Analiza została przygotowana dla FAE, wszelkie powielanie tego tekstu powinno zawierać taką klauzulę.
Warto dziś zwrócić uwagę na konflikt, który tli się od czasów upadku ZSRR a dziś gwałtownie przybiera na sile. Chodzi oczywiście o sytuację jaka wytworzyła się na początku lat 90 tych pomiędzy Armenią- Górskim Karabachem i Azerbejdżanem. Tylko z pozoru jest to tematyka egzotyczna i odległa ponieważ polskie interesy dotykają tego newralgicznego obszaru na Kaukazie Południowym. Baku to strategiczny partner dla wszystkich krajów europejskich marzących o dywersyfikacji źródeł energii. Armenia to kluczowy kraj w geopolitycznej układance, która składa się na niestabilny obraz obszarów położonych u stóp Elbrusa. Swoje interesy polityczne lokuje tu Warszawa, którą uważa się za inicjatorkę Partnerstwa Wschodniego i kontynuatorkę myśli Juliusza Mieroszewskiego. Choć nasz kraj posiada bardzo ograniczone środki, które mogą wpływać na rozwój sytuacji na Kaukazie to jednak jest zmuszony interesować się tym rejonem świata ze względu na własne bezpieczeństwo. Czołowymi graczami rywalizującymi o Kaukaz są przecież Rosja, Turcja i Iran. Każdy z tych krajów w istotny sposób wpływa na bezpieczeństwo Europy w kwestii militarnej, energetycznej czy religijnej. Od przełomu sierpnia i września bieżącego roku „kaukaski koncert mocarstw” skupiający się - jak w soczewce- na sytuacji Górskiego Karabachu staje się doskonale widoczny dla obserwatorów politycznych. Przyjrzyjmy się zatem aktualnej sytuacji na tym obszarze z mojej perspektywy.
Armenia- bufor rosyjskich wpływów na Kaukazie
Na przełomie września dawny konflikt ormiańsko- azerski znów stał się głównym tematem kaukaskiej narracji, która od 2008 roku koncentrowała się na relacjach gruzińsko- rosyjskich. Pierwszym sygnałem, że coś się dzieje stały się sugestie strony armeńskiej, która zapowiedziała przedłużenie obecności rosyjskich wojsk na jej terytorium. Tajemnicą poliszynela były także informacje sugerujące ewentualne użycie siły przez Rosję poza terytorium Armenii w ramach gwarancji dotyczących granicy armeńsko- tureckiej i armeńsko- irańskiej. Moim zdaniem taki ruch Moskwy wynika nie tylko z politycznej rekonkwisty, którą prowadzi na Kaukazie, ale i z ochłodzenia relacji z Teheranem (odmowa sprzedaży rakiet S-300). Iran od jakiegoś czasu buduje strategiczne relacje z Gruzją i Azerbejdżanem, w tym kontekście gwarancje armeńsko- irańskiej granicy wzmocnione „klauzulą siły” stanowią polityczny sygnał z Moskwy. Brzmi on wyraźnie i stanowczo, podkreślając że Kaukaz to rosyjska strefa wpływów. W podobny sposób Rosja ogrywa Turcję. Ankara wyrażała wielokrotnie chęć wybudowania bazy wojskowej w Republice Nachiczewańskiej (eksklawa Azerbejdżanu), ale twarde stanowisko Kremla jak do tej pory utwierdza status quo na tym obszarze.
