„Konserwatyzm oznacza stabilność w postępie". Taką definicję ukuli delegaci na zjazd partyjny niemieckiej CDU wybierając jednocześnie Angelę Merkel ponownie na swoją przewodniczącą.
Obyło się bez niespodzianek zarówno w sprawie wyboru władz partii jak i poruszanych zagadnień na zjeździe w Karlsruhe. Kanclerz Merkel otrzymała wprawdzie mniejsze poparcie niż w 2008 r. ale głosów opowiadających się za kontynuowaniem przez nią obranego kursu partii było aż 90 proc. Wprawdzie jak skrzętnie wyliczył FAZ, gdyby liczyć również głosy nieważne oraz wstrzymujące się, wtedy poparcie spadłoby do 85 proc. to jednak można przyznać, iż jest to wynik zadowalający samą kanclerz.
Obecna sytuacja Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) jest jednak daleka od ideału. W ostatnich latach chrześcijańscy demokraci nie za bardzo potrafili odnaleźć się ideologicznie na niemieckiej scenie politycznej. Co prawda nie przeszkadzało im to wygrywać wyborów, jednak oznaczało to również częstsze niż dotychczas chodzenie na kompromisy. Wyrazem tego było zawarcie wielkiej koalicji z socjaldemokratami oraz początkowe problemy w relacjach z nowym koalicjantem, liberałami. Głośna krytyka Merkel przełożyła się także na bardzo niskie poparcie społeczne w sondażach, niedające obecnej koalicji CDU-CSU/FDP większości.
Pytanie, które tak łatwo przeistoczyć w groteskę, w przypadku afgańskich cywilów staje się pytaniem zasadniczym. Niedawno próbowali odpowiedzieć na nie Niemcy.
Gdy prawie rok temu w wyniku bombardowania sił NATO zarządzonego przez niemieckiego oficera Kleinsta doszło do śmierci wielu cywilów większość osób zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji. Po serii dymisji w niemieckim rządzie oraz wojsku w zeszłym tygodniu doszło do umowy między rodzinami ofiar a przedstawicielami ministerstwa obrony RFN. Na mocy porozumienia każda z rodzin, której członkowie stracili życie w bombardowaniu cystern uprowadzonych przez talibów, otrzyma 5 000 dolarów.
Dochodzenie praw do odszkodowania przez rodziny afgańskie nie było sprawą prostą. W obronie Afgańczyków wystąpił prawnik mający małą kancelarię w Bremie, Karim Popala. Adwokat miał specjalne predyspozycje do reprezentowania Afgańczyków, bowiem urodził się w Kabulu. W trakcie negocjacji nad sumą odszkodowania skład prawników powiększył się o adwokatów z Berlina oraz Frankfurtu. Z biegiem czasu, każda z kancelarii próbowała osiągnąć jak najlepszy wynik głównie dla siebie, co osłabiło ogólną pozycję rodzin ofiar.
W całym sporze o wysokość odszkodowania pojawia się kilka wątpliwości i zasadniczych pytań. Przede wszystkim ile było rzeczywiście ofiar bombardowania? Jak zidentyfikowano poszczególne osoby przy powszechnym braku dowodów osobistych w Afganistanie? Nie do końca też wiadomo dokładnie jakie rodziny są reprezentowane przez prawników, a które pozostawione są bez żadnej opieki adwokatów. W końcu jak odróżnić ofiary takiego nalotu od talibów?
Przemówienie kanclerz Angeli Merkel w amerykańskim Kongresie było formą jej expose połączonego ze wsparciem prezydenta Obamy w kwestii ochrony klimatu i Afganistanu.
Bez wątpienia mowa wygłoszona przez Merkel była nacechowana patosem. Ale zgodzić się należy, iż występując przed tak szacownym gremium jest on całkowicie uprawniony i dozwolony. Podobnie było z innymi wystąpieniami niemieckich polityków przed Kongresem, o czym sama Merkel w przemówieniu przypomniała.
Te kilkadziesiąt minut przemówienia można podzielić na dwie części. Pierwsza z nich dotyczyła Niemiec druga natomiast odnosiła się do problemów globalnych i w niej Merkel prezentowała stanowisko całej Europy.
