kiedy kilka tygodni temu przewodnicząca kościoła protestanckiego w Niemczech, Margot Käßman, powiedziała z ambony, że polityka rządu Merkel w Afganistanie jest niewłaściwa zawrzało. W zasadzie Niemcy podzieliły się na tych, którzy uważali, że wreszcie ktoś powiedział to o czym myśleli już od dawna, oraz na takich, dla których było to złamanie pewnego tabu.
Krytyka kościelna ma charakter szczególny. Nawet w Niemczech. Oficjalne przecież RFN nie jest z nikim w stanie wojny, wiec używanie tego określenia na „działania stabilizacyjne" jest czymś oryginalnym. Co prawda próbował już tego nowy minister obrony zu Guttenberg, ale posłużył się określeniem „warunki przypominające wojenne" - czyli nie wojna.
Rząd Angeli Merkel przedłużył w środę (18.11) misję Bundeswehry w Afganistanie. Od jakiegoś czasu Niemcy dyskutują nad tym, co tak naprawdę dzieje się w Afganistanie.
Decyzję o pozostaniu w ramach natowskiej misji ISAF (4580 niemieckich żołnierzy), koalicyjny gabinet chrześcijańskich demokratów i liberałów, podjął na wyjazdowym spotkaniu w Mesebergu. Jednocześnie przedłużono mandat żołnierzy niemieckich w amerykańskiej operacji Enduring Freedom (230 żołnierzy) oraz z ramienia ONZ w misji UNIFIL (450 osób) w Libanie. Wszystkie decyzji musi zatwierdzić jeszcze Bundestag.
Na wczorajszej (19.11) uroczystości zaprzysiężenia afgańskiego prezydenta Karzaja na drugą kadencję, obecny był także szef niemieckiej dyplomacji Guido Westerwelle (FDP). Podczas rozmów z głową państwa wicekanclerz mówił o znaczenia Afganistanu dla wspólnoty międzynarodowej oraz przypominał niemieckie zaangażowanie w regionie. W najnowszym wydaniu tygodnika Der Spiegel minister podkreślił natomiast, iż od Karzaja oczekuje „dobrych rządów i zwalczania korupcji".
Wygrana chrześcijańskich demokratów oraz liberałów zapewni powstanie nowego rządu. Otwiera to nowe pytania o kierunek w jaki podążą Niemcy, a także o kształt sceny politycznej u naszych sąsiadów.
Kanclerz Angela Merkel może być spokojna. Zakładany przed wyborami cel, czarno-żółtej (kolory przypisane CDU i FDP) koalicji został osiągnięty. Jednak nasuwają się pytania o kształt polityki uprawianej przez przyszły rząd. Czy starczy determinacji obu partnerom na przeprowadzenie niezbędnych w dobie kryzysu reform gospodarczych? Jak potoczą się losy reformy podatkowej usilnie zapowiadanej przez liberałów i sceptycznie odnoszących się do tego przedstawicieli partii Merkel? A co ze zmianami w prawie wewnętrznym. FDP będzie zdecydowanie i twardo walczyła o poszerzanie praw i wolności obywateli, co oznacza pole konfliktu z obecnym i prawdopodobnie przyszłym ministrem spraw wewnętrznych Wolfgangiem Scheuble. Pod tym względem, w dotychczasowej wielkiej koalicji Merkel rządziło się łatwiej.
Przyszłe cztery lata nie będą bez wątpienia czasem spokojnych rządów. Wyzwania przed jakimi stanie konserwatywno-liberalny rząd są duże, jedne z największych w powojennej historii RFN. Mam na myśli nie tylko walkę z kryzysem gospodarczym, czy ogromnym deficytem budżetowym, ale także pytania o zaangażowanie w Afganistanie czy kwestie energii atomowej. W wielu dziedzinach przyszli koalicjanci mają wspólne przekonania, co nie oznacza jednak, iż szczególnie sprawy finansowe i społeczne nie będą osią zażartych sporów. Już samo stanowisko ministra gospodarki, dotychczas na jego czele stał popularny polityk bawarskiej CSU Karl-Theodor zu Guttenberg, będzie przedmiotem politycznych targów. W tradycji wieloletnich koalicji CDU-FDP ten urząd zawsze przypadał liberałom.
Przed niedzielnymi (27.09) wyborami do Bundestagu warto przyjrzeć się wizjom polityki zagranicznej poszczególnych partii, by przekonać się, co może nas czekać po zmianie w urzędzie kanclerskim.
CDU/CSU
Partia Angeli Merkel przygotowuje się do kolejnych czterech lat rządów. Dotychczasowe sondaże wskazują na zdecydowaną przewagę chrześcijańskich demokratów przed wrześniowymi wyborami. Wraz z liberałami zamierzają stworzyć powyborczą koalicję.
Niemieckie partie nie odrobiły lekcji z amerykańskich wyborów prezydenckich. Barack Obama wykorzystał dostępne instrumenty w Internecie by przekonać do siebie wyborców. U naszych sąsiadów daleko jednak do amerykańskich wzorców.