Nielogiczna polityka Azerbejdżanu
Jak już wspominałem na przełomie sierpnia i września Azerbejdżan ostrzelał separatystyczną Republikę Górskiego Karabachu. To wydarzenie wpisuje się doskonale w ton wypowiedzi prezydenta Alijewa, który stwierdził, że „jego kraj dysponuje wystarczającą siłą ognia […] aby przywrócić kontrolę Baku nad Górskim Karabachem.”[1]Drugie dno tej wypowiedzi jest oczywiste i w obliczu przyszłorocznego budżetu wojskowego jaki zatwierdził Azerbejdżan nie pozostawia wątpliwości. Walkę o integralność terytorialną swojego kraju Alijew może prowadzić za pomocą zasady manu militari. Świadczy o tym poziom wydatków na wojsko, który stanowi 20% budżetu Azerbejdżanu i będzie większy od całego budżetu Armenii.[2]W tym kontekście zachowanie Baku jest nielogiczne. Z jednej strony relacje azersko- rosyjskie są zdystansowane, czasem wręcz chłodne, z drugiej militaryzacja państwa wpycha słabszą Armenię pod skrzydła Moskwy. Muszę zaznaczyć, że ochłodzenie relacji azersko- tureckich także potęguje efektywność działań rosyjskich na Kaukazie Południowym. Nie przełamała ich nawet sierpniowa wizyta Abdullaha Gula w Baku
Dwa scenariusze Rosji- prognoza
Przychylny klimat polityczny w Erywaniu czy militarystyczne zachowania Azerbejdżanu są na rękę Kremlowi, ale najistotniejsze dla rosyjskich wpływów w regionie wydaje się jednak odgrzewanie konfliktu karabchskiego. Moim zdaniem w jego ramach Rosja realizuje dwa scenariusze, które utwierdzają jej prymat na południe od Elbrusa. Czy taka polityka symbolizuje dwugłos na linii Miedwiediew- Putin płynący z Kremla? Być może. Mimo wszystko koncepcja politycznego arbitrażu -na bazie którego Rosja buduje swoje wpływy- prowadzi do tego samego celu, co próby wywołania wojny konwencjonalnej pomiędzy Azerbejdżanem a Armenią. Tym celem jest ustanowienie rosyjskiej hegemonii na Kaukazie Południowym.
Scenariusz arbitrażu jest doskonale widoczny w takich wydarzeniach politycznych jak zawarta 7. X. deklaracja astrachańska, listopadowa wizyta prezydenta Sarkisjana w Moskwie czy szczyt państw kaspijskich, na którym doszło do rozmowy Miedwiediewa z Alijewem. Wszystkie powyższe wydarzenia stawiają Rosję w pozornej roli mediatora, w rzeczywistości ze względu na jej zaangażowanie na Kaukazie są jednak formą arbitrażu. O skuteczności takich działań świadczy oświadczenie Miedwiediewa, który podczas szczytu powiedział: „Zgadzamy się, że sami ponosimy odpowiedzialność za całokształt sytuacji w regionie Morza Kaspijskiego. Dlatego właśnie utrwalana jest wyłączna prerogatywa państw kaspijskich w tym, co dotyczy rozstrzygania całego zakresu problemów związanych z bezpieczeństwem regionalnym”[3]Takie stanowisko utrwala w zasadzie wpływy Rosji w regionie Morza Kaspijskiego. Cytowana wypowiedź ma bardzo jednoznaczny wydźwięk jeszcze z jednego powodu. Stała się podstawową tezą dokumentu końcowego wieńczącego szczyt i stawia Miedwiediewa w roli lidera całego obszaru.
Drugi scenariusz kreślą przed nami równoległe wydarzenia polityczne takie jak wyznaczenie na 1.XII. głosowania armeńskiego parlamentu nad uznaniem niepodległości Górskiego Karabachu. Innym przykładem może być wizyta prezydenta Sarkisjana w rejonie Adamskim stanowiącym nieformalną granicę karabchsko- azerską, Sarkisjan miał wraz z przywódcą Górskiego Karabachu- Bako Saakjanem wizytować armię tego quasi państwa. Istnieje ryzyko, że wydarzenia rozgrzewające konflikt na linii Erywań- Stepanakert- Baku przerodzą się w otwarty konflikt. Moim zdaniem takie zagrania polityczne Moskwy mogą być początkiem realizacji scenariusza „gruzińskiego”. Czy Rosja poszerzy swoje wpływy na Kaukazie wprowadzając swoje siły do Górskiego Karabachu podczas ewentualnego konfliktu? Z pewnością pełniłyby rolę „misji pokojowej”. Byłaby to kolejna odmiana rosyjskiej fascynacji Lelewelem „za wolność waszą i naszą”…
Tekst jest fragmentem analizy politycznej przygotowanej dla FAE. Dotyczy przyszłości Kaukazu.
