Inwestea Wschod24 Afryka24
Blogi psz.pl

Minione wybory prezydenckie na Ukrainie, a także posunięcia ustępującego szefa tego państwa, Wiktora Juszczenki, stały się okazją dla polskich fanów Rosji, do ponownego pouczenia społeczeństwa o konieczności ułożenia dobrosąsiedzkich stosunków z Moskwą i poświęcenia na ich rzecz polskich rzeczywistych i potencjalnych sojuszników w rejonie postsowieckim. Wydaje się to być dobrym pretekstem, by wykazać zarówno kruchość fundamentów, na których opiera się rodzima orientacja prorosyjska, jak i powiedzieć o fatalnym stylu, w jakim politykę wschodnią naszego państwa prowadziły władze kraju, zwłaszcza ośrodek prezydencki.

Na początku warto sobie zadać pytanie – czym powinna być polska polityka wschodnia; czy jej prowadzenie jest celem samym w sobie, czy nasza aktywność polityczna, gospodarcza i kulturalna na wschód od Bugu jest jakąś wartością autonomiczną? Oczywiście, na tak postawione pytanie należy zdecydowanie odpowiedzieć – nie. Cel jest (albo inaczej – powinien być) o wiele szerszy – chodzi o zbudowanie takiej pozycji RP, by umożliwić naszemu państwu odgrywanie na arenie międzynarodowej roli podmiotu, zamiast, jak to ma miejsce dotychczas, przedmiotu. Jest to, wydawałoby się, oczywiste, a jednak odnoszę wrażenie, że wielu „rusofilów” ma problem, by tak nasz interes narodowy zdefiniować. Dlaczego? Można domniemywać, że, przynajmniej niektórzy z nich, przyjmują w polityce międzynarodowej pewien paradygmat, który ja określam jako „minimalistyczny”, a który oni lubią traktować mianem „realizmu”. Minimalizm ów polega na przekonaniu, że ze względu na obiektywną słabość Polski, zmuszeni jesteśmy do rezygnacji z aktywnej polityki międzynarodowej wszędzie tam, gdzie jej konsekwencje mogłyby skutkować czymś więcej niż dyplomatyczną połajanką na europejskich salonach. Zagadnieniem, wokół którego wydaje się koncentrować refleksja polityczna „minimalistów” jest hasło „przetrwać”. Trauma polskich doświadczeń minionych dwóch wieków sprawia, że są oni gotowi na swoistą szwajcaryzację naszego kraju, byle tylko oddalić od niego potencjalne bądź wyimaginowane  zagrożenie. Paradoksalnie, w postawie tej dostrzegam wiele z kompleksu wobec Rosji, który to kompleks „realiści” tak chętnie przypisują, rzeczywistym lub domniemanym, rusofobom. Odnoszę wrażenie, że zarówno ci, którzy histerycznie reagują na wszelkie posunięcia Moskwy, jak i osoby łączące lęk wobec niej ze swego rodzaju sympatią czy podziwem, popełniają stary błąd ludzi Zachodu, polegający na traktowaniu wschodniego niedźwiedzia jako źródła siły tym groźniejszej, że niezrozumiałej, na swój sposób mistycznej i specyficznej. Przekonanie o rosyjskiej wyjątkowości budzi w jednych i drugich skrajnie odmienne reakcje, które łączy jedynie ich kompletna nieprzydatność przy rzeczowej analizie relacji międzynarodowych. Zaciekli przeciwnicy Moskwy mówią: „nigdy nie zrozumiemy Rosji, boimy się jej, zwalczamy ją na wszelkie możliwe sposoby”, zagorzali jej adoratorzy odpowiadają: „nigdy nie zrozumiemy Rosji, boimy się jej, musimy ją za wszelką cenę udobruchać”. Rusofilia czy rusofobia to jednak zagadnienia wtórne wobec tego, co napisałem wcześniej, wobec postawy zakładającej „niewychylanie się” jako receptę na w miarę spokojne trwanie państwa i narodu.