Wydawałoby się, iż internet stanie się idealną płaszczyzną dla polityków do przekazywania swoich programów wyborczych w sposób przyjazny dla indywidualnego odbiorcy. Wirtualny świat umożliwia przecież dostosowanie treści oraz sposobu jej przekazywania do konkretnych osób. Niemieccy spin doktorzy nie wykorzystują jednak tych wszystkich możliwości w obecnej, kończącej się już kampanii.
Najlepiej ze swojego zadania wywiązują się informatycy socjaldemokratów. Ich kandydat na kanclerza Frank-Walter Steinmeier prezentuje się na swojej stronie jako waleczny i zdecydowany sięgnąć po najważniejszy urząd w państwie. Prowadzi swój blog , co odróżnia go od kanclerz Merkel, która w natłoku urzędniczych obowiązków niekoniecznie znajduje czas na nocne ślęczenie przy komputerze i opisywanie swoich wrażeń z kolejnego dnia kampanii.
Im dłużej obserwujemy przedwyborcze zmagania naszych zachodnich sąsiadów, tym bardziej możemy odnieść wrażenie, iż najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich aktorów tej sceny byłaby kontynuacja obecnej gry w Wielkiej Koalicji.
Wydaje się, iż przedostatni odcinek długodystansowego biegu pt. kampania wyborcza do Bundestagu 2009, należy do socjaldemokratów. Już na początku sierpnia kandydat na kanclerza Frank Walter Steinmeier ogłosił „Plan dla Niemiec". Zawarł w nim recepty jak przeprowadzić swój kraj przez kryzys suchą nogą. Ba, Niemcy mają wyjść z niego jeszcze wzmocnione. Nowym elementem strategii wyborczej SPD jest całkowita dyskredytacja ewentualnej przyszłej koalicji CDU/CSU-FDP. Towarzysze z obozu socjaldemokracji zarzucają partii Angeli Merkel, iż jest ona w zasadzie uosobieniem kapitalizmu. To on jest głównym i generalnie jedynym wrogiem tworzonym na potrzeby tej kampanii.
Wolny rynek w obecnym kształcie krytykują wszyscy. O ile dla SPD i postkomunistów to chleb powszedni (można to również zrozumieć w przypadku Zielonych), to „skręt w lewo" obserwowany u Merkel i Guido Westerwelle jest pewnym novum.
Niskie poparcie dla socjaldemokracji przed wrześniowymi wyborami nasuwa pytanie o przyczyny nieufności wobec SPD. Odpowiedź jest złożona i dotyczy ostatnich kilku lat socjaldemokratów.
Frank-Walter Steinmeier (SPD) nie jest politykiem charyzmatycznym. Naturalnym środowiskiem dla szefa niemieckiej dyplomacji jest raczej sterowanie grupą technokratów realizujących konkretne zadania. W związku z tym dobrze się spisuje (co podkreśla większość Niemców) na stanowisku ministra spraw zagranicznych. Inaczej jest jednak w starciu z wyborczą machiną, w której czuje się zagubiony i pozbawiony inicjatywy. W zasadzie wiedziano o tym od dawna, gdy Steinmeier pełnił funkcję szefa urzędu kanclerza za rządów Gerharda Schrödera, a jeszcze wcześniej sprawował ten sam urząd w Dolnej Saksonii również przy boku późniejszego kanclerza. Jego prawą ręką, a raczej mózgiem kampanii miał być szef SPD Franz Müntefering. Jednak z początkowych planów zbyt wiele nie wyszło. Zarówno Steinmeier jaki i Müntefering nie potrafią stworzyć wyraźnego profilu swojej partii w czasach kryzysu.
Problemem współrządzących obecnie w Niemczech socjaldemokratów jest także, albo przede wszystkim, dwuośrodkowość prowadzenia kampanii wyborczej. Z jednej strony opracowanie planu wiodącego do zwycięstwa spoczywa na barkach strategów z Willi Brand Haus (siedziba SPD), natomiast w ich realizacji znaczny udział ma również Auswärtigesamt. SPD nie potrafi także wyciągnąć korzyści ze współrządzenia Niemcami. Wiele ważnych i trudnych ustaw przeszło dzięki zgodzie wewnątrz wielkiej koalicji (CDU/CSU-SPD), jednak z tego tytułu socjaldemokracja nie odnosi korzyści. W porównaniu z czasami poprzedniej wielkiej koalicji z lat 1966-69, SPD nie potrafi wyróżnić się na tle koalicjanta. Ówczesny sposób promowania Ostpolitik zagwarantował socjaldemokratom rządzenie przez kolejne lata.
Na moim blogu chciałbym przybliżać i prezentować stolicę naszych przyjaciół zza Odry. Jednocześnie postaram się rozjaśniać zawiłości polityczne i społeczne Niemiec, które mają duży wpływ także na nasze zachowania. Zapraszam do wspólnej wyprawy nad Sprewę.