Moim zdaniem wpływy Kremla na Kaukazie będą systematycznie wzrastać, na co wskazuje aktualna polityczna ofensywa Rosji i sprzyjające jej warunki polityczne. Najbliższy sąsiad Moskwy- Gruzja, z pewnością nie będzie w stanie odzyskać kontroli nad terytoriami separatystycznymi, które ogłosiły niezależność w 2008 roku. Abchazja i Osetia Południowa stanowią już dziś de facto protektoraty rosyjskie, więc polem ewentualnej ekspansji moskiewskiej pozostaje teren Republiki Autonomicznej Adżarii, która znajduje się pod kontrolą Tibilisi dopiero od Rewolucji Róż. To na jej terenie 13 listopada 2007 roku zlikwidowano ostatnią bazę Federacji w Gruzji (Batumi), wspierającą przez wiele lat rządy lokalnego, niezależnego lidera Aslana Abaszydze. Kreml -jeśli sytuacja na dalekim wschodzie Rosji na to pozwoli- będzie także dążył do rozmieszczenia w rejonie Morza Czarnego okrętu klasy Mistral. Transakcja z Francją wydaje się jedynie kwestią czasu a za takim rozwiązaniem opowiada się m.in. admirał Władimir Wysocki, który powiedział: „gdybyśmy mieli podczas wojny z Gruzją okręt klasy Mistral, Flota Czarnomorska wypełniłaby swoje zadanie w czterdzieści minut, a nie w ponad dwadzieścia sześć godzin jak to miało miejsce”.[1]Pomimo wszystkich moich uwag sytuacja w Gruzji nie powinna się w najbliższym czasie zmienić. 15 października przyjęto nowelizację konstytucji gruzińskiej z 24 sierpnia 1995 roku. W jej wyniku prawie wszystkie uprawnienia prezydenta spoczęły w rękach premiera. „Zaktualizowana” ustawa zasadnicza ma wejść w życie zaraz po nadchodzących wyborach prezydenckich, w których nie może wziąć już udziału prezydent Saakaszwili. Taka sytuacja nie pozostawia złudzeń- "nowa" konstytucja pozwoli obecnym prozachodnim elitom pozostać u władzy a nowym premierem zostanie popularny "Misza". Moskwa ma w tym przypadku ograniczone pole działania, niedawne wybory samorządowe pokazały, że partia rządząca cieszy się dużą popularnością w społeczeństwie.[2]
Wojny czeczeńskie kojarzą się Polakom z odległym Kaukazem, z walką o wolność i brutalnym butem Rosji, który depcze tamtejsze narody od przeszło dwóch dekad (wcześniej robiło to ZSRR). Skojarzenia przychodzą same, bo człowiek funkcjonuje w oparciu o symbole i utarte schematy. Mamy więc: bestialskich Rosjan, którzy mordują i gwałcą, palą i rabują (ot nasza tradycja historyczna), mamy też Czeczenów, brodatych bojowników, do których polski umysł dopasowuje znane sobie obrazy: państwo podziemne, religię która jest spoiwem i przetrwalnikiem narodowym, honor oraz walkę za „wolność waszą i naszą”. A jak odbijają się nasze schematy w zwierciadle „czeczeńskiej” książki rosyjskiego autora? Zobaczmy!