Przeciwieństwem minimalizmu nie jest, jak mógłby ktoś pomyśleć, jakiś maksymalizm, doktryna zakładająca imperialne sny o potędze. Takie przeciwstawieństwo jest wprawdzie charakterystyczne dla psychiki wielu narodów Europy Środkowo – Wschodniej, narodów borykających się ze swoistym syndromem neokolonialnym, szamoczących się pomiędzy rezygnacją wynikającą ze słabości, a fantazjami dotyczącymi wielkości i potęgi, jednak nie o ten typ myślenia chodzi tym, którzy podnoszą postulat podmiotowości państwa polskiego. Dążenie do podmiotowości wynika z dwóch przesłanek: po pierwsze z przekonania, że nasze usytuowanie na mapie Starego Kontynentu nie pozwala na proste wpisywanie się w żaden ogólnoeuropejski nurt ideowy czy geopolityczny bez zaznaczenia i wyodrębnienia polskiej, a być może szerzej, środkowoeuropejskiej, specyfiki i wyartykułowania wynikających z tego faktu postulatów i realizacji odrębnych, swoistych interesów; po drugie ze świadomości, że żaden naród, który nie podejmuje walki o to, by być podmiotem dziejów, nie może liczyć na nic więcej, niż stopniowe obumieranie i rozkład w demoliberalnym kotle. Zwłaszcza w perspektywie relacji z mocarstwem wschodnim, postawa bierności, wycofania i spolegliwości nie może skutkować niczym innym, jak coraz większym podporządkowaniem się jego interesom. Dobrym przykładem jest tutaj Aleksander Łukaszenko, który, zrozumiawszy, że na objęcie fotela szefa zjednoczonego państwa białorusko-rosyjskiego, szans nie ma, zaczął grać na niezależność swojego kraju, co, przy obecnym stopniu zależności, w jaką wpędził się zorientowaną na Moskwę polityką, wcale proste nie jest. Warto sobie uświadomić, że jedyną granicą neoimperialnych apetytów Rosji jest determinacja w realizowaniu odmiennych interesów, z jaką spotykają się jej wpływy.

 Przy tej okazji jeszcze jeden, drobny kamyczek do ogródka miłośników Rosji; często w dyskusjach argumentem za „partnerstwem strategicznym” z Moskwą bywa stwierdzenie, że jest to państwo, w którym  nie obowiązuje poprawność polityczna, a fasadowa demokracja i pogarda dla tzw. praw człowieka jest na porządku dziennym. Ma to być dowód na to, że Rosja na tle „zgniłego Zachodu” trzyma się krzepko i jest nadzieją na przezwyciężenie liberalnego walca politycznego i kulturowego. Nic z tych rzeczy. Wprawdzie despotyczny, turański charakter władzy państwowej jest w Federacji Rosyjskiej ciągle faktem, nie ma to jednak wiele wspólnego ze zdrowym, wewnętrznie spójnym i skonsolidowanym organizmem politycznym. Naród rosyjski gwałtownie wymiera i degeneruje się szybciej, niż to się dzieje w naszym przypadku, społeczeństwo jako takie nigdy tam nie zaistniało, a poza tym wystarczy, że prezydent Miedwiediew zechce wziąć przykład z modernizacyjnych pomysłów Piotra I (ostatnio z otoczenia Kremla wypuszczone zostały sygnały wskazujące, że jest to możliwe) i ani się obejrzymy, jak Rosja ponownie stanie w awangardzie „postępu społecznego”. Czy osoby z kręgów nieliberalnych, zafascynowane „niedźwiedziem”, uświadamiają sobie, że zalew najbardziej prymitywnej popkultury na Białorusi i Ukrainie idzie poprzez media rosyjskie, względnie rosyjskojęzyczne? Zwłaszcza narodowcy powinni do rosyjskiego przykładu podchodzić z należytą rezerwą; o ile nasza wizja opiera się na silnym, zdyscyplinowanym i skonsolidowanym narodzie zorganizowanym w silne państwo, o tyle Moskwa od setek lat miażdży swoich poddanych trybami despocji mającej źródła w dziczy azjatyckich stepów; miażdży tak skutecznie, że zamiast narodu mamy tam do czynienia z masami, które równie skłonne są giąć kark przed despocją, co korzystać z „dobrodziejstw” totalnej anarchii, gdy władza państwowa zanika. Za beztroskę w szafowaniu ludzką krwią i pogardzaniu zdrowiem moralnym i psychicznym swoich obywateli (a raczej poddanych) przyjdzie zresztą rosyjskim władzom wkrótce płacić olbrzymią cenę – gwałtowna depopulacja (mimo chwilowego skoku tendencji) i rozkład już wpływają bardzo negatywnie na  pozycję geopolityczną Federacji, a prognozy są pod tym względem ponure. Sympatia, z jaką patrzymy na jednostki moskiewskiej milicji rozpędzające, wraz z gniewnym, zbrojnym w ikony i inne symbole tłumem, kolejną próbę przeprowadzenia na ulicach rosyjskiej stolicy marszu degeneratów, nie powinna zaciemniać nam całościowego obrazu tego państwa. „Chodzi o to, żeby te plusy, nie przysłoniły nam minusów.”

Czytaj wiecej »
13 Feb, 2010 Kategorie: Nieotagowane   
Zaloguj sie
         
     

Robert Winnicki