Obchody dwudziestej rocznicy upadku muru berlińskiego są okazją do zamanifestowania wspólnego sukcesu byłych krajów zza żelaznej kurtyny. Obecność w Berlinie Wałęsy i Buzka będą tego dobrym przykładem.
Podobnie jak w Polsce każdy wie, co robił w dniu wyboru Karola Wojtyły na papieża, tak każdy Berlińczyk pamięta jak spędzał wieczór i noc 9 listopada 1989 roku. By uczcić tamten nastrój euforii, szczęścia i nadziei większości mieszkańców podzielonego miasta, za kilkanaście dni do Berlina zjadą przywódcy czterech mocarstw: USA (reprezentowane przez Hillary Clinton), Rosji, Wielkiej Brytanii i Francji. Właśnie te państwa miały specjalny status mocarstw sprawujących zwierzchnictwo nad Berlinem. Bez ich zgody zjednoczenie Niemiec mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej.
Im dłużej obserwujemy przedwyborcze zmagania naszych zachodnich sąsiadów, tym bardziej możemy odnieść wrażenie, iż najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich aktorów tej sceny byłaby kontynuacja obecnej gry w Wielkiej Koalicji.
Wydaje się, iż przedostatni odcinek długodystansowego biegu pt. kampania wyborcza do Bundestagu 2009, należy do socjaldemokratów. Już na początku sierpnia kandydat na kanclerza Frank Walter Steinmeier ogłosił „Plan dla Niemiec". Zawarł w nim recepty jak przeprowadzić swój kraj przez kryzys suchą nogą. Ba, Niemcy mają wyjść z niego jeszcze wzmocnione. Nowym elementem strategii wyborczej SPD jest całkowita dyskredytacja ewentualnej przyszłej koalicji CDU/CSU-FDP. Towarzysze z obozu socjaldemokracji zarzucają partii Angeli Merkel, iż jest ona w zasadzie uosobieniem kapitalizmu. To on jest głównym i generalnie jedynym wrogiem tworzonym na potrzeby tej kampanii.
Wolny rynek w obecnym kształcie krytykują wszyscy. O ile dla SPD i postkomunistów to chleb powszedni (można to również zrozumieć w przypadku Zielonych), to „skręt w lewo" obserwowany u Merkel i Guido Westerwelle jest pewnym novum.
Wydawałoby się, iż liberalizacja poglądów w południowych Niemczech nie będzie możliwa. Okazuje się jednak, że pod naporem nauki również i bawarscy urzędnicy zmieniają zdanie.
Chodzi o wycofanie z Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe skargi na ustawę dotyczącą prawnego wzmocnienie związków homoseksualnych. Nowa regulacja zmierza do zwiększenia równouprawnienia związków osób tej samej płci z małżeństwami.
Im bliżej wyborów tym bardziej kampania prowadzona przez partie polityczne powinna być wyraźniejsza, nadająca dokładny profil ugrupowaniom. W Niemczech tego nie obserwujemy.
„Wahl ohne Kampf" („wybór bez walki", gra słów w języku niemieckim) głosi tygodnik Die Zeit w swoim komentarzu do prowadzonych przedwyborczych zmagań. Wiele w tym racji. Przyczyny rozkładają się na bardzo odczuwalny w RFN kryzys gospodarczy, wspólne rządy wielkiej koalicji (CDU/ CSU-SDP) oraz programowe zbliżanie się obu partii.
Pod koniec czerwca swój pomysł na kolejną kadencję ogłosiła chrześcijańska demokracja. Podczas spotkania w Berlinie próbowali pokazać się jako partia dla wszystkich. Obniżenie podatków dla klasy średniej, wsparcie rodzin dla potencjalnego elektoratu SPD, ekologiczna polityka energetyczna dla sympatyków Zielonych. Nie można przekonywać do siebie wszystkich, jak sugerował sekretarz generalny CDU Pofala. Traci się wtedy wyrazistość i zaciera różnice z politycznymi przeciwnikami. Zarówno CDU jak i SPD chcą przyciągnąć do siebie wyborców z „centrum". Szczególnie niewygodne jest to z pozycji wspólnego rządu.