Książka Zachara Prilepina, który przeszedł przez piekło pierwszej i drugiej wojny czeczeńskiej szokuje. Nie tylko językiem i wartką akcją, nie tylko nieodpartym wrażeniem, że „tak właśnie musiało tam być”, ale przede wszystkim rosyjskim punktem widzenia. Tak rzadko możemy spojrzeć na sprawę kaukaską oczami prostej rosyjskiej duszy i już z tego powodu „Patologie” to wartościowa pozycja dla polskiego czytelnika. U Prilepina wojna zdominowała narrację i podporządkowała sobie prawo moralne. Dobrzy Czeczeni przeszukani przez rosyjskich żołnierzy, bezbronni jakby się mogło wydawać lądują bez powodu pod ścianą budynku. Egzekucja jest szybka, dla zatarcia śladów polewa się ich benzyną i pali, a wtedy strzelają naboje które ukryli w butach… „Dobry” dowódca rosyjskiego oddziału Siemionycz, „ojciec” Specnazowców - z którymi jako czytelnicy dzielimy książkowe losy- dba o swoje „dzieci”, ale jednocześnie angażuje je do najtrudniejszych zadań na terenie Groznego. A wszystko to dla pęczniejącego rublami kontraktu i awansu na podpułkownika. Ludzka moralność zaciera się, wszystkie ruchy głównych bohaterów podporządkowują się wojnie. Im dłużej czytamy, tym bardziej akcja narasta, tym więcej wódki pije główny bohater, by zapomnieć, by się znieczulić… Sacrum miesza się tu z profanum, rozmowy o Bogu sąsiadują z opisami żołnierskiej biegunki. I jest w tym pewna autorska gracja Prilepina, jest w tym autentyczność, nie ma tu pozerstwa. Rosjanin pokazuje nam prawdziwe oblicze wojny, wojny w której nie ma miejsca na bohaterów, ofiary, cywilów, nie ma miejsca na tradycyjne pojęcia. Komandosom trzęsą się nogi, pocą skronie, mają problemy z celowaniem i trzymaniem moczu. Oddziały specjalne nie mają nieograniczonej ilości amunicji a na dzień przed akcją cierpią na bezsenność. No i jeszcze jedno- oni umierają! Wojna przytłacza narrację, nie rozróżnia dobrych i złych. Biała flaga wywieszona przez Czeczenów po dłuższej strzelaninie nic tutaj nie znaczy, każdy z nich choć teraz bez broni, zabił przed chwilą rosyjskiego żołnierza i zostanie za to ukarany. Podobnie z rosyjskimi rezerwistami, którzy rozbrojeni wracają na lotnisko, by zakończyć misję w Czeczeni, wszyscy giną, (kilkadziesiąt osób), bo dowództwo nie dało im należytej „osłony”. W Patologiach Prilepina nie ma dobra i zła o czym najlepiej świadczy postać Hassana czeczeńskiego Specnazowca w rosyjskim mundurze. U Prilepina jest tylko szarość i upływ czasu. Wczoraj miasto, było w rękach Rosjan i to oni mordowali, dziś robią to Czicze (tak w książce określa się Czeczenów). Obie strony są jednakowo okrutne i bezlitosne, znieczulone morzem wódki i rytmem ulicznych strzelanin, które koją ich do snu w kwaterach stwarzających pozory bezpieczeństwa.
Nie znajdziemy w książce Prilepina rozmów o tematyce politycznej nie znajdziemy zadumy nad konfliktem, którego serce znajduje się w apokaliptycznym Groznym. Może to cecha Rosjan? Tylko w jednym zdaniu alter ego autora określa wojnę mianem „rosyjskiej agresji”, ale świadectwem tego co się dzieje jest przyroda, martwa natura Groznego, którą Prilepin nakreślił niebywale klimatycznie. Czasem nie trzeba wypowiedzieć swojego zdania wprost, czasem można to zrobić jak autor Patologii- sugestywnym opisem sytuacji i otaczającego świata. Czyż nie wyrobimy sobie własnego zdania o konflikcie spoglądając na Grozne opanowane przez rosyjskich żołnierzy? Krajobraz Hiroszimy, opuszczone Chruszczówki „czyszczone” przez oddziały Specnazu, które sukcesywnie w ciężarówkach mijają, „domy z ogryzionymi brzegami, sterty pokruszonych starych cegieł, dziurawe dachy kołyszące się w źrenicach, tych którzy siedzą na brzegu paki”. Zaglądamy na puste klatki schodowe, w lodowate spojrzenia Czeczenek zamieszkujących zrujnowane mieszkania. Ich oczy pełne nienawiści dziś zabijają rosyjskich żołnierzy wzrokiem, ale już jutro będą handlować pod garnizonem piwem i wódką, by przetrwać. To właśnie przetrwanie dominuje zachowania ludzi w Groznym to ono motywuje i stanowi imperatyw. Czeczenia to świat, w którym nie znajdziemy odpowiedzi. Do samego końca nie dowiemy się wprost dlaczego Rosjanie gromadzą czeczeńskich mężczyzn w jednym miejscu, dlaczego ich wyłapują? Dlaczego we wsiach sąsiadujących z Groznym pukają uprzejmie do drzwi, by kurtuazyjnie zapytać „przepraszam czy nie widziała Pani tu jakiś rebeliantów” a nazajutrz w mieście „ napierdalają do wszystkiego co się rusza”. Dziwaczny chaos wojny jest u Prilepina bezsensowny i autentyczny zarazem. Większość wydarzeń wygląda na niemal autobiograficzne a czytelnik zadaje sobie pytanie dlaczego są one tak nielogiczne, tak chaotyczne? Może autor każe czytelnikom odnaleźć odpowiedź, może sam jej nie zna? Jedno jest pewne przekraczając granicę Czeczeni- Jegor Taszycki główny bohater książki- przekracza granicę normalności. Od tej pory to co normalne to wspomnienia jego dziewczyny, dzieciństwa. Sam znajduje się na granicy, Grozne znajduje się na granicy… A co jest za nią? Wyjazd z wojennego piekła nic nie zmienia, Taszycki jest już naznaczony konfliktem o czym przekonuje się podczas ewakuacji do Rosji: strzela do czeczeńskiej tabliczki granicznej, strzela oszalały z nienawiści, ale ona nie chce spaść ze słupa. Czeczenia staje się odtąd częścią jego życia.
W trakcie części paneli dyskusyjnych XX Forum Ekonomicznego, które odbyło się w dniach 8-10 września 2010 w Krynicy-Zdroju, pojawiały się zagadnienia relacji wschodnich. Temat Partnerstwa Wschodniego (PW) bezpośrednio poruszony został podczas dyskusji: „Partnerstwo Wschodnie: efektywny mechanizm czy zachowawczy model wsparcia” oraz „Wschód versus Południe w Unii Europejskiej. Który wymiar przeważy?”.
Podczas panelu dyskusyjnego „Partnerstwo Wschodnie: efektywny mechanizm czy zachowawczy model wsparcia” Giorgi Baramidze, wicepremier Gruzji, sekretarz stanu ds. integracji europejskiej i euroatlantyckiej, stwierdził, że choć PW nie przesądza kwestii przyszłego członkostwa uczestniczących w nich państw, to pomaga kierować się ku standardom europejskim. Oferując perspektywy zawarcia porozumienia o wolnym handlu czy umowy stowarzyszeniowej, stanowi element motywujący do wdrożenia trudnego procesu reform, wymagającego wiele wysiłku i cierpliwości. Gruzja jest żywo zainteresowana możliwością prowadzenia wymiany handlowej z UE, poszukiwania na jej rynku nowych klientów, ma nadzieję, że w obliczu spełnienia przez nią wymogów nałożonych przez Komisję Europejską negocjacje dotyczące umów w sprawie wolnego handlu zostaną szybko podjęte. Liczy także na równoległe podjęcie negocjacji w sprawie umowy stowarzyszeniowej.
Gruzja podpisała już porozumienie w sprawie ułatwień wizowych, zniesiono jednostronnie wymóg posiadania wizy przez obywateli UE. Kraj ten przywiązuje dużą wagę do swobody przepływu osób. Baramidze uznał PW za ważny mechanizm umożliwiający przyspieszenie procesu wdrażania reform, modernizacji, przybliżania do UE. Istotnym aspektem jest zbliżenie między ludźmi, umożliwiające m.in. prowadzenie interesów, stanowiące filar prawdziwej integracji we wspólnej przestrzeni. Od integracji ekonomicznej tylko krok do integracji politycznej. Choć ani UE, ani sama Gruzja nie są gotowe na członkostwo tego kraju w strukturach Unii, PW pozwala Gruzji na przygotowanie się do ewentualnego przyjęcia takiego statusu w przyszłości, uzmysłowienie sobie drogi, jaką ma ona pójść. Gruzja chce harmonizować swoje prawodawstwo z unijnym, rozwijać instytucje demokratyczne, aby były zdolne do wdrożenia acquis communautaire.
30 Lipca pisałem o tym, że rosyjska „próba monopolizowania systemu bezpieczeństwa w regionie poradzieckim ma ścisły związek z mediacyjnym charakterem rosyjskiej dominacji.” Swój geopolityczny Plan Rosja realizuje z dużą konsekwencją. Jest już arbitrem konfliktu gruzińsko- osetyjsko- abchaskiego oraz armeńsko- azerbejdżańskiego. System bezpieczeństwa Kaukazu Południowego został zmonopolizowany przez Kreml podczas wojny z Gruzją w 2008 roku, która wyeliminowała zagrożenie rozciągnięcia wpływów NATO i UE nad regionem. Rosja rozbudowuje konsekwentnie swoje placówki wojskowe na terytorium Kaukazu Południowego. Przedłużenie działalności rosyjskiej bazy w Armenii do 2044 roku i ujawnienie istnienia takich ośrodków w Abchazji to najlepsze przykłady procesu jaki zachodzi w strategicznym dla dywersyfikacji źródeł energii regionie świata. Bardzo ciekawie prezentuje się brak przeciwdziałania takiemu zjawisku ze strony administracji amerykańskiej. Niedawna wizyta Clinton w Gruzji przyniosła jedynie gołosłowne zapewnienia o „nieuznawaniu stref wpływów” przez Waszyngton i zapewnieniu, że poprawa stosunków USA z Rosją „nie odbywa się kosztem Tbilisi”. Sekretarz stanu stwarzała przy tym wrażenie kompletnie nie zorientowanej w sytuacji całego regionu po cenzurze roku 2008. Bardzo trafnie zdefiniował ją gruziński minister stanu ds. reintegracji Temur Iakobaszwili, który rosyjskie rakiety obrony powietrznej S-300 rozmieszczone w Abchazjinazwał "zmianą równowagi sił w regionie". Co ciekawe wtórował mu prezydent Medwiediew, który podczas wizyty w Armenii stwierdził, że „misją Rosji jako największego i najpotężniejszego państwa w regionie (...) jest zapewnienie pokoju i porządku na Kaukazie.”
Arbitraż to kolejna po monopolizowaniu systemu bezpieczeństwa skuteczna i atrakcyjna wizerunkowo forma dominacji rosyjskiej nad regionem. Trzeba pamiętać, że jego polem działania jest konflikt, który nawet w sytuacji próżni należy wzniecić. Rosja jest tlenem, który starannie podsyca kaukaski kocioł bałkański i sprawuje pieczę nad nie uznawanymi przez ONZ obszarami separatystycznymi, których Kaukaz staje się prawdziwą wylęgarnią (Abchazja, Osetia, Górski Karabach). Przykładem nowego rozdania w geopolitycznej układance Kremla może, być patronat Medwiediewa nad porozumieniem podpisanym w 2008 roku przez Armenię i Azerbejdżan w spawie rozpoczęcia rozmów dotyczących ciążącego w stronę Armenii Górskiego Karabachu. Mediacyjny charakter dominacji rosyjskiej w pełni uwidoczni się zapewne po zakończeniu ostatniej, drugiej kadencji przez prezydenta Saakaszwilego. Będzie to okres, w którym zostaną podjęte próby narzucenia rosyjskich interesów Gruzji- kluczowemu państwu na południowym Kaukazie.
Człowiek funkcjonuje bardzo często w oparciu o skojarzenia, uproszczenia i skróty myślowe. Jakie, było twoje pierwsze skojarzenie po przeczytaniu tytułu tego artykułu? Być może pomyślałeś o islamie choć świadomie nie użyłem tego słowa. Czy nie uprościłeś terminu fundamentalista podporządkowując poszczególne nurty islamu jego najbardziej radykalnej, „wojującej” formie? Konkludując, czy wydarzenia z 11 września nie utworzyły w nas pewnego skrótu myślowego, który w islamskim fundamentalizmie szuka źródeł i oparcia terroryzmu?
Wyolbrzymione zagrożenie
W 1997 roku Zbigniew Brzeziński opublikował książkę zatytułowaną „Wielka Szachownica”. Pisze w niej, że: „święta wojna [w Afganistanie] przeciwko rosyjskiemu okupantowi sprawiła, że dominującą pozycję w życiu kraju zyskała religia, a ostre różnice polityczne pogłębił fanatyzm religijny (…) Afganistan jest zatem częścią euroazjatyckich Bałkanów (…) jednym z problemów tego niestabilnego regionu może być zagrożenie ze strony islamskiego fundamentalizmu.”
Ostatnie zamachy na Północnym Kaukazie przypomniały opinii publicznej o problemie islamskiego terroryzmu. Czeczenia, Dagestan, Inguszetia to nazwy, które brzmią znajomo choć zakres skojarzeń jakie wywołują u statystycznego Polaka jest dość ubogi i zamyka się właściwie w schemacie zamachowiec- bomba- ofiary. Czasem przebłyski pamięci wydobywają na światło dzienne zapomniane już nazwy takie jak teatr w Dubrowce, szkoła w Biesłanie etc. Geneza tych zjawisk nie jest w Polsce analizowana i zamyka się właściwie w terminologii walk o niepodległość (z rosyjskim okupantem). Tymczasem rzeczywistość znacząco odbiega od naszego wyobrażenia.
Źródło terroryzmu
Mimo ogromu tragedii jaki wiąże się z kaukaskim terroryzmem nie należy zapominać o tym, że jest on świadomie wyolbrzymiany przez władze rosyjskie. Idea walki z terroryzmem podchwycona przez premiera Putina jeszcze w czasach jego prezydentury doskonale zaciemnia obraz rzeczywistej sytuacji na Kaukazie Północnym, który boryka się z biedą, wojennymi zniszczeniami i walkami rodzimych klanów kontrolujących jego poszczególne regiony. Moskwa z lubością przypisuje wszelkie etniczne niepokoje na tym terenie aktom międzynarodowego terroryzmu, zręcznie odwracając wzrok światowej opinii publicznej od rzeczywistego źródła problemu, które tkwi na Kremlu…
W rzeczywistości zjawisko terroryzmu na Kaukazie Północnym nie wynika bezpośrednio z dążeń niepodległościowych jego mieszkańców ani z obecności Rosji na tym terytorium. Miejscowa ludność podbita przez Rosję już w XIX wieku po dekadach oporu zaakceptowała ostatecznie wprowadzaną centralnie modernizację Kaukazu. Budowa dróg, miejsc pracy, oświata i nowinki techniczne jakie dotarły do tego peryferyjnego regionu za pośrednictwem Moskwy z czasem doprowadziły do identyfikacji ludności kaukaskiej z państwem radzieckim. Wszystko zmieniło się wraz z upadkiem ZSRR i chaosem jaki wytworzył się na tym terenie, gdy zabrakło siły zdolnej kontrolować ten obszar.
Rozmaitego autoramentu ruchy „alterglobalistów", „obrońców praw człowieka", pacyfistów itp. szafują hasłem „wolnego Tybetu". Hasło to odznacza się chwytliwym brzmieniem, co ułatwia jego propagowanie. Problem pojawia się, gdy przychodzi wyjaśnić jego treść. Wszystkie te ruchy polityczne (nierzadko wolące dla niepoznaki nazywać się „ruchami społecznymi") występują przeciw narzuconej Tybetowi obcej władzy - przeciw krwawej okupacji tego samodzielnego niegdyś państwa przez komunistyczną Chińską Republikę Ludową. Lecz co postulują w jej miejsce? Domagają się zaprowadzenia w Tybecie reżimu demokratycznego, prawodawstwa opartego na ideologicznych pryncypiach liberalizmu i „praw człowieka" oraz transplantacji do tego położonego w azjatyckim interiorze kraju reszty kluczowych elementów tego, co można najkrócej określić mianem modelu zachodniego. Realizacja ich postulatów oznaczałaby przeto poddanie historycznej i duchowej tożsamości wspólnotowej Tybetu glajchszaltującemu oddziaływaniu sztucznej, wykorzenionej pseudo-cywilizacji, jaką świat atlantycki wstrzykuje innym kręgom kulturowym w charakterze środka korodującego. Powstanie takiego „wolnego Tybetu" prowadziłoby do analogicznych konsekwencji, co okupacja i inkorporacja Tybetu przez modernistyczne, zokcydentalizowane i coraz bardziej skosmopolityzowane Chiny.
Pamiętam, kiedy pod koniec 1993 roku powstały pierwsze sądy przysięgłych w Rosji, tliła we mnie jakaś drobna nadzieja, że jednak z demokracji w Rosji za jakiś czas coś pozytywnego wyniknie, bo od 2010 roku miały one obowiązywać nawet w Czeczenii. Wiem, naiwny byłem. Teraz prezydent Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew ogłasza z całą powagą, że te namiastki demokracji nie radzą sobie ze sprawiedliwością. Ale ... po kolei.
Prezydent Rosyjskiej Federacji D. Miedwiediew ostatnio jest bardzo - bardzo zaniepokojony wyjątkowo wysokim poziomem korupcji na Północnym Kaukazie! W sumie Pan prezydent jest również zaniepokojony ogólnym stanem korupcji wszędzie w Rosji, ale najbardziej zmartwiony jest akurat tym regionem. Przynajmniej tak podała Państwowa Informacyjno - Analityczna Agencja Wiadomości RIA „Nowosti" 19 sierpnia b.r.
Szczerze mówiąc byłem bardzo zaskoczony: skąd to nagle zainteresowanie korupcją i na dodatek na Północnym Kaukazie. Jakby to dziwnie nie zabrzmiało, w tej materii nie ma nic nadzwyczajnego - na Kaukazie korupcja była odkąd Kaukaz istnieje, jest i będzie aż do końca świata, a nawet o rok dłużej. Jest to nierozłączny element pięknego, dumnego i serdecznego krajobrazu kaukaskiego! I skoro występuje też społeczna aprobata (swoista legitymizacja), to nikt na Kaukazie nie dziwi się z powodu „brania w łapę", lecz z powodu niebrania. Koniec! A tu nie stąd nie zowąd Miediwediew „odkrył", że na Północnym Kaukazie korupcja jest znacznie bardziej rozpowszechniona i zintegrowana w strukturach władzy, niż w innych regionach Rosji. Z tego co wiem, Miedwiediew parę lat temu przekroczył 40-stkę. Więc powinien jeszcze z czasów ZSRR pamiętać słynne kaukaskie powiedzenie „Bratok, problem nietu" i towarzyszący temu gest ocierania palca wskazującego z kciukiem - znak pieniądza. Walka z łapówkarstwem (na miejscu to się nazywa jedynie „załatwianie") na całym Kaukazie, jest po prostu walką z wiatrakami, bo sama korupcja przekracza wszelkie granice. Aby dostać stanowisko skorumpowanego urzędnika, trzeba skorumpować wyżej stojącego, by móc potem samemu mieć dostęp do źródeł brania. To jest po prostu walka miedzy urzędnikami i przedstawicielami różnych instytucji: kto więcej zgarnie pieniędzy jako łapówkę (nazywają to również bakszyszem lub magaryczem)albo jako procent od kwoty inwestycji ze środków publicznych.